Wyszła sobie Ana Martin faktycznie na spokojny spacerek wczoraj, a wróciła - z pudłem bananów.
Mamusiu, ale ta kes nie była już pełna bananów, protestuje Iwonek. Ona była widna. I myśmy tam wsadzili moje lotnisko na tym bro..brokacie.
Brokancie.
Mówię właśnie. Dobrze, że te panie i panowie sprzedawali to lotnisko. Akurat mi było potrzebne.
W ogóle same piękne rzeczy tam były, mamusiu. Torby z heloł kiti. Z puchatem. I lody z auta! I jeszcze lego z policją dla Grocha, słyszysz Grochu, to dla ciebie!
Tylko mamusiu, skąd ci wszyscy ludzie wokoł kościoła mieli te wszystkie rzeczy i dlaczego one leżały na ziemi?
Bo szafki dużo ważą , no i był to brokatt, gdzie się tak własnie sprzedaje chałupniczo, mądrzę się.
Brokant, Ksenio.
Co to jest chałupniczo, nie znam tego słowa?
Trochę tak, jak komu wyjdzie. A że kawałek chodnika zawsze się znajdzie - większość kładzie wszystko na ziemi i sprzedaje od razu.
I dobrze tak widać w sumie też, z góry. i Groch widzi, bo jet mały.
Duzi jeste!
No właśnie. Ja lotnisko z plejmobilu zobaczyłem, piękne jest! I jeszcze miła pani dała mi prezent na moje urodziny, choć to nie moje urodziny wcale jeszcze, tylko tort do szkoły zaniosłem, bo ja mam urodziny w lecie na plaży, aha! A ty Grochu w zimie, jak będą święta świętego mikołaja.
A co mamusiu jeszcze kupiliśmy? Lego i co?
I stare filiżanki, i książki dla mamusi o paniach, i dla tatusia niespodziankę.
Buty dla małej Rity pani dała.
Ale i tak najpiękniejsze są te niebieskie błyszczące kamyki, co mi dała inna pani. Prawdziwy skarb mam!
Kab, potwierdza Groch. Ja też mam kab.
Fajny taki brokat, co?
Bardzo fajny. A najfajniejsze w tym to, że jakoś taki letni luz. Nikt się nie boi chodzić w tłumie, mimo że zamach się zdarzył znów przecie, przypomina Roman. Ludzie żyją dalej i cieszą się życiem.
I jedzą pyszne rzeczy! Frytki, lody, gofry, i kukurydzę z wielkiego gara!
Ja chcę znów brokatu! Błyszczącego!
Monday, 26 June 2017
Thursday, 22 June 2017
anegdota
Oto anegdota na pierwszy dzień lata. Pełny, bo lato w środę z rana zawitało, choć temperaturami to już w maju.
Nie uwierzycie, ale pochodzi z metełobelżik, czyly jak twierdzi Ana - albo coś w tym rodzaju - tego samego instytutu, który w polskiej tiwi za czasów A B i C, bo D to nie wiem, zarządzał hektopaskalami i wysokim oraz niskim ciśnieniem, a jak nie wiecie nadal - tymi kreskami układającymi się w koła za tym faciem, jak mu było, pogodynką.
Tą pogodynką, Ksenio, wyłapuje Iwonek. Albo tym pogodynkiem, jak to pan mesje, prawda mamusiu? Kto to w ogóle?
Prawda, potakuje Groch. Ktjo to?
Meteobelżik to strona belgijskiego Instytutu Meteorologii, tak Ksenio, dobrze litery poustawiałaś. A w Polsce jest polski odpowiednik instytutu, albo był, bo teraz to nie wiadomo, co jest, a czego nie ma, a skoro ten nienarodowy był ci on, to kto wie, kto wie, czy jest. W każdym razie, co cię tak rozbawiło?
Słowo "anegdota".
A ono śmieszne jest, to słowo, mamusiu tatusiu Ksenio?
Oznacza śmieszną historię.
Jak tę o złotym zegarku wrzuconym do ubikacji, co nie wypłynął w ogródku?
Taa, tatoria o zegaku, potakuje Groch.
Na przykład.
Ale Ksenię rozśmieszyło tak straszliwie, na gorąco, jak za oknem, co innego chyba?
Prognoza mianowicie.
A co dokładnie? Poezja zapisu? Czy proza? czego słynie meteobelżik?
Nie wiem, czy poezja, czy ta druga, no proza, ale aspekt i kontekst.
Czego?
No bo słuchajcie. Siedziemy sobie na Sanżilu i w okolicznościach Gorąc leje się z nieba i z rur, zimnej wody nie uświadczysz. Zaświadczycie?
Tak.
Na dworze susza, oddychać nie ma czym, z iksela donoszą, że akwarium; ale to nic nie daje do myślenia niektórym: lokalne Sanżilaki z Polski A B C i D narzekają na ulicy na pogodę, że gorąco owszem, może nawet i nie pada, bo zawsze pada w tym kraju, więc to i tak niedługo potrwa, bo wiadomo, Belgia i Bruksenia, fuj, dobrze, że do Polski na wakacje zaraz.
Upał nie popuszcza. Zamykam okno, naszych nie słyszę. Piję zimną wodę, bo nie żywca przecież czy tyskie no nie.
I wtedy czytam w metełobelżiku, już nawet nie to, że wtorek: 32 na plusie; środa - 33, czwartek: maksyma 34.
Tylko to, że w piątek nastąpi zmiana. A ta zmiana to minus pięć stopni, co da 28, tak?
Tak.
Takie to zmiany mamy ostatnio w Belgii. Chciałabym tym pod oknem pokazać.
I że deszczu nie będzie, czytam. Ups, przepraszam - będzie być może - ale w ilościach anegdotycznych.
A-neg-do-tycz-nych! Taka ilość deszczu spadnie w Brukseni.
Czyli nie spadnie raczej.
Wyobrażacie sobie, co Polacy na to powiedzą?
Nie uwierzycie, ale pochodzi z metełobelżik, czyly jak twierdzi Ana - albo coś w tym rodzaju - tego samego instytutu, który w polskiej tiwi za czasów A B i C, bo D to nie wiem, zarządzał hektopaskalami i wysokim oraz niskim ciśnieniem, a jak nie wiecie nadal - tymi kreskami układającymi się w koła za tym faciem, jak mu było, pogodynką.
Tą pogodynką, Ksenio, wyłapuje Iwonek. Albo tym pogodynkiem, jak to pan mesje, prawda mamusiu? Kto to w ogóle?
Prawda, potakuje Groch. Ktjo to?
Meteobelżik to strona belgijskiego Instytutu Meteorologii, tak Ksenio, dobrze litery poustawiałaś. A w Polsce jest polski odpowiednik instytutu, albo był, bo teraz to nie wiadomo, co jest, a czego nie ma, a skoro ten nienarodowy był ci on, to kto wie, kto wie, czy jest. W każdym razie, co cię tak rozbawiło?
Słowo "anegdota".
A ono śmieszne jest, to słowo, mamusiu tatusiu Ksenio?
Oznacza śmieszną historię.
Jak tę o złotym zegarku wrzuconym do ubikacji, co nie wypłynął w ogródku?
Taa, tatoria o zegaku, potakuje Groch.
Na przykład.
Ale Ksenię rozśmieszyło tak straszliwie, na gorąco, jak za oknem, co innego chyba?
Prognoza mianowicie.
A co dokładnie? Poezja zapisu? Czy proza? czego słynie meteobelżik?
Nie wiem, czy poezja, czy ta druga, no proza, ale aspekt i kontekst.
Czego?
No bo słuchajcie. Siedziemy sobie na Sanżilu i w okolicznościach Gorąc leje się z nieba i z rur, zimnej wody nie uświadczysz. Zaświadczycie?
Tak.
Na dworze susza, oddychać nie ma czym, z iksela donoszą, że akwarium; ale to nic nie daje do myślenia niektórym: lokalne Sanżilaki z Polski A B C i D narzekają na ulicy na pogodę, że gorąco owszem, może nawet i nie pada, bo zawsze pada w tym kraju, więc to i tak niedługo potrwa, bo wiadomo, Belgia i Bruksenia, fuj, dobrze, że do Polski na wakacje zaraz.
Upał nie popuszcza. Zamykam okno, naszych nie słyszę. Piję zimną wodę, bo nie żywca przecież czy tyskie no nie.
I wtedy czytam w metełobelżiku, już nawet nie to, że wtorek: 32 na plusie; środa - 33, czwartek: maksyma 34.
Tylko to, że w piątek nastąpi zmiana. A ta zmiana to minus pięć stopni, co da 28, tak?
Tak.
Takie to zmiany mamy ostatnio w Belgii. Chciałabym tym pod oknem pokazać.
I że deszczu nie będzie, czytam. Ups, przepraszam - będzie być może - ale w ilościach anegdotycznych.
A-neg-do-tycz-nych! Taka ilość deszczu spadnie w Brukseni.
Czyli nie spadnie raczej.
Wyobrażacie sobie, co Polacy na to powiedzą?
Wednesday, 21 June 2017
piszemy
Mamusia pisze gazetę, informuje mnie z rana Iwonek. Z ciocią Ritą piszą, wiesz, i ja tę gazetę dam dzieciom na placu zabaw, tym, co rozumieją po polsku, nie Marilu ani Mohamedowi, bo oni są belż; a tobie Groszku też nie dam, bo ty Groszku nie umiesz czytać.
Taa, zgadza się Groch. Dada umie. Mama umie. Tatuś w pracy. Doszek nie umie pisać.
Nie szkodzi Grochu, ja ci przeczytam, nie martw się.
Ana, nowy numer Myka już robicie? A przecież wakacyjny, co to wraz z Bożym Ciałem tu zjechał, jeszcze nie rozdany, i zalega po komisjach i innych szkołach, lelewelu, misyjnej i tej czeciej. Dzieciaki na wakacje dostaną dopiero, jak jakiś dewłar belż normalnie.
Nie, Iwonkowi się myli. Co innego piszę.
Bo przecież nie bloga piszesz mamusiu, prawda? Bloga o Brukseni i Belgii ty Ksenio ty piszesz, a mamusia gazety.
Książkę piszę.
Kubuś, woła Groch. Bob! Strażak Sam! ja chcę oglądać!
O Kubusi mamusiu piszesz, jak januszgajos albo pan miel?
Nie, o Kubusiu już napisał pan Milne, a przeczytał Janusz Gajos. Mamusia pisze o paniach stąd. Z Sanżila i okoliczności.
O, tak jak wczoraj na greckim? Pisz Ana pisz, to jest dopiero temat rzeka. Popieram, popieramy!
O! woła Iwonek. Wiem już, o cioci Ricie, Ninie, mamie Jana i innych mamusiach? I babciach? I pani fryzjerce?
O nie. O takich, co ich nie znamy za dobrze. Ale które tu są od dawna.
Taa, zgadza się Groch. Dada umie. Mama umie. Tatuś w pracy. Doszek nie umie pisać.
Nie szkodzi Grochu, ja ci przeczytam, nie martw się.
Ana, nowy numer Myka już robicie? A przecież wakacyjny, co to wraz z Bożym Ciałem tu zjechał, jeszcze nie rozdany, i zalega po komisjach i innych szkołach, lelewelu, misyjnej i tej czeciej. Dzieciaki na wakacje dostaną dopiero, jak jakiś dewłar belż normalnie.
Nie, Iwonkowi się myli. Co innego piszę.
Bo przecież nie bloga piszesz mamusiu, prawda? Bloga o Brukseni i Belgii ty Ksenio ty piszesz, a mamusia gazety.
Książkę piszę.
Kubuś, woła Groch. Bob! Strażak Sam! ja chcę oglądać!
O Kubusi mamusiu piszesz, jak januszgajos albo pan miel?
Nie, o Kubusiu już napisał pan Milne, a przeczytał Janusz Gajos. Mamusia pisze o paniach stąd. Z Sanżila i okoliczności.
O, tak jak wczoraj na greckim? Pisz Ana pisz, to jest dopiero temat rzeka. Popieram, popieramy!
O! woła Iwonek. Wiem już, o cioci Ricie, Ninie, mamie Jana i innych mamusiach? I babciach? I pani fryzjerce?
O nie. O takich, co ich nie znamy za dobrze. Ale które tu są od dawna.
Pani Basi Zosi Kasi Justynie?
Przykładowo.
Ja chcę zobaczyć rysunki! I przeczytać?
Zobaczysz, jak mama napisze. Wszyscy zobaczą.
Ja chcę zobaczyć rysunki! I przeczytać?
Zobaczysz, jak mama napisze. Wszyscy zobaczą.
Tuesday, 20 June 2017
egzam
Oszaleć można od upału. Jest tak gorąco i słonecznie, że nawet na pogodę na Sanżilu i w okolcznościach już krajanie nie narzekają, śmieje się Ana Martin.
O wypraszam sobie. Narzekają. Na gorąco.
Bo w Polsce D jest inaczej.
Dobrze, że egzaminów nie mamy przynajmniej do zdania, wzdycha Roman. To by dopiero było. Wodą się by trzeba lać chyba.
Bo my tu na Sanżilu, jak i wszyscy rodzice w brukseńskich okolicznościach, próbujemy zrozumieć, co się dzieje w co niektórych klasach.
Horror egzaminacyjny. Nie do pojęcia dla kogoś, nie tylko, kto nie ma dzieci w systemie belż, ale go te dwa czerwcowe tygodnie nie dotknęły.
Bo jak to wygląda?
Z grubsza tak, że są klasy - trzecia i szósta w podstawówce i druga w gimnazjum, od których wiele zależy. Mianowicie ocena, czy dziecko się nadaje.
Do czego?
Do życia belż. A na początek: na studia, do zawodówki czy do pozostania na drugi rok. W czym, jak wiadomo, Belgia się specjalizuje i w czym przewodzi Unii Europejskiej i poza nią pewnie też.
Ale jak to idzie?
Jak to mówi nauczycielka Kler, z polska Klara, ale po lokalnemu prof Kler - złapana na kawie w parlorze w drodze do zdeponowania w szkole sprawdzianów zwanymi ekzamą - co to naucza etyki czy innej religii - dwa eszeki z egzamą i jest niedobrze.
A jak jeden?
To dowalają dewłar na wakacje i może się uda dostać dobrą ocenę. Zbiera się konsej de klas i deliberują nad kandydatem. Czyly grono pedagogiczne się zastanawia, co dalej z tą czy tamtym. Przepuszczają lub nie.
A jak się nie uda?
No cóż, może wziąć jakąś formasją.
I zrobić skrzynkę na książki. Szkolne w tym.
Bo my tu na Sanżilu, jak i wszyscy rodzice w brukseńskich okolicznościach, próbujemy zrozumieć, co się dzieje w co niektórych klasach.
Horror egzaminacyjny. Nie do pojęcia dla kogoś, nie tylko, kto nie ma dzieci w systemie belż, ale go te dwa czerwcowe tygodnie nie dotknęły.
Bo jak to wygląda?
Z grubsza tak, że są klasy - trzecia i szósta w podstawówce i druga w gimnazjum, od których wiele zależy. Mianowicie ocena, czy dziecko się nadaje.
Do czego?
Do życia belż. A na początek: na studia, do zawodówki czy do pozostania na drugi rok. W czym, jak wiadomo, Belgia się specjalizuje i w czym przewodzi Unii Europejskiej i poza nią pewnie też.
Ale jak to idzie?
Jak to mówi nauczycielka Kler, z polska Klara, ale po lokalnemu prof Kler - złapana na kawie w parlorze w drodze do zdeponowania w szkole sprawdzianów zwanymi ekzamą - co to naucza etyki czy innej religii - dwa eszeki z egzamą i jest niedobrze.
A jak jeden?
To dowalają dewłar na wakacje i może się uda dostać dobrą ocenę. Zbiera się konsej de klas i deliberują nad kandydatem. Czyly grono pedagogiczne się zastanawia, co dalej z tą czy tamtym. Przepuszczają lub nie.
A jak się nie uda?
No cóż, może wziąć jakąś formasją.
I zrobić skrzynkę na książki. Szkolne w tym.
Monday, 19 June 2017
wendo czy
Mamusiu, a gdzie trzeba kopać, jak cię łapie złodziej?
Kopać?
Tak mamusiu, tatuś mówił, że byłaś u tej cioci, co ma fajnego węża w ogrodzie i nim można lać się, pod warunkiem, że się jej podlewa też ogródek, chociaż ona ma tylko trawę, to nuda, i na tej trawie mi zrobi urodziny, ha! Grochu, a tobie nie, bo ty masz urodziny w zimie, a ja na plaży! Tylko w tym roku na trawie. Ale pokaż mamusiu, gdzie się kopie.
Tu synku. W tę kość. Nazywa się to piszczel.
Piszczy?
Można powiedzieć, że się piszczy z bólu, jak się w nią kopnie właśnie. Aha, a jak to się nazywa, te kopy i siniaki potem? To ędo jest?
Wendo synku. Łendo.
To takie karate, tak? Dżudo jakby takie coś?
Można powiedzieć. Tylko że dla pań.
I u tej cioci był prawdziwy złodziej, byście go biły?
Nie, nie było, chociaż niektóre miłe ciocie chciały, by był.
To kogo żeście kopały?
Nikogo. Rękawice. Powietrze.
powietrze? To co się oddycha? To nuda jakaś!
Nie nuda, tylko męczące. Patrz, jak to ciężko. Stań na dwóch nogach. O tak, rączki złóż tak w piąstkę, o tak. Kciuki schowaj, bo się złamią. Grochu, inaczej, o tak. I teraz krzyknij ha! i uderzaj!
Ha!
Ha ha!
Ha!
Brawo!
To ja teraz jestem panią mamusiu?
Jeszcze nie. Ale już wiesz, co zrobić, jak złapie cię złodziej.
A co?
krzyczeć i uciekać! A jak się nie da inaczej - to uderzać! I ha do przodu!
Kopać?
Tak mamusiu, tatuś mówił, że byłaś u tej cioci, co ma fajnego węża w ogrodzie i nim można lać się, pod warunkiem, że się jej podlewa też ogródek, chociaż ona ma tylko trawę, to nuda, i na tej trawie mi zrobi urodziny, ha! Grochu, a tobie nie, bo ty masz urodziny w zimie, a ja na plaży! Tylko w tym roku na trawie. Ale pokaż mamusiu, gdzie się kopie.
Tu synku. W tę kość. Nazywa się to piszczel.
Piszczy?
Można powiedzieć, że się piszczy z bólu, jak się w nią kopnie właśnie. Aha, a jak to się nazywa, te kopy i siniaki potem? To ędo jest?
Wendo synku. Łendo.
To takie karate, tak? Dżudo jakby takie coś?
Można powiedzieć. Tylko że dla pań.
I u tej cioci był prawdziwy złodziej, byście go biły?
Nie, nie było, chociaż niektóre miłe ciocie chciały, by był.
To kogo żeście kopały?
Nikogo. Rękawice. Powietrze.
powietrze? To co się oddycha? To nuda jakaś!
Nie nuda, tylko męczące. Patrz, jak to ciężko. Stań na dwóch nogach. O tak, rączki złóż tak w piąstkę, o tak. Kciuki schowaj, bo się złamią. Grochu, inaczej, o tak. I teraz krzyknij ha! i uderzaj!
Ha!
Ha ha!
Ha!
Brawo!
To ja teraz jestem panią mamusiu?
Jeszcze nie. Ale już wiesz, co zrobić, jak złapie cię złodziej.
A co?
krzyczeć i uciekać! A jak się nie da inaczej - to uderzać! I ha do przodu!
Thursday, 15 June 2017
porwanie
Słyszeliście helikoptery w parku, jakeśmy w niedzielę się bawili na supermusze - bo jak inaczej odmienić muchę - w parku Fore?
Nie słyszeliśmy, bo tam się nic nie dało usłyszeć, wszak sama wiesz Ano Martin, bo byłaś, i swoje wycierpiałaś, stojąc w słońcu.
Latało, latało, przypomniam sobie. Małe chłopaki pokazywały palcami w niebo, że terkoce.
Bo co się działo? Wysoka komisja latała czy inne Szumaniaki?
Nie, coś prawdziwie ważnego tym razem. Szukali dziewczynki.
Ale jak, na festynie jej szukali? Przecież wszystkim dzieciom rozdawali paski na rękę z numerem telefonu, coby się nie pogubiły, a ewentualnie znalazły właśnie.
Ta dziewuszka, lat 6, Dżihan, nie zgubiła się na festynie w parku. Porwali ją.
Co? To się zdarza? Jezusie...aż siadam z wrażenia. A gdzie to takie brutale?
Na targu na Anderlechcie. Na Abatłarze. CZyli w rzeźni na nasze.
Rzeźnicy jacyś? Jezusiemario! Jak to?
Nie wiadomo, jak to. Wiadomo, kto to - obywatel pochodzenia rumuńskiego. Porwał ją, ale na szczęście oddał w ręce policji.
Dlaczego w ogóle jak to po co co za ludzie - jąkam, się, bo słów brak.
Nie wiadomo nic. Polis milczy. Wiadomo tylko, że od razu rozpoczęła się wielka akcja poszukiwawcza. Wszyscy solidarni. Lebelż i labelż, jacy by nie byli, skąd nie pochodzili i w co nie wierzyli.
I znaleźli ją?
Tak.
Na festynie?
Nie, nad festynem tylko latali, i nikogo by pewnie nie znaleźli w tych tysiącach kolorowych dzieci. Bo mucha rządzi Fore, Sanżilem i Bruksenią i ludu nalazło jak mrówków, fakt. Nic tam nie znajdziesz, jak w stogu siana normalnie, a to trawa tylko.
Na policji w centrum się znalazła. 6-latka Dżihan.
Jak nasze chłopaki, mała i bezbronna.
Rany.
Rany.
Nie słyszeliśmy, bo tam się nic nie dało usłyszeć, wszak sama wiesz Ano Martin, bo byłaś, i swoje wycierpiałaś, stojąc w słońcu.
Latało, latało, przypomniam sobie. Małe chłopaki pokazywały palcami w niebo, że terkoce.
Bo co się działo? Wysoka komisja latała czy inne Szumaniaki?
Nie, coś prawdziwie ważnego tym razem. Szukali dziewczynki.
Ale jak, na festynie jej szukali? Przecież wszystkim dzieciom rozdawali paski na rękę z numerem telefonu, coby się nie pogubiły, a ewentualnie znalazły właśnie.
Ta dziewuszka, lat 6, Dżihan, nie zgubiła się na festynie w parku. Porwali ją.
Co? To się zdarza? Jezusie...aż siadam z wrażenia. A gdzie to takie brutale?
Na targu na Anderlechcie. Na Abatłarze. CZyli w rzeźni na nasze.
Rzeźnicy jacyś? Jezusiemario! Jak to?
Nie wiadomo, jak to. Wiadomo, kto to - obywatel pochodzenia rumuńskiego. Porwał ją, ale na szczęście oddał w ręce policji.
Dlaczego w ogóle jak to po co co za ludzie - jąkam, się, bo słów brak.
Nie wiadomo nic. Polis milczy. Wiadomo tylko, że od razu rozpoczęła się wielka akcja poszukiwawcza. Wszyscy solidarni. Lebelż i labelż, jacy by nie byli, skąd nie pochodzili i w co nie wierzyli.
I znaleźli ją?
Tak.
Na festynie?
Nie, nad festynem tylko latali, i nikogo by pewnie nie znaleźli w tych tysiącach kolorowych dzieci. Bo mucha rządzi Fore, Sanżilem i Bruksenią i ludu nalazło jak mrówków, fakt. Nic tam nie znajdziesz, jak w stogu siana normalnie, a to trawa tylko.
Na policji w centrum się znalazła. 6-latka Dżihan.
Jak nasze chłopaki, mała i bezbronna.
Rany.
Rany.
Wednesday, 14 June 2017
yftar
A co ten król czy książę taki biedny nagle, nadziwić się nie mogę. Co to, jeść im nie dają po tych pałacach, czy co, że po obcych muszą chodzić?
I jeszcze pewnie naszą polską królewnę ze sobą ciąga, jakby naprawdę już nie było co robić po zmroku na Sanżilu i w okolicznościach, naprawdę no, wstyd taki!
Chyba że się wstydzi, że tak późno je, wbrew wszystkim zasadom, o których nonstop można poczytać onlajn, a kiedyś w galipanitwoimstylu - że po 20 to se najwyżej jabłko chude dietetyczne można schrupać, a najlepiej nie po 18, a jeszcze najlepiej: to w ogóle nie!
Lato idzie, heloł! Plaże i kostiumy heloł!
Ksenio, to w ogóle inne sprawy. Król Belgii pojechał na godzinę 22 na kolację do zwykłych obywateli, jak głosi lesłar, do Gandawy, Ghent i Gand we właściwych dialektach. To fakt jedyny.
Na yftar-iftar.
No właśnie, późno!
Późno, bo król zechciał pokazać, że jest królem belż wszystkich labelż i lebelż, niezależnie od religii.
To dobrze i pięknie, ale po nocy tak? Lepiej by się wyspał, to by mu się lepiej rządziło i zarządzało tymi skandalami, co to z prawa i lewa w niego trafiają.
Owszem, ale w ramadanie inaczej się nie da jeść. Dopiero po zapadnięciu zmroku. Co w czerwcu wypada około 22. Sama widzisz. Sanżil i okoliczności światłem stoją. Słońce nie zachodzi praktycznie ostatnio.
Jakie ramtamtam? To święto multikulti znów? Co się nie je?
Znów - rok minął.
Jezusie, serio? Alem się zagapiła. I co, ten król tu świętuje właśnie na tym zdjęciu? Jedząc?
Otóż to. W geście solidarności ze wspólnotą muzułmańską dał się namówić na kolację u zwykłej rodziny.
Pierwszej lepszej?
Na pewno nie pierwszej lepszej, już od dawna nie ma czasów pierwszych lepszych.
Najpierw tajniacy sprawdzają; na miejsce jadą wojskowi, polis itp, wszystko obstawiają. A potem król i jego świta, niby na spontan. Ale trudno, już tak będzie, że ochrona itepeitede wszędzie.
Trafiło na imama o nazwisku Khalid Benhaddou, jednego z ośmiu synów Abdela Azziza Benhaddou, brata Mohammeda, mieszkańca Evergem.
Za to kolacja była spontan. Król był spontan zadowolony.
Piękne danka. Jakieś małe tylko.
Bo tak się je po arabsku! Dużo małych danek.
Nic dziwnego, że dużo. 18 godzin bez jedzenia, nieźle. Biedaki!
E tam, biedaki. Sami chcieli. I król chciał, to najważniejsze!
Oraz cała rodzina, wnuki nawet, te co się zmieściły przy stole, bo czy pokolenia. Tszy.
To nasi sąsiedzi z Sanżila i okoliczności.
Może nas zaproszą?
Mniam!
I jakby nie było, jak donosi twójstylpaniwiwa - post jest zdrowy.
I jeszcze pewnie naszą polską królewnę ze sobą ciąga, jakby naprawdę już nie było co robić po zmroku na Sanżilu i w okolicznościach, naprawdę no, wstyd taki!
Chyba że się wstydzi, że tak późno je, wbrew wszystkim zasadom, o których nonstop można poczytać onlajn, a kiedyś w galipanitwoimstylu - że po 20 to se najwyżej jabłko chude dietetyczne można schrupać, a najlepiej nie po 18, a jeszcze najlepiej: to w ogóle nie!
Lato idzie, heloł! Plaże i kostiumy heloł!
Ksenio, to w ogóle inne sprawy. Król Belgii pojechał na godzinę 22 na kolację do zwykłych obywateli, jak głosi lesłar, do Gandawy, Ghent i Gand we właściwych dialektach. To fakt jedyny.
Na yftar-iftar.
No właśnie, późno!
Późno, bo król zechciał pokazać, że jest królem belż wszystkich labelż i lebelż, niezależnie od religii.
To dobrze i pięknie, ale po nocy tak? Lepiej by się wyspał, to by mu się lepiej rządziło i zarządzało tymi skandalami, co to z prawa i lewa w niego trafiają.
Owszem, ale w ramadanie inaczej się nie da jeść. Dopiero po zapadnięciu zmroku. Co w czerwcu wypada około 22. Sama widzisz. Sanżil i okoliczności światłem stoją. Słońce nie zachodzi praktycznie ostatnio.
Jakie ramtamtam? To święto multikulti znów? Co się nie je?
Znów - rok minął.
Jezusie, serio? Alem się zagapiła. I co, ten król tu świętuje właśnie na tym zdjęciu? Jedząc?
Otóż to. W geście solidarności ze wspólnotą muzułmańską dał się namówić na kolację u zwykłej rodziny.
Pierwszej lepszej?
Na pewno nie pierwszej lepszej, już od dawna nie ma czasów pierwszych lepszych.
Najpierw tajniacy sprawdzają; na miejsce jadą wojskowi, polis itp, wszystko obstawiają. A potem król i jego świta, niby na spontan. Ale trudno, już tak będzie, że ochrona itepeitede wszędzie.
Trafiło na imama o nazwisku Khalid Benhaddou, jednego z ośmiu synów Abdela Azziza Benhaddou, brata Mohammeda, mieszkańca Evergem.
Za to kolacja była spontan. Król był spontan zadowolony.
Piękne danka. Jakieś małe tylko.
Bo tak się je po arabsku! Dużo małych danek.
Nic dziwnego, że dużo. 18 godzin bez jedzenia, nieźle. Biedaki!
E tam, biedaki. Sami chcieli. I król chciał, to najważniejsze!
Oraz cała rodzina, wnuki nawet, te co się zmieściły przy stole, bo czy pokolenia. Tszy.
To nasi sąsiedzi z Sanżila i okoliczności.
Może nas zaproszą?
Mniam!
I jakby nie było, jak donosi twójstylpaniwiwa - post jest zdrowy.
Subscribe to:
Posts (Atom)