Nowy rok 2018 objawił się w całej krasie całą masą postanowień, co widać na ulicach Sanżila i okoliczności. Bo lud ruszył.
Biegiem. Na zielono. Sapiąc. Dysząc.
Chudniemy ani chybi.
Lud, dziwi się Groch. Nie ma ludu mamusiu! Stopniał.
Ale był.
Grochu, to lud to ludzie są też, ludzie, prawda mamusiu? O tu taki pan biegnie. I pani.
Właśnie, biegną. Ilu to ja już dziś biegaczy naliczyłam. Gdzie człowiek nie stąpnie, ktoś na niego wybiega. W nowym odzieniu, po czym widać, że to wszystko postanowienia noworoczne - wzmocnione świątecznymi, markowymi prezentami, jeszcze bez przecen, porfel to odczuł, oj oj, ale co, takk zwane święta mają swoje prawa, czeba wydać!
Już to widzę, jak jeden z drugą lub na odwrót odpakowywał prezenty, jaśniejąc z dumy, że w tych portkach i kurtce, specjalnie ocieplanej, lecz przewiewnej zarazem, osiągnie czasy olimpijskie prawie że, śmieje się Roman.
Jak ja zupełnie, który to w 44. rok żywota wstąpiłem byłem w czech króli!
Ano, dumne jesteśmy, że z Sanżila, a nie zdziadział, jeszcze w 43. dał radę zapisać się na boks, zupełnie jak co poniektórzy rodzimi literaci - i podoba mu się, więc i Ana szczęśliwsza, że rodzina idzie ku dobremu, dobra zmiana po prostu.
I jeszcze Fjotra wciągnie, jak to hipstersko po gejowsku na Sanżilu wolno.
No i przecież tatuś też biega, przypomina sobie Iwonek. Prawda tatusiu? I kurtke nawet mu pan listonosz wczoraj przyniósł.
No widzisz, jak się pięknie wpisałeś w Sanżila, nawet żem nie pomyślała, że tatuś też coś postanowił, i to tak ala belż od razu, jakby się normalnie rodził w samej Brukseni, a nie dawnej Polsce Bb przecie - i to od razu biegiem! Zupełnie jakbyś się cieszył z tych wesołych świąt co najmniej.
O, następny lud biegnie mamusiu, pokazuje rozbawiony Iwonek. Ale ma ładną bluzę! Czy to mój tatuś?
Tuesday, 9 January 2018
Monday, 8 January 2018
2018
Ale fajnie, święta można zacząć! donosi Ana po powrocie ze szkolnictwa, co to się nam dziś rozpoczęło po przerwie sylwestrowej i daje wreszcie odżyć umęczonym opiekunom, zazwyczaj łączącym się w jednej roli z rodzicami.
Długie te przerwy na Sanżilu i okolicznościach, wzdychają wszystkie i wszyscy, z jednej strony zadowoleni, bo paczą se na uśmiechnięte i rozkrzyczane dzieci, co to nie muszą wstawać głęboką nocą o siódmej przykładowo, lecz już o siódmej dziesięć jak to w wolne, i piżamują se następnie spokojnie do południa, oczywiście nie u dziadka w Polsce dawnej A, bo to sodomiaigomoria, za to u dziadka w dawnej Polsce D już tak, bo sodomia to niejako mniejsza.
Z drugiej strony jednak dużo tego wolnego, a nie korzysta się z niego dla siebie, opiekuno-rodziców czyly, nerwy są; cały czas, w starym i nowym roku czyly, czeba się napinać, wymyślać rozrywki, w rodzaju kopalnia, kanary, sylwester, zimne ognie, gorące ognie, galety czech króli, narty bez śniegu, bo skąd go wziąć, albo w takiej ilości śniegu, że też nie ma jak jeździć, bo tylko zakopać się idzie, jezu, ciężko! Niech już ta szkoła przyjdzie, krzyczała niejedna i niejeden też.
To i przyszła. Zaraz po czech królach.
Iwonek i Groch wręcz radośni na widok powracających kopan i kopin. Bo lubią się, ile można świętować. Bonżur lekopan zaraz zaśpiewają w maternelach.
Stąd i łatwo i gładko poszło pierwsze noworoczne wstawanie na akord, ocenia krytycznym okiem Ana, bezkrytycznie na luzie teraz se siedząca w leiku na Fore, koło wystawionych na nielegalu śmieci, i czekająca na taką jedną urodzinową, by ją obdarować urodzinowo-noworocznie na 2018 rok, i wspólnie się rozkoszować wolnością.
Chwilową, kilkugodzinną, od dzieci, w sam raz taką, by się można ucieszyć, jak się te dzieci znów zobaczy. I znów nadenerwuje nieco, z poczuciem wstydu, bo w nowym roku można by inacej.
A nie da się jakoś.
Więc potem można się rzucić do kompa i kupować bilety do jakichś zamorskich krajów, by je oblecieć w inne zbliżające się wielkimi krokami ferio-wakacje. Co to już zaraz przecież.
Bo dużo tych świąt, jak już pisałam. Dzieciarnia się cieszy, rodzice mniej.
Ale już tak będzie, w 2018 i później. Szczęścia!
Długie te przerwy na Sanżilu i okolicznościach, wzdychają wszystkie i wszyscy, z jednej strony zadowoleni, bo paczą se na uśmiechnięte i rozkrzyczane dzieci, co to nie muszą wstawać głęboką nocą o siódmej przykładowo, lecz już o siódmej dziesięć jak to w wolne, i piżamują se następnie spokojnie do południa, oczywiście nie u dziadka w Polsce dawnej A, bo to sodomiaigomoria, za to u dziadka w dawnej Polsce D już tak, bo sodomia to niejako mniejsza.
Z drugiej strony jednak dużo tego wolnego, a nie korzysta się z niego dla siebie, opiekuno-rodziców czyly, nerwy są; cały czas, w starym i nowym roku czyly, czeba się napinać, wymyślać rozrywki, w rodzaju kopalnia, kanary, sylwester, zimne ognie, gorące ognie, galety czech króli, narty bez śniegu, bo skąd go wziąć, albo w takiej ilości śniegu, że też nie ma jak jeździć, bo tylko zakopać się idzie, jezu, ciężko! Niech już ta szkoła przyjdzie, krzyczała niejedna i niejeden też.
To i przyszła. Zaraz po czech królach.
Iwonek i Groch wręcz radośni na widok powracających kopan i kopin. Bo lubią się, ile można świętować. Bonżur lekopan zaraz zaśpiewają w maternelach.
Stąd i łatwo i gładko poszło pierwsze noworoczne wstawanie na akord, ocenia krytycznym okiem Ana, bezkrytycznie na luzie teraz se siedząca w leiku na Fore, koło wystawionych na nielegalu śmieci, i czekająca na taką jedną urodzinową, by ją obdarować urodzinowo-noworocznie na 2018 rok, i wspólnie się rozkoszować wolnością.
Chwilową, kilkugodzinną, od dzieci, w sam raz taką, by się można ucieszyć, jak się te dzieci znów zobaczy. I znów nadenerwuje nieco, z poczuciem wstydu, bo w nowym roku można by inacej.
A nie da się jakoś.
Więc potem można się rzucić do kompa i kupować bilety do jakichś zamorskich krajów, by je oblecieć w inne zbliżające się wielkimi krokami ferio-wakacje. Co to już zaraz przecież.
Bo dużo tych świąt, jak już pisałam. Dzieciarnia się cieszy, rodzice mniej.
Ale już tak będzie, w 2018 i później. Szczęścia!
Thursday, 21 December 2017
(nie) święta
Myślałaby kto, w tym ja, że nowe idzie, z 8. w tle, czyly dobre idzie i będzie radość. Pozytywnie, jak z tych dzwonków reklamowych w polskim radiu, co to je Ana Martin pamięta z Polski A, a co i w Polsce D wesoło przygrywają i w sumie są najlepszą częścią programów.
Bo przetrwały niezmienione.
Na co to przyszło, że reklama jest główną atrakcją radia. Czeciego. Jezusie, wzdycha Rita z Sąsiadką nad szarlotką zwaną jabłecznikiem, a w Polsce A, dziś D też, jak wszędzie tam, Fjotra - pewnie jeszcze inaczej. Tam zwykła temperówka - według Any i Romana (choć raz Ana się zgadza ze ślubnym, on z nią za to częściej) - strugaczka- według Rity - nazywa się ostrzałką. Oszczałką czyly, jak to się dziś okazało, gdy dzieciarnia nie dała dokończyć sanżilowskiej szarlotki.
Bo nastąpiła oszczałka, że hej. Co zabawy nie popsuło. I to było najweselsze w tym przedświątecznym spotkaniu, co wcale świąteczne nie było, tylko normalnie dzielnicowe, fajne, z kuchnią dobrą, a nie wymuszoną tradycją.
Dobrze, że się bawią, tak to widzi Ana. Nawet niech się kłócą, to se pogadamy przynajmniej, dodaje Sąsiadka. Reszta albo smęci o pogodzie - co zawsze nie ta w Belgii, pamiętajmy, w Polsce to dopiero były śniegi, których nikt nie widział zresztą, ale to nic, zawsze można się Belgią posłużyć, jak tematu braknie; albo o rajanie, co to loty odwołał, ale jednak nie i czeba gnać do Szarlerła, tylko jak, skoro wszyscy chcą autobusem, a autostrady zapchane, to chyba wcześniej wyjdziemy i tyle; albo o świętach, co to wcale niewesołe, a już na pewno raczej nie w niewesołej Polsce D; o korkach wreszcie, w których swoje czeba odstać, by na te niewesołe - wesołe dojechać.
Więc choć ani na Sanżilu, Anderlechcie, Ikselu, na Uklach, Montgomerach, Woluwach i w innych okolicznościach nikomu się nie chce - wszyscy powoli karnie ruszają, a jakże. Bo rodzina - nielubiana, nudna i obgadująca oraz obgadywana; bo pogoda - choć gorsza niż na Sanżilu chwilami, a już w okolicznościach włoskich czy hiszpańskich - to na pewno raczej; bo sylwek- choć nikt nie lubi spędów, a tiwi to już broń boże, zwłaszcza tej ze słowem polska w tytule, bo to żadna polska, tylko denna; bo jedzenie - choć nikt nie lubi tego nie-eko-nie-bjo-ani-trochę, źle się czuje większość, odmówić nie idzie, nie wypić - hańba dla takiego Romana czy Fjotra na przykład, pantofle jedne, pić im te Rity i Any nie dają, już zupełnie odjechały na tym Sanżilu, czy gdzie to one tam se protestują i pstrykują; bo - dzieci, wnuki, prezenty, choinka, tradycja, zakupy, deszcz tu, ciemność wieczorem tam, rano tu, jezusie aaaa! krzyczy Ana.
Koniec!
Koniec roku, zgadza się.
Jezusie, paczysz na to? chce ci się?
Kto to Jezus?
Taki pan, co ma urodziny wtedy, jak Groch.
O rany, ale ma dobrze! To dużo prezentów dostanie! I może go pan stjuardes do kabiny weźmie! Mamusiu, kiedy lecimy na święta?
Bo przetrwały niezmienione.
Na co to przyszło, że reklama jest główną atrakcją radia. Czeciego. Jezusie, wzdycha Rita z Sąsiadką nad szarlotką zwaną jabłecznikiem, a w Polsce A, dziś D też, jak wszędzie tam, Fjotra - pewnie jeszcze inaczej. Tam zwykła temperówka - według Any i Romana (choć raz Ana się zgadza ze ślubnym, on z nią za to częściej) - strugaczka- według Rity - nazywa się ostrzałką. Oszczałką czyly, jak to się dziś okazało, gdy dzieciarnia nie dała dokończyć sanżilowskiej szarlotki.
Bo nastąpiła oszczałka, że hej. Co zabawy nie popsuło. I to było najweselsze w tym przedświątecznym spotkaniu, co wcale świąteczne nie było, tylko normalnie dzielnicowe, fajne, z kuchnią dobrą, a nie wymuszoną tradycją.
Dobrze, że się bawią, tak to widzi Ana. Nawet niech się kłócą, to se pogadamy przynajmniej, dodaje Sąsiadka. Reszta albo smęci o pogodzie - co zawsze nie ta w Belgii, pamiętajmy, w Polsce to dopiero były śniegi, których nikt nie widział zresztą, ale to nic, zawsze można się Belgią posłużyć, jak tematu braknie; albo o rajanie, co to loty odwołał, ale jednak nie i czeba gnać do Szarlerła, tylko jak, skoro wszyscy chcą autobusem, a autostrady zapchane, to chyba wcześniej wyjdziemy i tyle; albo o świętach, co to wcale niewesołe, a już na pewno raczej nie w niewesołej Polsce D; o korkach wreszcie, w których swoje czeba odstać, by na te niewesołe - wesołe dojechać.
Więc choć ani na Sanżilu, Anderlechcie, Ikselu, na Uklach, Montgomerach, Woluwach i w innych okolicznościach nikomu się nie chce - wszyscy powoli karnie ruszają, a jakże. Bo rodzina - nielubiana, nudna i obgadująca oraz obgadywana; bo pogoda - choć gorsza niż na Sanżilu chwilami, a już w okolicznościach włoskich czy hiszpańskich - to na pewno raczej; bo sylwek- choć nikt nie lubi spędów, a tiwi to już broń boże, zwłaszcza tej ze słowem polska w tytule, bo to żadna polska, tylko denna; bo jedzenie - choć nikt nie lubi tego nie-eko-nie-bjo-ani-trochę, źle się czuje większość, odmówić nie idzie, nie wypić - hańba dla takiego Romana czy Fjotra na przykład, pantofle jedne, pić im te Rity i Any nie dają, już zupełnie odjechały na tym Sanżilu, czy gdzie to one tam se protestują i pstrykują; bo - dzieci, wnuki, prezenty, choinka, tradycja, zakupy, deszcz tu, ciemność wieczorem tam, rano tu, jezusie aaaa! krzyczy Ana.
Koniec!
Koniec roku, zgadza się.
Jezusie, paczysz na to? chce ci się?
Kto to Jezus?
Taki pan, co ma urodziny wtedy, jak Groch.
O rany, ale ma dobrze! To dużo prezentów dostanie! I może go pan stjuardes do kabiny weźmie! Mamusiu, kiedy lecimy na święta?
Wednesday, 20 December 2017
sztafeta
W temacie strajków i walki o prawa, oprócz takiej na ef, feministyczno-czarnoprotestowej, nieustającej dla kobiet od urodzenia do śmierci właściwie, zdaniem Any - to i ja, Ksenia, jestem w temacie cała sobą. Podobnie jak Sanżil i Anderlecht, czego dowodem brancz w sobotę na wysokościach, że hej.
Tyle pięter w windzie, że naprawdę się można pomylić, z dwadzieścia, albo i sto, powiedział Groch.
Myśleliśmy, że on ci kodowy był. Branczyk. Kod: kod. Ale taki z zacięciem na ef.
Tyle pięter w windzie, że naprawdę się można pomylić, z dwadzieścia, albo i sto, powiedział Groch.
Myśleliśmy, że on ci kodowy był. Branczyk. Kod: kod. Ale taki z zacięciem na ef.
Kot śmiesznie bardzo, Groch się śmieje znów.
Choć nie ma się z czego śmiać, nie ma rymu, nie ma poematu. Jest za to sztafeta. Polska. Kodowa już nie, kotowa może?
Sztafeta to lagrew? Bo mamusiu strajk dziś. Szkoły nie ma i robimy urodziny Grocha! A dlaczego ten strajk lagrew mamusiu w ogóle? A sztafeta?
Sztafeta światełek koło tatusia pracy. To jest na stacji metra Szuman. Tam miłe osoby z Polski ustawiają teraz światełka na schodach jednego budynku, gdzie siedzą trochę mniej miłe osoby.
I oni cieszą się z tych świateł? Ci mniej mili?
Nawet jak cieszą, to nie mogą tego pokazać.
A dlaczego? To piękne, tyle świec, mamusiu! Nie rozumiem.
Polski nikt nie rozumie synku coś. Lepiej ci opowiem, po co jest strajk.
Wiem, tata mi mówił! Panowie i panie, co to też byli na branczyku w sobotę, pamiętasz, tam gdzie jest tyle pięter w windzie, że naprawdę się można pomylić - więc oni i ich koleżanki i koledzy nie zgadzają się, by dostawać mało pieniędzy, jak się jest starym i chorym szczególnie i zwłaszcza.
A wy się zgadzacie?
Ależ skąd. Dlatego mamusia pracuje na manifestacji często. I w sztafecie, tylko dziś nie, bo nie ma was z kim zostawić w lagrew.
Ale to dla pań ta sztafeta i lagrew?
Dziś lagrew jest też dla panów. Starszych ludzi.
Aha, jak babcia i dziadek?
Albo mama i tata kiedyś. A nawet wy.
Aha, a dlaczego stib jeździ?
Bo panie i panowie ze stibu byli mili, zobaczyli, że jest zima, a nawet jesień przez dwa ostatnie dni - i żeby te osoby z lagrew i sztafety nie szły w zimno - postanowili ich podwieźć. A przy okazji postanowili pojechać wszystkim innym.
Ale oni mili są, prawda mamusiu?
Bardzo mili. Lubią światełka.
Choć nie ma się z czego śmiać, nie ma rymu, nie ma poematu. Jest za to sztafeta. Polska. Kodowa już nie, kotowa może?
Sztafeta to lagrew? Bo mamusiu strajk dziś. Szkoły nie ma i robimy urodziny Grocha! A dlaczego ten strajk lagrew mamusiu w ogóle? A sztafeta?
Sztafeta światełek koło tatusia pracy. To jest na stacji metra Szuman. Tam miłe osoby z Polski ustawiają teraz światełka na schodach jednego budynku, gdzie siedzą trochę mniej miłe osoby.
I oni cieszą się z tych świateł? Ci mniej mili?
Nawet jak cieszą, to nie mogą tego pokazać.
A dlaczego? To piękne, tyle świec, mamusiu! Nie rozumiem.
Polski nikt nie rozumie synku coś. Lepiej ci opowiem, po co jest strajk.
Wiem, tata mi mówił! Panowie i panie, co to też byli na branczyku w sobotę, pamiętasz, tam gdzie jest tyle pięter w windzie, że naprawdę się można pomylić - więc oni i ich koleżanki i koledzy nie zgadzają się, by dostawać mało pieniędzy, jak się jest starym i chorym szczególnie i zwłaszcza.
A wy się zgadzacie?
Ależ skąd. Dlatego mamusia pracuje na manifestacji często. I w sztafecie, tylko dziś nie, bo nie ma was z kim zostawić w lagrew.
Ale to dla pań ta sztafeta i lagrew?
Dziś lagrew jest też dla panów. Starszych ludzi.
Aha, jak babcia i dziadek?
Albo mama i tata kiedyś. A nawet wy.
Aha, a dlaczego stib jeździ?
Bo panie i panowie ze stibu byli mili, zobaczyli, że jest zima, a nawet jesień przez dwa ostatnie dni - i żeby te osoby z lagrew i sztafety nie szły w zimno - postanowili ich podwieźć. A przy okazji postanowili pojechać wszystkim innym.
Ale oni mili są, prawda mamusiu?
Bardzo mili. Lubią światełka.
Monday, 18 December 2017
sprost(ytuo)wanie
Dzieje się na dzielnicy, w szerszym pojęciu tego słowa, które zahacza tym samym o Bruksenię - czyly całość nas tutaj, choćby nie wiem, jak się nam wydawało, że jednak mieszkamy w Polsce A B C i D. D ostatnio wręcz wyłącznie, zdaniem Any.
Skandal na całego. Mianowicie powstało święte oburzenie, bo jeden z ministrów uznał, że Bruksenia to prosta prostytutka.
Bo kobiety są uważane przez niektórych za proste, kiwa głową Ana. Dno.
Bo kobiety są uważane przez niektórych za proste, kiwa głową Ana. Dno.
Pan Smet. Paskal w wymowie, w pisowni przez c, tak się popisał.
No i poszedł skandal w miasto, szczególnie, że nic ostatnio skandalicznego ponad to się nie zdarzyło, więc i lud chętnie podchwycił, nieco znudzony przedświątecznymi jarmarkami, bo ile można świętować przed świętami, a i po świętach trzeba będzie pójść, heloł, kiedy to wszystko obskoczyć!
Na jarmarku pod Bursą, w centrum Brukseni i wszędzie indziej też - głośno o skandalu. Bo Bruksenia to podobno wcale nie prostytutka. A prosta - to już na pewno nie. O nie, podniósł się protest. z lewa i prawa, z prawa i lewa, że hej. U nas feministyczny na ef, a w mieści - świętoszkowaty. Tak to Ana ocenia.
Wnet z komisji czy pałacu prezydenta, sama nie wiem skąd, nadeszło sprostowanie za prostytutkę naszą, bo polityk żaden nie może sobie pozwolić na takie słowa, szczególnie w grudniu, wartości rodzinne i hipokryzja świąteczna, że jest super, wydyma wargi Ana Martin, nieubłagana w ocenie świąt. Żałosne to tłumaczenie, ocenia Ana dalej. Naprawdę jakieś takie ani feministyczne na ef, ani męskie, tylko dziecinne.
Mianowicie minister uznał, że wszystkiemu winna jego słaba znajomość angielszczyzny. Jako że normalnie gada w miejscowych dialektach, bardziej nawet tym jednym, sfrancuziałym, to on z angielska słabo. I dlatego zaskoczyli go, jak mu po obcemu kazali mówić. Już sam nie wiedział z tego wszystkiego, co powiedzieć. Języka w gębie zabrakło normalnie, więc tak se palnął.
Że Bruksenia to prostytutka, że powtórzę ; i dobił lud drugim, gorszym słowem, ale tego to już doprawdy i zaprawdy nie napiszę, jednak te wartości itepeitede.
Bo nie wolno tak podobno, bo to nie my, takie głosy słychać. I że tak mówić nie wypada, też jeszcze.
Bo nie wolno tak podobno, bo to nie my, takie głosy słychać. I że tak mówić nie wypada, też jeszcze.
I brnął dalej, pogrążając się, zdaniem Any tylko i wyłącznie, w dziecinadzie. Ana to nam pięknie przetłumaczyła z rana:
Bruksenia jest piękna i odpychająca zarazem. Podniecająca i ohydna. Zarazem przyciąga i odpycha. Jest brzydka w swojej urodzie i piękna w brzydocie. To miasto nie ułatwia zadania, ale jak się człowiek raz w niej zakocha, to przepadł raz na zawsze.
Jak my na zawsze. Po uszy zakochani.
Thursday, 14 December 2017
literalnie
Belgia literalnie podzielona na dwoje. I to wzdłuż granicy językowej. Mianowicie na ciepło i na zimno, na białe i na przezroczyste od deszczu, na wietrzne i bezwietrzne.
Takie to nowiny przyniósł nam grudzien na meteobelżik.
Anie się bardzo to literalnie podoba, dlatego tak żem dla was zapisała. No i że litery łączą się z językiem, to już w ogóle ogarnął nas zachwyt.
Ale nie tylko takie. Bo jak żyję na Sanżilu i w okolicznościach, a trochę to już jednak trwa - nie widziałam, by grudniowej pogodzie poświęcono aż osiem linijek. Prawie miejsca zabrakło, bo przwidzieli go, miejsca tego, na dwie. Bo o o czym tu było pisać niby,
Takie to nowiny przyniósł nam grudzien na meteobelżik.
Anie się bardzo to literalnie podoba, dlatego tak żem dla was zapisała. No i że litery łączą się z językiem, to już w ogóle ogarnął nas zachwyt.
Ale nie tylko takie. Bo jak żyję na Sanżilu i w okolicznościach, a trochę to już jednak trwa - nie widziałam, by grudniowej pogodzie poświęcono aż osiem linijek. Prawie miejsca zabrakło, bo przwidzieli go, miejsca tego, na dwie. Bo o o czym tu było pisać niby,
A teraz to tak się dzieje za oknem, że ho-ho! Księgi powstaną literalnie.
Ho ho doprawdy!
Ho ho doprawdy!
Osiem to tyle mamusiu, dopytuje Iwonek. Dwa kółka?
Ja wiem, z powagą potwierdza Groch.
Tymczasem przedostatni tydzień szkolny mamy ci tu na Sanżilu taki, że dosłownie z godziny na godzinę nie wiadomo, czego by się jeszcze spodziewać. Od poniedziałku licząc mieliśmy: śnieżycę - odwilż - deszcz - wichurę. Ponownie śnieżycę, lodowisko, deszcz, bez odwilży pomiędzy. Śniegi i deszcze kolejne, tyle, że nie zliczę ich aż, a wszystko w wichurze, że głowy o mało nie urwie.
Troszkę słońca, ale naprawdę zaledwie troszenieczkę, nie liczmy go nawet.
Już śnieg by łatwiej policzyć, przynajmniej jak linijkę wbić, to widać gołym, zmarzniętym okiem, że 10 lub 15 cm. Podobno tak ma już zostać, choć o końcu świata nikt nie mówi.
Na meteobelżik nadal się rozpisują, co to się nie będzie działo mianowicie w niektórych prowincjach, prowansjach czyly, takich dzielnicach, na poziomie miasta zwanych gminami lub komunami. Literalnie tak piszą.
Jest dobra wiadomość - literalnie tak napisali. Mianowicie, że na podstawie statystyk 30-letnich, czyly starszych ode mnie, wypada, że Noel jest częściej biały, niż nie-biały.
Tak, a błyskawicę widziałaś? informuje na gorąco Sąsiadka.
Tymczasem przedostatni tydzień szkolny mamy ci tu na Sanżilu taki, że dosłownie z godziny na godzinę nie wiadomo, czego by się jeszcze spodziewać. Od poniedziałku licząc mieliśmy: śnieżycę - odwilż - deszcz - wichurę. Ponownie śnieżycę, lodowisko, deszcz, bez odwilży pomiędzy. Śniegi i deszcze kolejne, tyle, że nie zliczę ich aż, a wszystko w wichurze, że głowy o mało nie urwie.
Troszkę słońca, ale naprawdę zaledwie troszenieczkę, nie liczmy go nawet.
Już śnieg by łatwiej policzyć, przynajmniej jak linijkę wbić, to widać gołym, zmarzniętym okiem, że 10 lub 15 cm. Podobno tak ma już zostać, choć o końcu świata nikt nie mówi.
Na meteobelżik nadal się rozpisują, co to się nie będzie działo mianowicie w niektórych prowincjach, prowansjach czyly, takich dzielnicach, na poziomie miasta zwanych gminami lub komunami. Literalnie tak piszą.
Jest dobra wiadomość - literalnie tak napisali. Mianowicie, że na podstawie statystyk 30-letnich, czyly starszych ode mnie, wypada, że Noel jest częściej biały, niż nie-biały.
Tak, a błyskawicę widziałaś? informuje na gorąco Sąsiadka.
Nie no co ty, błyskawica w grudniu? Statystycznie i literalnie to niemożliwe przecież.
Wednesday, 13 December 2017
ąket
Miała Ana w czwartek ulewny, ale deszczem, nie śniegiem, wysiąść na Parwisie naszym sanżilowskim, ale nie ukrywajmy, z wygody zwykłej mieszczańskiej, jak to sama samokrytycznie przyznaje, nie wysiadła nawet naleśnik ten, co to go chciała skonsumować tam właśnie w tajemnicy przez Romanem i chłopakami, nie wygrał był z mokrością spływającą z nieba.
Krepy i galety - a nasze jedno słowo - naleśnik. A szkoda, zdaniem Any, bo to co innego. Mąka insza czy coś tam, jajka może.
Dojechała więc Ana porządnie do domu, trochę nawet zadowolona, bo kłamać nie czeba było, a tu okazuje się, że to był jakiś znak niebios tak naprawdę. Oprócz deszczu znak kolejny, ma się rozumieć.
Bo naleśników na Parwisie nie było. A i to nie dlatego, że padało. Nie - to żadna przeszkoda. Wypiekający krepy i galety są z kraju takiego, gdzie dużo pada, Ana Martin mówi, że to nie ta Anglia co prawda, tylko jakaś inna Bretania, po naszej stronie morza, ale w to to akurat w tej całej historii najmniej wierzę, heloł, bez przesady, ile tego może być w świecie w końcu. Bretanii tych, wielkich i mniejszych.
W każdym razie nie deszcz ich przegonił z Parwisa. Krepowo-galetowych
A kto gonił ich mamusiu?
Złodzieje.
O rany, co się stało?
Bardzo niemiłe zdarzenie. Wyjęli torebkę pani naleśnikowej, z dokumentami, kluczami, prawkami jazdy - z kabiny.
Z kabiny pilota? dziwi się Groch.
Z kabiny ciężarówki, Grochu, to też jest kabina, wiesz, mądrzy się Iwonek
O rany, i co dalej?
No jak tamci wyjęli, to ci na policję. Polis. Sanżilowską. No i się zaczęło.
Bo oto okazało się, że owszem, dobrze im się pomyślało, że mają iść na sanżilowską, ale tylko w sprawie kradzieży. W sprawie kluczy do domu - to już Forest, bo tam mają adres. Czyly ganianie bez końca. Kolejki bez końca. Deszcze bez końca do tego.
Polis otwarła ankietę, ąket, i powiedzieli, że sawa dure. Ale że pani płakała bardzo, bo i pracować nie ma jak, i dzieci małe w domu, w garderi wręcz, i leje z nieba, i co oni teraz zrobią - to i polis się żal zrobiło, w końcu sami lubią te krepy i galety - i powiedzieli: madam, sawa dure, ale chyba nic z tego.
Dojechała więc Ana porządnie do domu, trochę nawet zadowolona, bo kłamać nie czeba było, a tu okazuje się, że to był jakiś znak niebios tak naprawdę. Oprócz deszczu znak kolejny, ma się rozumieć.
Bo naleśników na Parwisie nie było. A i to nie dlatego, że padało. Nie - to żadna przeszkoda. Wypiekający krepy i galety są z kraju takiego, gdzie dużo pada, Ana Martin mówi, że to nie ta Anglia co prawda, tylko jakaś inna Bretania, po naszej stronie morza, ale w to to akurat w tej całej historii najmniej wierzę, heloł, bez przesady, ile tego może być w świecie w końcu. Bretanii tych, wielkich i mniejszych.
W każdym razie nie deszcz ich przegonił z Parwisa. Krepowo-galetowych
A kto gonił ich mamusiu?
Złodzieje.
O rany, co się stało?
Bardzo niemiłe zdarzenie. Wyjęli torebkę pani naleśnikowej, z dokumentami, kluczami, prawkami jazdy - z kabiny.
Z kabiny pilota? dziwi się Groch.
Z kabiny ciężarówki, Grochu, to też jest kabina, wiesz, mądrzy się Iwonek
O rany, i co dalej?
No jak tamci wyjęli, to ci na policję. Polis. Sanżilowską. No i się zaczęło.
Bo oto okazało się, że owszem, dobrze im się pomyślało, że mają iść na sanżilowską, ale tylko w sprawie kradzieży. W sprawie kluczy do domu - to już Forest, bo tam mają adres. Czyly ganianie bez końca. Kolejki bez końca. Deszcze bez końca do tego.
Polis otwarła ankietę, ąket, i powiedzieli, że sawa dure. Ale że pani płakała bardzo, bo i pracować nie ma jak, i dzieci małe w domu, w garderi wręcz, i leje z nieba, i co oni teraz zrobią - to i polis się żal zrobiło, w końcu sami lubią te krepy i galety - i powiedzieli: madam, sawa dure, ale chyba nic z tego.
Pocieszyli tak po swojemu. A la belż.
A kamery są, pyta przytomna Ana.
No kamery są podobno, ale słabo na nich widać. Mięsna i apteczna, co na nic nie wpływa i nie wpłynęło by zapewne także, gdyby to tam akurat pod samym nosem, albo raczej: okiem - kamery kradli.
A kamery są, pyta przytomna Ana.
No kamery są podobno, ale słabo na nich widać. Mięsna i apteczna, co na nic nie wpływa i nie wpłynęło by zapewne także, gdyby to tam akurat pod samym nosem, albo raczej: okiem - kamery kradli.
Bo a la belż.
Sawa dure.
Subscribe to:
Posts (Atom)