Wednesday, 31 May 2017

dzień dziecka

Dzień dziecka. Dziewczynki i chłopca. Każdego i każdej, bo podobno międzynarodowy, choć znany jednakże i wręcz tylko w Polsce, twierdzi zawsze Ana Martin.
W Belgii raczej nieznany, a szkoda, bo niektóre i niektórzy próbują go uczcić. Po swojemu. Nie, i nie chodzi mi bynajmniej ani przynajmniej o prezenty z orłem, mieczem, krwią czy innym powstańcem, ani piękną pogodę, która w oczach polskich Sanżilaków i tak brzydka. Nie - o akcent bardzo międzynarodwy, międzyreligijny, multikulti i takie wymysły. Bo wszystkie dzieci nasze są - także te multi, pacz wyżej.
Chociażby takie siostry Uklanki. Czy są - po krakowsku, tszy - po całopolsku, trzy - po ortograficznemu. Każda jedna niedorosła, lecz już każda jedna wie, czego chce.
To jak Iwonek i Groch, wtrąca Roman.
No nie. Te panny chyba jednak bardziej. Bo nasze chłopaki by do Syrii same nie dojechały, z przekąsem komentuje Ana Martin.
A one? Same? Dzieci takie?
Owszem, prawie im się udało. Jedne z najmłodszych i najbardziej zdeterminowanych. Jedną złapali, druga nawiała. Jedna ma 14 lat, a druga - 16.
Cooo? ludziska, co to się dzieje?
Ano to, że 24 maja, w środę, kiedyśmy się to wesoło zabawiali na kreszowym przyjęciu, Uklanka Firdaous, i jest to imię prawdziwe, acz przedziwne i przepiękne w sumie, postanowiła ruszyć w trasę.
W długą?
Jakby nie było tak. 
I złapali ją?
Jej nie. Póki co. Za to jej siostrę Jusrę - owszem, zatrzymano.
Na jakiej zasadzie?
Takiej, że sie zradykalizowała i namówiła młodszą.
Aha, czyly ją wystawiła?
Tak jakby. 
Sama niby niewinna? 
Nie bardzo, bo już zdążyła być w Syrii i obrócić wte i we wte.
Czyly rekutuje w naszych okolicznościach?
Jakby nie było. Sanżil uwaga! 
Piękne mamy dzieci w tym roku!


Tuesday, 30 May 2017

poznań

Jakby ktoś nie wiedział, a jednakże chciał sobie lokalnie pazury dolne lub górne zrobić na Sanżilu na bóstwo, na przykład na ślub jakiś albo inną podobną okazje, co to się nam zdarzyła była np. w Łodzi niejakiej - to niech się strzeże, do kogo trafia. Nie wszyscy się lubimy, o nie.
Wojna polsko-polska dzielnicowa? podśmiewa się Roman.
Bo paczcie sami. Jest tu u nas na dzielnicy, taka jedna, powiedzmy, że ma arcypolskie nazwisko, nie jej własne, ale ślubne, mężowskie, jak wszystko ma być - przypominam, że nie każda na Sanżilu musi być takim dziwadłem od razu jak Ana Martin czy inna Rita i przy swoim obstawać, nawet jeśli za mąż na staro szła i niby do innego niż ojcowskie się nie przyzwyczai; są jeszcze takie, co to po bożemu dar od męża z zadowoleniem przyjmują i mężowymi się stają, jak ta od pazurów właśnie. Co to dzięki tym eszetcezeteom od razu została zidentyfikowana przez robiącą pazury jako Polka, więc z zadowoleniem niejakim, bo nie trzeba się będzie produkować w dialektach znad roboty. A że robota może potrwać, od stanu pazurów zależy bowiem - to wiadomo.
Więc Eszet też zadowolona, bo okazuje się, że na Sanżilu można mieć polskie pazury na polski ślub. I to w domu u siebie, co wygodne.
I taniej, co ważne w Poznaniu podobno.
Więc w porozumieniu ze ślubnym Eszetem ta Eszet ustala termin, co by maluch pod nogami przy pilnikach się nie plątał, i dzwoni do pazurów jeszcze raz.
Pazury pytają, co to za adres jej tu zapodają.
Eszet, że na Foreście.
A pazury nagle obudzone patriotycznie, więc przebudzone nawet, pytają: ale nie , skąd z Polski jest, pytam.
Eszet na to: z Poznania.
A pazury: o nie, jak z Poznania, to nie znam i nie robię.
Kurtyna.
A jak jeszcze dodam, że na ślub Eszet dotarła i bez pazurów, i bez obcasa, to sami zrozumiecie, że Poznań faktycznie nie tego owego ostatnio, panie.

Wednesday, 24 May 2017

dziura

Ha, nie ma to jak języki, zawsze twierdzi Ana Martin, i chyba jednak zacznę sie przychylać ku jej opinii, choć raczej jednak i może na pewno - niechętnie.
Bałagan bowiem powstaje przez te tłumaczenia, nawet jeśli i na pewno wręcz - ciekawy.
Przykładowo szczurza dziura - tak Ana Martin przetłumaczyła z rana tytuł z lesłara, mianowicie odnoszący się do wizyty jakiegoś tam trampka, co tam nam z nieba spadnie samolotem w tym tygodniu, na chwilę zresztą, zanim my się wzbijemy w lot i tym lotem polecimy na weselicho, nawet jeśli to tylko rajan.
O co chodzi ze szczurami mamusiu? Mamy w domu zwierzątka takie?
Myszki? dopytuje z niedowierzaniem Groch, spoglądając na obrazek.
O, Grochu, dzięki, rozpromienia się Ana!
Dzięki Grochu, woła za Aną Martin Iwonek; a za co mamusiu?
Bo to nie szczurza dziura, tylko mysia dziura!
Którą to nazwą nas określono - nas, Brukseńczyków nie z Molenbeka, ale z nim solidarnych.
No ale rat to nie mysz?
Udajemy, że nie dowidzimy i traktujemy go jako szczura, tłumaczy Ana Martin. Nic się z tego powodu nie dzieje?
Ale o co w ogóle się rozchodzi?
Wszystko przez tego trampka i jego dziurę. A nawet nie jego - tylko szczurzo-mysio- molenbekową. Bo on tak był określił tę dzielnicę, a ponieważ lebelż poczuli się dotknięci w całości, a nie tylko dzielnicowo/gminnie/komunalnie czy językowo - teraz mu to wypominają z okazji wizyty. Natowskiej.
Zaraz zaraz, pokażcie mi oryginał przez y i co on w ogóle raczył był powiedzieć w chwili językowo-geograficznego olśnienia, jak to na niego przystało. 
Helhol.
Co? wybałuszam oczy.
Helhol.
Co to tatusiu?
Ksenio, spisuj: hellhole.
Co to?
Piekielna dziura. czarcia dziura. Diabelska dziura.
O czym on mówi? głupieję.
O tym, o czym ty. O Molenbeku naszym brukseńskim.
Ale przecież szczurzy był dopiero co?
Mysi, Ksenio, krzyczy Iwonek.
O , właśnie!
Najważniejsze, by trampek przeprosił Molenbek, Bruksenię i lebelż. 
Reszta jest językami.

Tuesday, 23 May 2017

znikamy

Podobno na Sanżilu i w okolicznościach nie ma łatwiejszej czynności, niż zniknąć.
Dokładniej dotyczy to całości Brukseni, podzielonej - jak przypomnę - na sześć bodajże okręgów policyjnych, które mają ze sobą współpracować, a tymczasem i w międzyczasie wręcz i nawet - głównie nie wiedzą, co dzieje się za sąsiedzką miedzą, nawet jeśli to dzielnica.
Padła mianowicie wiadomość, że średni czas sprawdzania, czy ktoś zamieszkuje pod danym adresem, czy nie, jest co prawda krótki - raptem jeden dzień - za to nadanie sprawie dalszego biegu, czyly sprawdzenie, gdzie ten ktoś mieszka w takim razie i dlaczego nie tam, gdzie napisano w dokumencie - zajmuje już co najmniej 8 miesięcy. A najczęściej ponad 9. Czyly rok.
Co bardzo zdziwiło wszystkich zasiadających na szczytach lokalnej brukseńskiej władzy polityków, bo niby jak to możliwe? Policjanci krążą co rusz z rejestrami lokatorów, raz w prawo, raz w lewo, sama widuję naszego ulicznego stróża Mesynę, tego, co to chciał nas wymazać z komuny, codziennie po dwa razy, jak się dobija lub dodzwania to tu, to tam - a teraz okazuje się, że to 9 miesięcy? Ciąża jaka czy co?
I cepaes, CPAS dla większości, tak im płaci miesiącami, nie wiedząc nawet, czy ktoś to odbiera? Bo o to chodzi w tym fragmencie i sprawie ogólnie?
Pieniądze owszem. Nielegalność pobierania świadczeń, tak. To jednak trochę nie fer. 
O słówko zagraniczne fair ci chodzi Ano? 
Tak.
Co to w ogóle ma być?
Ludzie znikają? Czary mary mamusiu i okus fokus?
Hokus pokus tak! 
I nie ma?
Nie ma? rozkłada rączki Groch.
Na przykład nas nie ma, mamusiu?
Nie no, my jesteśmy, potwierdzam. Uszczypnij mnie synku. Jesteśmy, widzisz. Ale dużo ludzi nie mieszka tam, gdzie kiedyś podali.
I co?
I to, że mogą niesłuszenie dostawać pieniądze za jakieś tam rzeczy. Od miasta.
To źle?
Hmm. Nie wiadomo. Jak ich nie ma, to chyba jednak źle. 
Bo mogli powiedzieć, tak? Gdzie jadą na przykład?
Właśnie.
Żeby nikt się o nich nie martwił?
Na przykład. Albo by nie zabierali miejsca innym.
Albo pieniędzy.
Albo by nie myślano jeszcze czegoś. Złego. 

Monday, 22 May 2017

as (ana)

Coś tak przeczuwałam, że nie wybronię się zupełnie od tej jogi, mruczy Ana Martin w sobotę rano.
A te i ci, co ją znacie, wiecie, że ona z dala od wszelkich religii i sekt się trzyma. O co to to nie!
Joga to nie sekta, Ksenio, co ci się na głowę rzuciło? To sposób na życie i utrzymanie się w formie, jeśli już.
No ale przecież mówili zawsze w Polsce D, wtedy A B i C, że to jacyś dziwacy sami uprawiają; jeszcze więksi niż Ana zresztą, co właściwie było dla mnie dowodem, że kiedyś Ana do nich przystanie, bo przecież jej szaleństwo i niezależność się już nie cofną?
Racja Ksenio, cieszy się Ana jak dziecko. Idę spróbować.
I poszła. Zaraz po szkolnych występach Iwonka. Jedno w rytmie afrykańskim, drugie azjatyckim, podsumował Roman, co z drugim takim lokalnym ojco-mężem, też osieroconym przez adeptkę jogową na Sanżilu, spędzał dzień z dziatwą na placu zabaw.
Ana i inne adeptki za to u Pisarki.
Gadały i leżały.
Na matach.
I mimo, że - zgodnie z tym, co samam za młodu słyszała z niejednych ust, w tym kościelnych - Pan Jezus nie kocha mamuś, co jogę uprawiają - Ana wróciła jakaś taka - lepsza? milsza? łagodniejsza? Braku miłości nie było widać.
Od tych asan zapewne.
As? An?
As(an)? Co to? Czy Pan Jezus to lubi?
Stania na głowie by nie lubił? No to by naprawdę było dziwne. Stanie na głowie to najzdrowsze, co może być!
I to od tego wszystkiego Ana Martin łagodniejsza, spytacie? A tak! 
Nawet moja Ana może, ujmuje się za ślubną Roman, też skorzysta z łagodności.
Moja mama! Moja!
Nie Grochy, nasza!
Ana asana!

Friday, 19 May 2017

rozebr(Ana)

Mam dość..wymiękam... pogoda, zawsze i ciągle od nowa. Nie ma od niej ucieczki. A wśród Polaków, nawet wśród tych nie podłączonych do tiwi, jak my - też nie.
Wymiękam - do znudzenia powtarza od rana Ana Martin, przy lekturze fejsa i takich różnych innych wiadomości, co to do niej nadeszły.
Spłynęły, jak krople deszczu.
Tak powtarzam, bo wymiękam, uparcie wymięka Ana, wachlując się. 
A co się stała Ano, martwi się o stan ducha ślubnej Roman. I ciała, bo jej wczoraj przygrzało nieźle na spotkaniu z takim jednym panem od przyrody i w zwyczajowym biegu między szkołą jedną i drugą, żłobkiem, karuzelą, placem zabaw oraz kinem z taką jedną, co po sąsiedzku wśród więzień mieszka.
Ubierz się może nieco, w końcu pada dziś.
O właśnie, Ana podskakuje jak oparzona. Wymiękam, bo od pogody oszaleć można.
Nie rozumiem? mówiłaś, że o pogodzie w naszym domu na Sanżilu i w okolicznościach nic nie mówimy, bo i tak naród tylko o tym, odkąd maj okazał się marcem garncem i kwietniem pletniem w jednym i naród, czy to w Polsce D, czy to pod oknem na dzielnicy, tylko o jednym?
W tym ty, Roman, zawodzisz mnie?
Oj Ana, nie przesadzaj.
Nie przesadzam! Co z tego, że skończyło się chwilowe lato i nastały deszcze. Ważne - że wszyscy postanowili to skomentować.
Mianowicie, że trzeba się ubrać, i że co ta Ana taka rozebrana. A Ana rozebr(ana) specjalnie, by prowokować. Oto nasza Ana cała, czy rozebrana, czy ubrana, taka sama.
Staram się nie narzekać, ot co. A już na pewno, nie koncentrować na tym, co od nas niezależne. Mianowicie, że pada znów w tej Belgii, że pikniku być nie może, bo pochmurno, choć prosto w oko razi, więc jednak może być, ale stołów nie rozstawili, bo wiadomo, Belgia, zawsze może lunąć; że zimno, że wietrznie, i głowę urywa, że bez wiatru wreszcie i flagi na Woluwach nie wieją. Że już nie wiadomo jak się ubrać i że w Polsce jest ładnie zawsze, kraj obiecany po prostu, i słońce świeci, z czego ojczyzna matczyzna wręcz słynie?
Hę? odzywa się Roman.
A tak, zasłyszane na schodkach rajana do Krakowa dziś o 6 rano, kiedy to upał nasz sanżilowski był raczył się przenieść królewskim szlakiem na wschód. A ci, co go tu z ciężkimi westchnieniami przeżyli - jakby o tym zapomnieli, i od razu uderzyli w dobrze znaną nutę.
Jęku ogólnopolsko-belż -pogodowego mianowicie.
Więc mam dość i wymiekam. Od dziś ani mru-mru o pogodzie. Zawsze można wyjechać i próbować odnaleźć się w innych okolicznościach.
Ubrani i rozebrani - czy to ważne w końcu? 


Wednesday, 17 May 2017

hit

To chyba nazywa się, że coś przechodzi najśmielsze wyobrażenia. 
Hit czyly..
Albo że książki i pisanie zmienia świat. Albo że zaklinają rzeczywistość. Albo że już sama nie wiem co.
Ale hit jest hitem.
Że co? pyta z głupią miną Ana Martin, bo jeszcze nie wie, jak to nasze pisanie wpłynęło na Sanżil i okolczności.
Jak? dopytuje Roman. Śmieci ludzie zaczęli usuwać spod koszy?
E tam, to by było za wiele. Na to to trzeba by chyba encyklopedię zapisać, a przecież gdzie nam  tu do wielkich poetów.
Skąd - skromnie donoszę, że ledwo poruszyłam temat mandatów i jak to Polak cieszy się, że mniej od rodaka zapłacił, a nożyce się odezwały.
Mianowicie w formie Eszetcetcośtamtej, co to widać też po poznańsku finansów w domu pilnuje i postanowiła napisać do redakcji, że wcale do końca nie było tak, że wcale ich nie wyceniono na 110 ojro, tylko taniej, a tak w ogóle - opisała, jak ta procedura wygląda. Byście wiedzieli, co robić w razie mandacika.
No to już wiecie, dlaczego pisanie miesza się z życiem. Ja piszę - wy odpowiadacie. Dodajecie. Blog żyje. Ja żyję. Sanżil żyje!
Oto co pisze ślubna tego tam Eszetceta, też po ślubnem Eszetcetowa (na marginesie - nie ułatwili sanżilowskiej polis w ogóle ani wogle spisywania nazwiska litera po literze, oj nie sprytni, po poznańsku):

Spieszę wyjaśnić, że wczoraj - czyli [czyly] pod nieobecność starego! - przyszedł mandat. O połowę niższy niż sądził [stary ani chybi], więc mam dodatkowe 55 ojro na zakupy (haha!). 
Mandat składał się z, jak następuje:
- informacja o wysokości kary i o numerze konta;
- proces-verbal -
 [zdębiałam: jakiego procesu werbalnego?; toż to prawniczka chyba jakaś nawet i wręcz wysoce komisyjna, a nie wie, że to protokół, by ludowi dać znać; Roman przetłumaczył na nasze, choć też prawnicze, że to protokół, nie bój się Sanżilu!]
oraz - hit hit - zdjęcie, z którego nic nie wynika, bo Eszetcet zaparkowal na żółtej linii, a zdjęcie, które ma to obrazować, jest czarno-białe.

Takie to u nas na Sanżilu i w okolicznościach hity tej wiosny. Oprócz 30 stopni zapowiedzianych na dziś, oczywiście. Będzie na co narzekać - że gorąco mianowicie.
Będziemy się lepić. Jak te mandaty.