Wednesday, 27 September 2017

światowy marsz kobiet

Już widzę te zdziwione twarze, że proszę, niby Ksenia nie mówi w dialektach, niby tylko po łapsku, niby tylko po polsku, a tu proszę nagle, wielka pani, jak nie przymierzając Ana Martin jakaś albo inna z tej konferencji, co to od rana Ana na niej wysiaduje, jak jaja jakieś, nie wypominając zupełnie.
A nie, nie od rana Ana jednak, bo przecież o ósmej już z radia nadawała, co to dzieciarnia w panice była, gdzie te matki i jak one tego do radia weszły? Dobrze, że ojce się zajęły obsługą dziatwy, ale to akurat popieram, matki i ojce, dwa do dzieci są potrzebne, takie czasy, no nie?
Dwóch, Ksenio! Woła Iwonek. Czy dwie mamo?
Dwoje, dwoje, mówi Groch i słusznie.
No więc Ana od rana działa w czarnej koszulce od tej artystki z Sanżosa, co to u niej zaraz po radiu nowe koszulki dla maszerujących odbierała. Piękne, jak rok temu, białe na czarnym, wszystko widać. Na wtorek ci one gotowe, przypominam.
A dziś siedzą ze mną liczne labelż z Sanżila i okoliczności, Irlandki, Amerykanki bez h, bom się wyedukowała, nawet Niemki, Francuzki, Peruwianki nawet, skąd one, z parlamentów jakichś, mój boże, ból głowy od języków od rana, a co to się w parku wieczorem będzie działo, to wolę nawet nie dumać!
I pomyśleć, że ja też! Z Łap do Cinquantanaire, przepisuję po literze, bo ciężko - tak, z Polski pod łuki królewskie żem przeszła. Ja i inne! Na ef feministki, a co.
Ja też idę, dodaje Ana.
I my, mkną na rowerach chłopaki.
Światowy marsz kobiet to dziś! W Brukseni samej! Ana Ksenia i inne na ef!
Wieczorem podpiszę się na prześcieradle dla Polek z Polski D, co to jedna z drugiego dialektu, flamanckiego, pod czujnym okiem Any zapełniła literami: solidarne z Polkami. Choć nie rozumiała, dała radę, jak ja chwilami na tej konferencji zupełnie. Ale co tam.
Dajemy radę. I dlatego i na irlandzkim prześcieradle się podpisze, jak zrozumiem, gdzie, tam to dopiero mają dialekt, że hej, nawet Ana wymięka.
Potem wezmę chłopaków za rękę i dojdę do Szumana. No nie całkiem, bo wysoka rada się zbiera na komisji, więc trzeba się zatrzymać nie tam, gdzie Polki już we wtorek na czarno wyjdą, tylko nieco bliżej, gdzie to przemówimy.
Bo to nasz dzień. Zdrowych i bezpiecznych kobiet, mówi Ana. Maszerujemy wszystkie dla wszystkich.
O tym w radiu na Sanżosie było.
I będzie dziś. 17.30 w parku! A potem hajda na Szumana.


Monday, 25 September 2017

równość

Podobno jest tak, że im młodsi, tym równiejsi. Wynikałoby z tego, że najłatwiej jest w wieku przedszkolnym, wręcz żłobkowym, na sanżilowskie: kreszowym.
Jak się zastanowić, to może być prawda. Wszyscy se równo leżą, szczególnie, że na Sanżilu wśród labelż i le też panuje opinia, że im wcześniej wsadzisz dzieciarnię w tryby szkolnictwa, tym lepiej.  Czyly na leżąco.
Leży więc to pokotem jedno obok drugiego, płacze, aż się nauczy, że nie ma co, bo rodzice daleko, światowo. Wszyscy się tego tu uczą równo, niezależnie, jakiej nacji i etnii sa rodzice.
Takich słow się nauczyłam przez te lata na Sanżilu. Nacja i etnia.
Więc te nacje i etnie sa równe nadal w przedszkolu, bo jeszcze ocen brak.
A potem coraz mniej.
Przez prymer to jeszcze jakoś, póki nie wejdą egzaminy, co do których wiem tylko tyle, że w takiej szóstej prymer hulają na całego. Jak się ma pecha, i trafi z przydziału do szkoły katolickiej - to i w czeciej nimi steresują dzieciarnię i rodzinę.

W makampań tak było. Ma campagne - donoszą sąsiadki. Więc woleli odesłać synalka na Iksel, tam luźniej.
A potem tylko ich więcej. Egzaminów tych.
Więc kończy się prymer i zaczyna sekonder. I tu już zapomnij o równości.
To znaczy jest niby, ale nie ma. No bo kto zostaje na drugi rok? No? Ci, co na nich Matje i Kloe wołali już w kołysce? I na ich matki i ojców i babki i dziadów?
Otóż nie. Ci, co to amma i abba wołali, albo tata zamiast papa i mamą.
I tak zostają coraz bardziej w tyle, aż dalej, na takie izby lekarskie czy sędziowskie pójdą głównie ci, co to jednak są białą siłą od wieków i pokoleń, i ich rodzice też akcentu nie mieli.
I tak znika żłobkowa równość.
Rew belż się rozpływa.

fajterzy

Przyznam, że od takich wiadomości nie ma co zaczynać dnia, jeśli ten dzień miałby być udany i słoneczny w środku, a nie tylko za oknem.
No ale trudno, skoro takie infosy spływają ze świata w pierwsze jesienne dni, to co robić, spisuję.
Ciężko to idzie, ręka drży, widzi to i Ana, cała zapłakana z rana. No prawie, w koncu jużeśmy się na Sanżilu przyzwyczaili, że dzieckiem być nie łatwo.
I tym zapłakanym, co do szkół ruszyło z biedroną na plecach, jak dwulatek Groch, i tym, co nie ruszyło, bo je ojce z matką wywieźli. 
Albo się za gramanicą rodziło.
Okazuje się, że setka małych labelż i le też przebywa na wojnie. W Syrii i Iraku, a jakże.
No co wy, serio?
Serio. Ministerstwo podliczyło. Przetłumaczę na szybko, bo język zaraz mi uwięźnie w gardle: 29 maluchów urodziło się jeszcze na Sanżilu i w okolicznościach i za dziecka ich wywieźli; 70 już na miejscu, straszliwym, wojennym dodajmy. 38 to la, 42 - lebelż; o pozostałych 30 nic nie wiadomo. Do tego to są tylko maluchy i nastolatki - do tych, co mają powyżej 18 lat, nie sposób dotrzeć. Niby-dorośli, bo 18-letni, zmienili też status - z osoby na fajtera. Tak tak, takich młodocianych forejnfajtersów belż zliczono czech.
Poczekaj Roman, oni walczą tam? A nie lepiej im wrócić?
Wcale niekoniecznie walczą. Po prostu ustalono międzynarodowo, że są dorośli, czyly mogą walczyć, czyli kryminał, bandziory, więzienie itepe. Z automatu tak.
Niektórzy z dzieciarni wracają z rodzicami, niektórzy zostają. Nie od nich zależy ich los. No i piorą im mózgi, ile wlezie.
Takim malcom, boję się...
Takim malcom, owszem. 80% ma mniej niż 8 lat. 20% więcej.
To oni będą tymi fajterami?
Jeśli wojna się nie skończy i nie wyjadą - na przykład do Belgii, gdzie mają lub mogą mieć obywatelstwo - to tak, automatycznie zostaną uznani za terrorystów.
Ojej, to trochę straszne.
I do tego to niedokładne liczby. Nikt nie wie, ile dzieci umarło, zginęło lub zaginęło.
I co teraz?
Nic.
Wojna. Smutno i bez słońca.

Thursday, 21 September 2017

gołąbeczka

Piękny dzień jesienny. Mietka. Resto na sąsiednim Fore, koło Markoniego, topowa lokalizacja Rity, psycholożki i licznych gościń.
Środa, wiec my z Aną Martin jak zwykle w biegu między pisarstwem, a szkolnictwem. Jak wy zapewne. Z Sanżila w okoliczności i z powrotem.
Dwunasta bije - a więc decyzja szybka: do Mietki. Wraz z Adwokatem, Patrykiem ze sklepu żelaznego na Albercie - wszyscy karnie w jednym rzędzie pod obrazami lokalsów. 
Ana niezadowolona nieco sama z siebie, bo nadajemy na żywo z komputerów, co nie pasuje do resto, ale już trudno, no bo same i sami posłuchajcie, do czego tu dochodzi.
Mianowicie wchodzi staruszka. Nie, nie żadna lokalna starszawa lubiąca alkohol, te już znamy i te siedzą na Altitid Są, 100. Tam bardziej piwnie.
Ta tu taka miła siwa gołąbeczka.
W golfiku czerwonym, z wytworną laską i trwałą na głowie, co to się zwie ondulacją.
I do Any śmiesznie startuje, co to pewnym krokiem po Mietce się przechadza, jak u siebie nie wypominając; a jest ta to Ana w niebieskim kitlu; fakt, że na sukienkę to nie wygląda, fakt doprawdy, no ale przecież to prędzej na pielęgniarkę z opitala szpitala Moljera pasuje, a nie na kelnerkę przecie.
Więc Gołabeczka pyta Anę, czy może zamówić.
Ana, że tak, ale nie u niej, bo ona tu na gościnnie.
Gołąbeczka, niezrażona:
De toute façon, j'ai très soif. Une bière déjà et pour le vin, je verrai après - każe mi Ana napisać korekt.
Czyly na nasze: De tut fason że tre słaf. In bjer deża e pur le wę, że were apre.
Po czym Gołąbeczka wyjmuje z torebusi okulary przeciwsłoneczne i przywołuje mesje tym razem. Bo danie dnia to ryba po wiedeńsku, czyli żydowsku na nasze, jak myślałam, a okazała się po prostu w bułce tartej.
Czyli po polsku.

Tuesday, 19 September 2017

niderlancki

Niderlandzki, Ksenio, poprawia mój tytuł Ana Martin, ale co ona tam wie, gada, jakby niderlanckiego się uczyła.
Nie uczyłam się za wiele, to fakt i błąd zarazem, za to przynajmniej o polszczyznę będę dbała, by w niej przejawił się szacunek dla Niderlandów, co to Holandią są tak naprawdę, a reszta jest tylko wymysłami politycznymi.
Królestwo Niderlandów w tym.
Skoro już w szkolnictiwie belż szacunku brak, to przynajmniej my tu, na Sanżilu, zaświadczmy, że popieramy naukę języka braci i sióstr. Kropka.
Jak to w szkolnictwie brak poparcia? 
A tak, tu piszą. Że coraz mniej uczniów w Walonii, czyli naszych tu Sanżilaków i okolicznych też, wybiera niderlandzki jako pierwszy język obcy.
Mimo że nauka niderlandzkiego jest obowiązkowa przecież, tak piszą jednocześnie.
Ano właśnie, taka zagadka.
Jak się to przedstawia liczbowo?
49 % wybierało niderlandzki w 2010 r., w 2014 r. już tylko 46,9 % - to ci pewnie za rok, jak zliczą, do 40% dojdą. Angielski wykonał skok w drugą stronę - z 31% do 35%.
Ci zejdą, ci wejdą.
Dziwne jest to, że tBelgia mówiąca w dwóch, a niekiedy i czech dialektach to jeden kraj właściwie. I że nie zależy nikomu, by się porozumieć z drugą połową. I tą czecią - zachodzę w głowę.
Rodzice dzieciarni nie cisną, bo sami nie mówią, ot co.
Polacy tacy znajomi przykładowo nie cisną, bo już opanowanie francuskiego wydaje im się wyczynem nie z tej ziemi, jakby to życia nie ułatwiało, lecz utrudniało.
To inni tak samo mają. Inni cudzoziemcy.
Nawet ministerstwo zdaje się nie martwić. W komunikacie dla prasy twierdzą, że to bron boże nie jest odrzucanie niderlandzkiego, lecz popularność angielskiego. I że sporo uczniów wybiera go na 2. język, no co chcecie, czepia się ta prasa i czepia.
Co oznacza jeszcze mnie lekcji w tym języku.
Czyly co?
Czyly pogłębia się przepaść między dwoma częściami kraju, którą łatwo by można zasypać. Językowo. I lepiej nie będzie, bo czym skorupa za młodu nie nasiąknie- wiadomo.
A co mają powiedzieć mniejszościowe Niemcy, że się zgłoszę z takim postulatem. Ich mowy chce się uczyć niecałe 2% narodu.
Jak w Polsce zupełnie. Lebelż i polone dwa bratanki widać.
Mnie szokuje, że blisko 17% nie uczy się niczego, a już na pewno nie chce!
Komentarz Any Martin, jak i redakcji lesłara: przypominamy, że nauka niderlandzkiego jest obowiązkowa.

gościnnie

Wczoraj wspominałam coś tam o Skarbku, że o mało co nie odebrał Sanżilowi tytułu najszybszej gminy świata - a już znów się należy zastanawiać, czy to dobrze, że się zlądowało tu, a nie np. w Anderlecht, Ixelles, Nivelles, Charleroi, Mons, Liège, Arlon, Virton czy Namur.
Przepisałam tak na ładnie nazwy w dialekcie tutejszym - z gazety, po literach -  i zaraz poprawię na nasze, chciałam tylko, byście mieli wskazówkę jak z drogowskazu, jakbyście chcieli się przeprowadzić tam, gdzie was mile powitają.
Uchodźców i emi-imi. Jak my wszyscy w końcu, zdaniem Any, z Sanżila i okoliczności, bośmy się w końcu gdzie indziej rodzili. W polczyźnie matczyźnie mianowicie najczęściej. Ja przynajmniej, Ana i Roman, choć gdzie indziej.
Małe chłopaki już stąd.
Mogą nas powitac, ot co, są tu gospodarzami!
Albo zgłosić Sanżil do akcji powitalnej.
Rozchodzi się o to, że te gminy, komuny, miasta i inne miasteczka, bo nie znam ich wszystkie, wiem tylko na pewno, że to nie krainy - te to oto miejsca postanowiły, że nadadzą sobie tytuł: commune hospitalière.
Co na nasze oznacza ni mniej, ni więcej, tylko gościnną gminę. Czyly to, z czego słynie Polska A, B i C oraz D.
Słynie w swoim własnym mniemaniu, bajce jakiejś i ułudzie, legendzie idiotycznej nieznajdującej nijak odbicia w rzeczywistości - krótko i zwięźle krytykuje Polskę Ana Martin. Jak to ona potrafi dowalić.
Ana, co tak ostro, wypada zapytać.
Bo w Polsce żadna gmina nie jest gościnna, ot co. A w szczególności dla uchodźców. Nawet jeśli jeden z drugim prezydent miasta deklaruje, że przyjmie garstkę emi-imi, to są to odosobnione przypadki i obejmują znikome ilości osób. A w Belgii - proszę bardzo: olbrzymia akcja powitalna zatacza coraz szersze kręgi, komuny chcą tytułu gościnnej gminy. Ksenia, przypomnij jeszcze raz, które to?
Anderlecht, Ixelles, Nivelles, Charleroi, Mons, Liège, Arlon, Virton i Namur. Oraz Chièvres, Vielsalm i Huy. Bez błędów.
Można?
Można. I to wszystko akcja oddolna, obywatelska. Brawo labelż i lebelż.

Sunday, 17 September 2017

szybko

Myślałam, bo tak tez naprawdę zaprawdę jest, że wszystko co najlepsze, to Sanżil.
I najszybsze, Ksenio! jak tramwaje nasze podziemne!
O to właśnie się rozchodzi. Ustalmy więc może, że co najlepsze, to owszem, po staremu, Sanżil, ale najszybsze to są okoliczności. Jednak. 
Bo tymczasem i w między czasie okazało się, że Skarbek jest najszybszą gminą świata. A już na pewno - wygrywa co najmniej o 30 minut z innymi brukseńskimi gminami. Czyly komunami dla tych, co się pogubili. 
Poczciwy stary Skarbek lepszy niż kto co, bom nie dosłyszał, nie dosłyszał Roman.
Tatusiu, na Skarbku jest jeszcze szybciej, niż najszybszy tramwaj nawet. Tak mamusia Kseni powiedziała. W gazecie tak piszą.
O tu, prosze bardzo.
Ha, niezła historia.
Jak to możliwe tatusiu, że coś jest szybsze niż najszybszy tramwaj i ma przed nim pierwszeństwo?
Właśnie, też poproszę o wyjaśnienie. W imieniu komun i gmin chociażby. Sanżila przykładowo.
Już widzę. Remont ulicy. Przestawili coś.
Co mogli przestawić. Czas? 
Od początku. Zapadła się część ulicy. Nie byle jakiej, bo szosa Luweńska. De Louvain, dla tych, co nie łapią. Przyjechali ją naprawiać. W pośpiechu, bo to przelotówka. 
I z tego pośpiechu czas przestawili?
Nie przestawili, tylko postawili. Mianowicie agregat prądotwórczy - bo jak inaczej przetłumaczyć elektrożen - by Skarbkowym po szosie nie gruchnęła elektryczność. Na wszelki wypadek, by na pewno im jej nie zabrakło, i by nie było z tego jakiegoś kryzysu politycznego na poziomie gminy lub komuny, podkręcili wskaźniki i wyszło, że 50 herców wpływa na okoliczne zegarki.
I tak to Skarbek wygrywa w cuglach konkurs na najszybszą gminę brukseńską.
Ale z tramwajami podziemnymi nie wygra?
Nie ma szans, co ty Iwonku.
To dobrze tatusiu, to bardzo dobrze, bo już się martwiłem.