Zapowiada się jedna z tych śród, których się nie zapomina, gadała wczoraj Ana od rana.
Po pierwsze - zebranie. W środę. I jest środa. I to jaka!
Środa wręcz.
Do tego: 11. Brakuje pełnego miesiąca do urodzin, nie tylko miesiąca, i belgijskiego dnia kobiet, co to go od lat obchodzimy w tym dniu urodzinowym właśnie, o czym zawstydz(ana) Ana raczyła była nie wiedzieć.
A tak się pięknie łączyło, że dziw, że tyle lat na Sanżilu i w okolicznościach, a nie wpadła na to, że wszystko ma znaczenie.
Wracając do środy - był to Międzynarodowy Dzień Dziewcząt. Nie jakiś taki głupi, jak w szkolnictwie za młodu Any, gdy dbało się, by dostały kwiatki i rajtuzy kiedyś i co najwyżej nie walnąć ich w głowę (dziś pewnie dostałyby zdjęcia księżniczki w ajfonach) - tylko taki, gdy my, stare na ef i starzy na ef, dokładamy jeszcze więcej starań, by małe dziewczynki wiedziały, że mogą wszystko.
Odzyskana moc dziewczynek czyly! Żadna mi tam utracona.
Dzieci do czynu.
Jak taki Iwonek i Groch oraz różne ze środy. Środy też.
Jaki dziś dzień, pytał wręcz Iwonek nocą, gdy ledwo patrzył na oczy, bo matki za zebraniach, dzieciarnia męska kongresowa razem, ojce na ef ogarniają to szaleństwo, częściowo przy pomocy tiwi, no co robić, jak matki obradują.
A już wiem: jesteśmy środą, przypomniał sobie. Środą.
Właśnie: zebranie kongresowe. Nie będę wam odliczać ani wyliczać, ile jeszcze mamy tu do 25 listopada, ale mało czasu. A wtedy - wszystkie do sanżilowskiego CPASu na popas mózgowy i gębowy też. Będzie się działo, oj widzę to po programie, co go Ana w środę ze mną i innymi na ef omawiała.
Gorąco i burzliwie. Do północy. Ze środy i Środą.
Ach, ta środa. Same znaki.
Środa oleju do mózgu doda, ot co.
Jesteśmy środą.
Thursday, 12 October 2017
Wednesday, 11 October 2017
strajkowo
Księżyc pięknie świecił w pełni i pełnią krasy, choć żółtej, oj za mocno wręcz, Ana przykładowo od razu twierdziła, że nie na darmo i że coś z tego wyjdzie. Niepewnego.
Akcja. Menstruacja? Demonstracja!
I miała nosa. Okazało się już w czwartek, kiedy do do plecako-tornistrów, zwanych z sanżilowska kartablami, trafiła kartka. Mianowicie - oczywiście po przetłumaczeniu - hej ho, no nie, coś tam trzeba z siebie dać - że we wtorek nie ma jedzenia. Zwanego repa. Repasu popasu takiego, ojej. Ani też potażu. Czyli zupy. W kubkach.
Jest za to strajk. W naszej szkole - szczególnie mocno, for, słiwi w maternelu. Tak właśnie napisali. Słiwi for czyly co?
Popierany przez kadrę. Nauczycieli.
A najbardziej - przez garderie. W liczbie mnogiej, więc po polsku na mnogo pasuje forma, jak gardenie, ot co. I że ekol rest uwert, a jakże, ale jednak tylko od 8 do 15.30.
Taka madam od Iwonka na pewno strajkowała, bo od razu zapowiedziała, że ekolu nie ma. Co Anę Martin trochę zmartwiło jednak, bo wszak czarna działalność na ef wymaga czasu, skoro już rąk brak, oprócz własnych, a i te powykrzywiane romantyzmem.
Reumatyzmem.
Dobrze, niech będzie. I dobrze, że jednego nie brakuje - narzekania i dobrych rad. Tak na marginesie uwaga - kąśliwa.Tego to na pewno pełne ręce wszędzie, gdzie nie spojrzeć.
No ale wracając do belż: to był na całego. Ana ostała się bez roweru, bo go był porwał Roman, co pomknął nim na Szumana i naturalnie oczywiście dojechał szybciej, niż jakimkolwiek tramem, który w strajk zresztą po Sanżilu i okolicznościach nie wiadomo czemu akurat mknął; a nawet pod Sanżilem, bo w tunelu, Ksenio, jakby poprawił Iwonek.
No właśnie.
Korek pod oknami stał równo, w każdym razie: normalnie do 9 góra, dziś do 10. A co się działo na wjazdach do Brukseni - to najstarsi nie pamiętają, sodomiaigomoria to nic podobno. Podobnie jak pod sanżilowskim więzieniem - ktoś musi strajkować, by siedzieć mógł ktoś, no co.
Dzieciarnia siedziała w maternelu i zadowolona bawiła się. Bo co robić? Strajk to my mamy kobiet tu, czarny, ten czerwony musi ustąpić. Polska przed Belgią, nawet jeśli to Polska D, a Belgia- A - w najlepszym, solidarnym wydaniu.
Gdyż tak w ogóle każdy ma prawo do strajku. Popieramy! Od chodzenia na piechotę nikt jeszcze nie umarł, szczególnie, jeśli jest to rower Any.
Akcja. Menstruacja? Demonstracja!
I miała nosa. Okazało się już w czwartek, kiedy do do plecako-tornistrów, zwanych z sanżilowska kartablami, trafiła kartka. Mianowicie - oczywiście po przetłumaczeniu - hej ho, no nie, coś tam trzeba z siebie dać - że we wtorek nie ma jedzenia. Zwanego repa. Repasu popasu takiego, ojej. Ani też potażu. Czyli zupy. W kubkach.
Jest za to strajk. W naszej szkole - szczególnie mocno, for, słiwi w maternelu. Tak właśnie napisali. Słiwi for czyly co?
Popierany przez kadrę. Nauczycieli.
A najbardziej - przez garderie. W liczbie mnogiej, więc po polsku na mnogo pasuje forma, jak gardenie, ot co. I że ekol rest uwert, a jakże, ale jednak tylko od 8 do 15.30.
Taka madam od Iwonka na pewno strajkowała, bo od razu zapowiedziała, że ekolu nie ma. Co Anę Martin trochę zmartwiło jednak, bo wszak czarna działalność na ef wymaga czasu, skoro już rąk brak, oprócz własnych, a i te powykrzywiane romantyzmem.
Reumatyzmem.
Dobrze, niech będzie. I dobrze, że jednego nie brakuje - narzekania i dobrych rad. Tak na marginesie uwaga - kąśliwa.Tego to na pewno pełne ręce wszędzie, gdzie nie spojrzeć.
No ale wracając do belż: to był na całego. Ana ostała się bez roweru, bo go był porwał Roman, co pomknął nim na Szumana i naturalnie oczywiście dojechał szybciej, niż jakimkolwiek tramem, który w strajk zresztą po Sanżilu i okolicznościach nie wiadomo czemu akurat mknął; a nawet pod Sanżilem, bo w tunelu, Ksenio, jakby poprawił Iwonek.
No właśnie.
Korek pod oknami stał równo, w każdym razie: normalnie do 9 góra, dziś do 10. A co się działo na wjazdach do Brukseni - to najstarsi nie pamiętają, sodomiaigomoria to nic podobno. Podobnie jak pod sanżilowskim więzieniem - ktoś musi strajkować, by siedzieć mógł ktoś, no co.
Dzieciarnia siedziała w maternelu i zadowolona bawiła się. Bo co robić? Strajk to my mamy kobiet tu, czarny, ten czerwony musi ustąpić. Polska przed Belgią, nawet jeśli to Polska D, a Belgia- A - w najlepszym, solidarnym wydaniu.
Gdyż tak w ogóle każdy ma prawo do strajku. Popieramy! Od chodzenia na piechotę nikt jeszcze nie umarł, szczególnie, jeśli jest to rower Any.
Tuesday, 10 October 2017
sądy
Było to tak, że potrzebowali tłumaczki albo tłumacza też ewentualnie bynajmniej, co to z dialektu chyba francuskiego na nasze by dawał radę, a tak naprawdę z prawniczego na ludzkie, tyle wam powiem, że na mój rozum to o to się rozchodziło.
Ana się zgłosiła, bo akurat se czarnoprotestowo próbowała odpoczywać, ale jak widać nie dała rady, bo się zgłosiła właśnie, że ona owszem, i zrozumie, i wyjaśni po polsku, i posiedzi, jak się będzie przeciągało, i owszem, tak na pewno nic za to nie chce.
Ta, co Anę w ten sposób wyhaczyła internetowo, bo podobno życie się teraz na fejsie odbywa - na co my się jednakże zasadniczo u nas na Sanżilu nie zgadzamy, że se twardo podkreślę - zadzwoniła jednakże jeszcze raz, by się upewnić co do tego ostatniego elementu, bo podobno nieczęsto się zdarza wśród naszych tu Sanżilaków i okolicznych, by drugi czy druga drugiemu lub drugiej chcieli pomóc za darmo.
Tak, owszem, robię to bezinteresownie, potwierdziła Ana Martin, bo mogę. Mogę, to robię. I cieszę się, że mogę.
Dostała więc adres i pojechała se pod największy pałac świata, co to o nim myślałam, że jest kościołem, takim ruskim nawet, choć powinno być rosyjskim, bo się ten złoty dach, kopułą zwany, tak mu świecił, że po oczach nawet na Sanżilu daję, jak się nad ratusz podejdzie.
Ana się zgłosiła, bo akurat se czarnoprotestowo próbowała odpoczywać, ale jak widać nie dała rady, bo się zgłosiła właśnie, że ona owszem, i zrozumie, i wyjaśni po polsku, i posiedzi, jak się będzie przeciągało, i owszem, tak na pewno nic za to nie chce.
Ta, co Anę w ten sposób wyhaczyła internetowo, bo podobno życie się teraz na fejsie odbywa - na co my się jednakże zasadniczo u nas na Sanżilu nie zgadzamy, że se twardo podkreślę - zadzwoniła jednakże jeszcze raz, by się upewnić co do tego ostatniego elementu, bo podobno nieczęsto się zdarza wśród naszych tu Sanżilaków i okolicznych, by drugi czy druga drugiemu lub drugiej chcieli pomóc za darmo.
Tak, owszem, robię to bezinteresownie, potwierdziła Ana Martin, bo mogę. Mogę, to robię. I cieszę się, że mogę.
Dostała więc adres i pojechała se pod największy pałac świata, co to o nim myślałam, że jest kościołem, takim ruskim nawet, choć powinno być rosyjskim, bo się ten złoty dach, kopułą zwany, tak mu świecił, że po oczach nawet na Sanżilu daję, jak się nad ratusz podejdzie.
A to pałac sprawiedliwości.
Weszła Ana, torbę oddała i udała pod wskazaną salę. Ogarnęła ją okiem…i nie znalazła.
Swej klientki nieodpłatnej, znaczy się.
Bo to było tak, że ustawię fakty: wchodzę. Patrzę: ani jednej polskawej buzi. Owszem, mnóstwo kobiet coś chce od tego sądu, ale że osoby te są w większości w czarnym proteście także w postaci chusty na głowie - założyłam, że to jednak nie to. Pytam się takiej jednej młodej adwokatki, też zresztą przyobleczonej na czarno zwyczajowo, a może i z solidarności: gdzie można coś sprawdzić, wskazuje mi listę, na niej owszem, dużo nazwisk emi-imi, ale jednak raczej z Afryki, niż Polski D, a nawet A B i C.
Że wyjaśnię: Ana ani jednego na -ska czy -cka nie naliczyła, no ale tu Ana Martin też nie świeci polskim przykładem, co widać.
Ana znów: wychodzę z tej sali i mówię se: jakżem tu przybyła, zgubiła i znalazła w międzyczasie telefon - to dam radę i panią znaleźć. Wykonam skan twarzy i znajdę.
Długo mi to nie zajęło, dodam nieskromnie, bo jakem odliczyła czarny protest chustowy i adwokacki - to od razu znalazłam panią.
Radośnie żeśmy się odnalazły i przeszły na matczyny.
Adwokatka też zadowolona, bo ta poprzednia tłumaczka to tylko się kłócić chciała we wszystkich językach, które znała.
A Ana po czarnym tak zmęczona i głowowo obolała, że ani jej to na myśl nie przyszło.
I jeszcze zadowolona, bo i pomogła, i Roman auto naprawił, a nie ona musiała, i sąd se obejrzała.
Gdzie zresztą same panie na czarno. Pasuje!
Weszła Ana, torbę oddała i udała pod wskazaną salę. Ogarnęła ją okiem…i nie znalazła.
Swej klientki nieodpłatnej, znaczy się.
Bo to było tak, że ustawię fakty: wchodzę. Patrzę: ani jednej polskawej buzi. Owszem, mnóstwo kobiet coś chce od tego sądu, ale że osoby te są w większości w czarnym proteście także w postaci chusty na głowie - założyłam, że to jednak nie to. Pytam się takiej jednej młodej adwokatki, też zresztą przyobleczonej na czarno zwyczajowo, a może i z solidarności: gdzie można coś sprawdzić, wskazuje mi listę, na niej owszem, dużo nazwisk emi-imi, ale jednak raczej z Afryki, niż Polski D, a nawet A B i C.
Że wyjaśnię: Ana ani jednego na -ska czy -cka nie naliczyła, no ale tu Ana Martin też nie świeci polskim przykładem, co widać.
Ana znów: wychodzę z tej sali i mówię se: jakżem tu przybyła, zgubiła i znalazła w międzyczasie telefon - to dam radę i panią znaleźć. Wykonam skan twarzy i znajdę.
Długo mi to nie zajęło, dodam nieskromnie, bo jakem odliczyła czarny protest chustowy i adwokacki - to od razu znalazłam panią.
Radośnie żeśmy się odnalazły i przeszły na matczyny.
Adwokatka też zadowolona, bo ta poprzednia tłumaczka to tylko się kłócić chciała we wszystkich językach, które znała.
A Ana po czarnym tak zmęczona i głowowo obolała, że ani jej to na myśl nie przyszło.
I jeszcze zadowolona, bo i pomogła, i Roman auto naprawił, a nie ona musiała, i sąd se obejrzała.
Gdzie zresztą same panie na czarno. Pasuje!
Monday, 9 October 2017
wat(a)
Można by pomyśleć, że wszędzie kobietom dowalają. Ale nie. Bo oto w tygodniu czarnoprotestowym, czarnochmurowym, czarnonastrojowym nagle zapaliło się światło.
Nie, nie w Polsce D oczywiście niestety, od tego to jesteśmy bardzo daleko, a może i dalej, bo ludu coś na czarnym dużo nie było - uspokoję Was od razu. W ojczyźnie matczyźnie nadal równo źle, i coś tak się Anie Martin, Romanowi i innemu mądrawemu sąsiedztwu wydaje, że raczej w tym kierunku nie tylko idziemy, ale wręcz biegniemy. Jako naród. Co na obczyźnie widać, oj widać.
Póki co - światło prokobiece, jakby powiedziała Ana, a ja - dlakobiece, no co, Polacy nie gęsi, a Polki to już na pewno nie, radykalizuję się feministycznie na ef jak jakaś Ana Martin czy Ruda - objawiło się na Sanżilu i w okolicznościach, które tym razem dotyczą całej Belgii.
W postaci watu. Vatu. Te-we-a, te-fał- a po miejscowemu, ale też zależy od wymowy dialektowej, że wam to uprzytomnię. Wat, vat, tva - podatek taki, wiecie.
Ale jak? Wat dla kobiet, czy wata dla kobiet, że se tak zażartuję czarnoprotestowo?
Owszem. Otóż w Belgii obniżają wat na produkty higieniczne dla kobiet, uroczyście odczytuje Ana Martin z lesłara. Czy to nie wspaniała wiadomość? Formidable?
Na podpaski, tampony czyly?
Owszem. I prezerwatywy dla kobiet też!
Watę! Wat za watę! A to ci dopiero.
Watę cukrową dla pań, Ksenio? A jak ona wygląda?
Nie cukrową, tylko białą, co sobie można ją przerobić na brodę dla krasnali. Przykładowo.
Aha, już wiem, co z tym watem. Watą! Watem! To teraz mniej kosztuje ta wata i wat, tak? I teraz będziemy mogli jej więcej kupić? I więcej zużywać?
Tak jakby. Głównie chodzi nam, Kseni i mamusi, o to, że w czasach demonstracji cieszy każda rzecz, jaką ktoś zrobi dla pań. By nie trzeba tyle demonstrować, bo sił brak.
I Belgia zrobiła, tak? I Bruksenia moje miasto też?
Tak synku.
Nie, nie w Polsce D oczywiście niestety, od tego to jesteśmy bardzo daleko, a może i dalej, bo ludu coś na czarnym dużo nie było - uspokoję Was od razu. W ojczyźnie matczyźnie nadal równo źle, i coś tak się Anie Martin, Romanowi i innemu mądrawemu sąsiedztwu wydaje, że raczej w tym kierunku nie tylko idziemy, ale wręcz biegniemy. Jako naród. Co na obczyźnie widać, oj widać.
Póki co - światło prokobiece, jakby powiedziała Ana, a ja - dlakobiece, no co, Polacy nie gęsi, a Polki to już na pewno nie, radykalizuję się feministycznie na ef jak jakaś Ana Martin czy Ruda - objawiło się na Sanżilu i w okolicznościach, które tym razem dotyczą całej Belgii.
W postaci watu. Vatu. Te-we-a, te-fał- a po miejscowemu, ale też zależy od wymowy dialektowej, że wam to uprzytomnię. Wat, vat, tva - podatek taki, wiecie.
Ale jak? Wat dla kobiet, czy wata dla kobiet, że se tak zażartuję czarnoprotestowo?
Owszem. Otóż w Belgii obniżają wat na produkty higieniczne dla kobiet, uroczyście odczytuje Ana Martin z lesłara. Czy to nie wspaniała wiadomość? Formidable?
Na podpaski, tampony czyly?
Owszem. I prezerwatywy dla kobiet też!
Watę! Wat za watę! A to ci dopiero.
Watę cukrową dla pań, Ksenio? A jak ona wygląda?
Nie cukrową, tylko białą, co sobie można ją przerobić na brodę dla krasnali. Przykładowo.
Aha, już wiem, co z tym watem. Watą! Watem! To teraz mniej kosztuje ta wata i wat, tak? I teraz będziemy mogli jej więcej kupić? I więcej zużywać?
Tak jakby. Głównie chodzi nam, Kseni i mamusi, o to, że w czasach demonstracji cieszy każda rzecz, jaką ktoś zrobi dla pań. By nie trzeba tyle demonstrować, bo sił brak.
I Belgia zrobiła, tak? I Bruksenia moje miasto też?
Tak synku.
Wednesday, 4 October 2017
pur le fam!
Stoimy se z Aną Martin wczoraj na Szumanie, jak przykazał, nie bóg żaden na pewno, nie bogini nawet, już prędzej Ana Martin właśnie sama i osobiście, bo to ona ten protest zwołała tu na miejscu, przy wydatnym udziale przeróżnych feministek czarnoprotestowych na ef, w tym Wezembekowej.
I ta to Wezembekowa poszła nam na policję, załatwiła co trzeba, na 12 nas umówiła, a policja lapolis przyklasnęła, bo tak pokojowych marszów, jak nasz czarny, często nie widują, więc czemu nie, moje panie, prosimy częściej wręcz.
Inaczej to było, protestuje Wezembekowa. Nie składałaś Ksenia wniosku, to się nie mądrzyj. Więc robi się to tak, notuj pilnie, bo na pewno jeszcze będziemy składały je nie raz, wnioski znaczy się: najpierw piszesz do burmiszcza albo burmiszczyni komuny, że chcesz protestować. Potem w internetach wypełniasz papier, co to nie jest papierem, bo wiadomo, elektronika. Potem on to klika na tak lub na nie, ale w przypadku czarnych protestów wiadomo, że na tak, bo - pacz wyżej - pokojowo to się odbywa, aż miło oku popaczeć. Potem to leci internetowo do lapolis, która znów kilka na tak lub na nie, ale wiadomo, pacz wyżej.
Gotowe.
I tylko jedno się wymsknęło spod kontroli, że pozwolę sobie wtrącić, chrząka z boku Ana. Mianowicie, ty wezembekowo sobie gdzieś tam wyleciałaś, nie rajanem, bo na dobre cię nie było, a my, czarnoprotestowe, zaczęłyśmy się zbierać od południa. Mniej nas było, za to mocniej, zdecydowanie. Nawet żem się nie zdziwiła, że lapolis njet, myślę se: tak nas już dobrze znają, że pozwalają manifestować bez siebie samych.
Stoimy więc i krzyczymy, echo się niesie na wysokie komisje i rady, że hej, w miarę jak Rita odkrywa talenta muzyczne i wali w bęben chyłkiem wyniesiony z dziecinnego, a wcześniej własnoręcznie przez Romana z ulicy - i krzyczymy: wol-ne Pol-ki! sol-sol-solidarite! i inne, same se, ludziska robią fotosy, prasa się uwija.
Wtedy nadjeżdża lapolis. Panowie ci sami, co zawsze, znaczy się: bardzo mili. I ten główny, w zielonej kurtce, co się to zawsze w niej tajniaczy, a nie w granatowym ałtficie, jak by przytsało, pyta się Any, co to stoi opasana flagą z Polski D prosto, strajkowo-kobiecą: madam, se a kel er, votre manif?
Ana na to, z najmilszym uśmiechem, a druga na N obok pomaga wydatnie miłą buzią też, że o 12, jak zawsze. A midi, mesje.
A on pokazuje papier, bo elektronikę se wydrukował, i mówi: hmm, a ja tu mam, że o 13!
Ana na miło: oj, oj, ale nam przykro, on e tre dezole wremą!
Tajniak: sawa madam, sawa. Donk se kła le plą? Isi sur Sziman e apre lambasad?
Ana: sesa mesje. Tus onsombl! Pur le fam!
I ta to Wezembekowa poszła nam na policję, załatwiła co trzeba, na 12 nas umówiła, a policja lapolis przyklasnęła, bo tak pokojowych marszów, jak nasz czarny, często nie widują, więc czemu nie, moje panie, prosimy częściej wręcz.
Inaczej to było, protestuje Wezembekowa. Nie składałaś Ksenia wniosku, to się nie mądrzyj. Więc robi się to tak, notuj pilnie, bo na pewno jeszcze będziemy składały je nie raz, wnioski znaczy się: najpierw piszesz do burmiszcza albo burmiszczyni komuny, że chcesz protestować. Potem w internetach wypełniasz papier, co to nie jest papierem, bo wiadomo, elektronika. Potem on to klika na tak lub na nie, ale w przypadku czarnych protestów wiadomo, że na tak, bo - pacz wyżej - pokojowo to się odbywa, aż miło oku popaczeć. Potem to leci internetowo do lapolis, która znów kilka na tak lub na nie, ale wiadomo, pacz wyżej.
Gotowe.
I tylko jedno się wymsknęło spod kontroli, że pozwolę sobie wtrącić, chrząka z boku Ana. Mianowicie, ty wezembekowo sobie gdzieś tam wyleciałaś, nie rajanem, bo na dobre cię nie było, a my, czarnoprotestowe, zaczęłyśmy się zbierać od południa. Mniej nas było, za to mocniej, zdecydowanie. Nawet żem się nie zdziwiła, że lapolis njet, myślę se: tak nas już dobrze znają, że pozwalają manifestować bez siebie samych.
Stoimy więc i krzyczymy, echo się niesie na wysokie komisje i rady, że hej, w miarę jak Rita odkrywa talenta muzyczne i wali w bęben chyłkiem wyniesiony z dziecinnego, a wcześniej własnoręcznie przez Romana z ulicy - i krzyczymy: wol-ne Pol-ki! sol-sol-solidarite! i inne, same se, ludziska robią fotosy, prasa się uwija.
Wtedy nadjeżdża lapolis. Panowie ci sami, co zawsze, znaczy się: bardzo mili. I ten główny, w zielonej kurtce, co się to zawsze w niej tajniaczy, a nie w granatowym ałtficie, jak by przytsało, pyta się Any, co to stoi opasana flagą z Polski D prosto, strajkowo-kobiecą: madam, se a kel er, votre manif?
Ana na to, z najmilszym uśmiechem, a druga na N obok pomaga wydatnie miłą buzią też, że o 12, jak zawsze. A midi, mesje.
A on pokazuje papier, bo elektronikę se wydrukował, i mówi: hmm, a ja tu mam, że o 13!
Ana na miło: oj, oj, ale nam przykro, on e tre dezole wremą!
Tajniak: sawa madam, sawa. Donk se kła le plą? Isi sur Sziman e apre lambasad?
Ana: sesa mesje. Tus onsombl! Pur le fam!
Monday, 2 October 2017
ritaaaa
Bo ja się uczę języków zdaniami. W tramwaju je słyszę na przykład, i zapamiętuję. Choć oczywiście kompleksy mam olbrzymie.
Ale nie zawsze. Na przykład na zebraniu rodzicielskim to tak się zdenerwowałam na te ubikacje niedopasowane do maternela, że mówiłam przez dwadzieścia minut. Wszystko mi wyszło. I to w moim francuskim, bo przyznajmy, drugi dialekt sposród sanżilowskich to tylko Ana Martin ogarnia, że mucha nie siada.
E tam, skromnie etamuje Ana. Nie przejmuję się po prostu.
Właśnie! Bo i ja biorę teraz z ciebie przykład, i jak poradziłaś - se wyobrażam, jakby ci inni i inne mówili w polszczyźnie matczyźnie, gdyby trzeba było, i od razu lepiej idzie, przecie w życiu by nie wymówili tych szczdżrz! Już nie mówię o szczebrzeszynach, ale nawet taka strzykawka, słowo czasami niestety codzienne przy dzieciarni, jak się zacznie pijanie syropów jesiennych zwłaszcza, tubylcom dialektowym nie wyjdzie łatwo, oj nie na pewno nawet.
Fakt, kiwamy głowami we 4, bo jeszcze ta od uczuć i głowy kiwa. A też uważa skromnie, że dialekty nie dla niej. Fałszywie - zdaniem Any - bo se świetnie radzi, czy to w warsztacie, czy w komunie, czy nawet na manifie.
Jak jutro, zresztą, moje panie, wtrąca Ana Martin. Na wendo też działała, przyjdą z gromkim HA!
Może to i prawda, że wszystkie języki są równe.
Na pewno nawet prawda i naprawdę, utrzymuje Ana. Szczególnie w Brukseni, gdzie nie ma większości już żadnej. 51% belż, a reszta to my, wszyscy.
Mesje to aż się dziwi, że ja takie słowa znam, rzucę wam na koniec. Ritaaaa, ty, no co ty, gada, przecie ty lepiej ode mnie umiesz powiedzieć, o co chodzi. Bo fakt, dziewczyny, jak się rozgadam, to jadę na całego i obojętne mi, jak akcentuję, i czy w ogóle, czy odmieniam, i czy w ogóle, czy dobry język, i to nie w ogóle.
Najważniejsze, by był przekaz. A ten masz. Jak jutro na czarnym proteście. Też polecimy mową. Ojczystą, matczyną i inną!
I nadal zadowolone we czy-cztery pijemy kawę, Sanżil z wizytą na Foreście.
Ale nie zawsze. Na przykład na zebraniu rodzicielskim to tak się zdenerwowałam na te ubikacje niedopasowane do maternela, że mówiłam przez dwadzieścia minut. Wszystko mi wyszło. I to w moim francuskim, bo przyznajmy, drugi dialekt sposród sanżilowskich to tylko Ana Martin ogarnia, że mucha nie siada.
E tam, skromnie etamuje Ana. Nie przejmuję się po prostu.
Właśnie! Bo i ja biorę teraz z ciebie przykład, i jak poradziłaś - se wyobrażam, jakby ci inni i inne mówili w polszczyźnie matczyźnie, gdyby trzeba było, i od razu lepiej idzie, przecie w życiu by nie wymówili tych szczdżrz! Już nie mówię o szczebrzeszynach, ale nawet taka strzykawka, słowo czasami niestety codzienne przy dzieciarni, jak się zacznie pijanie syropów jesiennych zwłaszcza, tubylcom dialektowym nie wyjdzie łatwo, oj nie na pewno nawet.
Fakt, kiwamy głowami we 4, bo jeszcze ta od uczuć i głowy kiwa. A też uważa skromnie, że dialekty nie dla niej. Fałszywie - zdaniem Any - bo se świetnie radzi, czy to w warsztacie, czy w komunie, czy nawet na manifie.
Jak jutro, zresztą, moje panie, wtrąca Ana Martin. Na wendo też działała, przyjdą z gromkim HA!
Może to i prawda, że wszystkie języki są równe.
Na pewno nawet prawda i naprawdę, utrzymuje Ana. Szczególnie w Brukseni, gdzie nie ma większości już żadnej. 51% belż, a reszta to my, wszyscy.
Mesje to aż się dziwi, że ja takie słowa znam, rzucę wam na koniec. Ritaaaa, ty, no co ty, gada, przecie ty lepiej ode mnie umiesz powiedzieć, o co chodzi. Bo fakt, dziewczyny, jak się rozgadam, to jadę na całego i obojętne mi, jak akcentuję, i czy w ogóle, czy odmieniam, i czy w ogóle, czy dobry język, i to nie w ogóle.
Najważniejsze, by był przekaz. A ten masz. Jak jutro na czarnym proteście. Też polecimy mową. Ojczystą, matczyną i inną!
I nadal zadowolone we czy-cztery pijemy kawę, Sanżil z wizytą na Foreście.
Wednesday, 27 September 2017
światowy marsz kobiet
Już widzę te zdziwione twarze, że proszę, niby Ksenia nie mówi w dialektach, niby tylko po łapsku, niby tylko po polsku, a tu proszę nagle, wielka pani, jak nie przymierzając Ana Martin jakaś albo inna z tej konferencji, co to od rana Ana na niej wysiaduje, jak jaja jakieś, nie wypominając zupełnie.
A nie, nie od rana Ana jednak, bo przecież o ósmej już z radia nadawała, co to dzieciarnia w panice była, gdzie te matki i jak one tego do radia weszły? Dobrze, że ojce się zajęły obsługą dziatwy, ale to akurat popieram, matki i ojce, dwa do dzieci są potrzebne, takie czasy, no nie?
Dwóch, Ksenio! Woła Iwonek. Czy dwie mamo?
Dwoje, dwoje, mówi Groch i słusznie.
No więc Ana od rana działa w czarnej koszulce od tej artystki z Sanżosa, co to u niej zaraz po radiu nowe koszulki dla maszerujących odbierała. Piękne, jak rok temu, białe na czarnym, wszystko widać. Na wtorek ci one gotowe, przypominam.
A dziś siedzą ze mną liczne labelż z Sanżila i okoliczności, Irlandki, Amerykanki bez h, bom się wyedukowała, nawet Niemki, Francuzki, Peruwianki nawet, skąd one, z parlamentów jakichś, mój boże, ból głowy od języków od rana, a co to się w parku wieczorem będzie działo, to wolę nawet nie dumać!
I pomyśleć, że ja też! Z Łap do Cinquantanaire, przepisuję po literze, bo ciężko - tak, z Polski pod łuki królewskie żem przeszła. Ja i inne! Na ef feministki, a co.
Ja też idę, dodaje Ana.
I my, mkną na rowerach chłopaki.
Światowy marsz kobiet to dziś! W Brukseni samej! Ana Ksenia i inne na ef!
Wieczorem podpiszę się na prześcieradle dla Polek z Polski D, co to jedna z drugiego dialektu, flamanckiego, pod czujnym okiem Any zapełniła literami: solidarne z Polkami. Choć nie rozumiała, dała radę, jak ja chwilami na tej konferencji zupełnie. Ale co tam.
Dajemy radę. I dlatego i na irlandzkim prześcieradle się podpisze, jak zrozumiem, gdzie, tam to dopiero mają dialekt, że hej, nawet Ana wymięka.
Potem wezmę chłopaków za rękę i dojdę do Szumana. No nie całkiem, bo wysoka rada się zbiera na komisji, więc trzeba się zatrzymać nie tam, gdzie Polki już we wtorek na czarno wyjdą, tylko nieco bliżej, gdzie to przemówimy.
Bo to nasz dzień. Zdrowych i bezpiecznych kobiet, mówi Ana. Maszerujemy wszystkie dla wszystkich.
O tym w radiu na Sanżosie było.
I będzie dziś. 17.30 w parku! A potem hajda na Szumana.
A nie, nie od rana Ana jednak, bo przecież o ósmej już z radia nadawała, co to dzieciarnia w panice była, gdzie te matki i jak one tego do radia weszły? Dobrze, że ojce się zajęły obsługą dziatwy, ale to akurat popieram, matki i ojce, dwa do dzieci są potrzebne, takie czasy, no nie?
Dwóch, Ksenio! Woła Iwonek. Czy dwie mamo?
Dwoje, dwoje, mówi Groch i słusznie.
No więc Ana od rana działa w czarnej koszulce od tej artystki z Sanżosa, co to u niej zaraz po radiu nowe koszulki dla maszerujących odbierała. Piękne, jak rok temu, białe na czarnym, wszystko widać. Na wtorek ci one gotowe, przypominam.
A dziś siedzą ze mną liczne labelż z Sanżila i okoliczności, Irlandki, Amerykanki bez h, bom się wyedukowała, nawet Niemki, Francuzki, Peruwianki nawet, skąd one, z parlamentów jakichś, mój boże, ból głowy od języków od rana, a co to się w parku wieczorem będzie działo, to wolę nawet nie dumać!
I pomyśleć, że ja też! Z Łap do Cinquantanaire, przepisuję po literze, bo ciężko - tak, z Polski pod łuki królewskie żem przeszła. Ja i inne! Na ef feministki, a co.
Ja też idę, dodaje Ana.
I my, mkną na rowerach chłopaki.
Światowy marsz kobiet to dziś! W Brukseni samej! Ana Ksenia i inne na ef!
Wieczorem podpiszę się na prześcieradle dla Polek z Polski D, co to jedna z drugiego dialektu, flamanckiego, pod czujnym okiem Any zapełniła literami: solidarne z Polkami. Choć nie rozumiała, dała radę, jak ja chwilami na tej konferencji zupełnie. Ale co tam.
Dajemy radę. I dlatego i na irlandzkim prześcieradle się podpisze, jak zrozumiem, gdzie, tam to dopiero mają dialekt, że hej, nawet Ana wymięka.
Potem wezmę chłopaków za rękę i dojdę do Szumana. No nie całkiem, bo wysoka rada się zbiera na komisji, więc trzeba się zatrzymać nie tam, gdzie Polki już we wtorek na czarno wyjdą, tylko nieco bliżej, gdzie to przemówimy.
Bo to nasz dzień. Zdrowych i bezpiecznych kobiet, mówi Ana. Maszerujemy wszystkie dla wszystkich.
O tym w radiu na Sanżosie było.
I będzie dziś. 17.30 w parku! A potem hajda na Szumana.
Subscribe to:
Posts (Atom)