Thursday, 11 October 2018

znajomość

Wchodzi se Paryska do Piotra, jak już się odważyła, po tych wszystkich akcjach z matką. Nie rozgląda się zbytnio, bo po co, jeszcze ktoś przyuważy podobieństwo do matki, tej co tak naprawdę oj naprawdę nie odpuściła z tym twarogiem.
Więc Paryska kieruje się na mrożonki. No wiecie, z tyłu są. I właśnie łowi wytrwale w ladzie pierogi czy inne kalafiory, a tu nagle:
- Cześć. Znamy się z Sokółki przecie.
Paryska nie reaguje, tylko łowi, w końcu w Sokółce nie była, albo przynajmniej nie pamięta za nic.
W tym momencie głos się przybliża widocznie, gdyż w ladzie ląduje druga głowa.
 - No cześć, nie poznajesz mnie?
Paryska podnosi głowę i widzi, że to niechybnie do niej, więc:
- Eee...eee...przepraszam, pan do mnie?
- No tak. No nie udawaj, znamy się z Sokółki. Chodziłaś do klasy z moim bratem.
- Że skąd?
 - Z Sokółki. Ze szkoły.
- A nie, to nie ja. Ja tam nie byłam.
Po drugiej stronie zastanowienie i porada u kolegi. Paryska próbuje dotrzeć do kasy, ale wiadomo, u Piotra ciasno, tak to się na pewno nie uda.
- Kolega też mówi, że cię pamięta.
- Ale skąd, z Sokółki?
- No tak.
- Ale ja mówię, że ja tam nie chodziłam do szkoły. W ogóle tam nigdy nie byłam!
I Paryska postanawia nie być już tak po parysku aligancka, tylko po szumanowsku asertywna, czy jak to się teraz mówi, i wali do kasy. Co jej tam. Matka nie matka, twaróg nie twaróg, byle uciec.
A wtedy kolega na cały głos wpada na pomysł:
 - To że w Sokółce nie była, to nic. To co, już telefonu nie może dać?

Wednesday, 10 October 2018

koguty

Są. Na zakończenie sezonu wakacyjnego, przed rozdaniem prezentów gwiazdkowych - spadły na nas, labelż i lebelż, jakem tu wszyscy tkwimy na Sanżilu i w okolicznościach - dane o 20. najlepiej zarabiających CEO.
Kto to jest - do końca nie wiadomo, wiadomo tylko, że niby zarządzają czymś tam, są niezastąpieni i  - przede wszystkim - baaardzo bogaci. Dlatego naród czeka na te dane.
A o czym tu chcesz Ksenio nowym napisać, wzrusza ramionami Ana Martin. Co tu się może wogle i w ogóle nowego zdarzyć, oprócz tego, że bogaci będą jeszcze bogatsi?
Może jest więcej kobiet na ten przykład, podpowiada Roman.
No a jest? Sprawdźmy.
Są dwie.
Dwie bogaczki na 18 bogaczy. Zero postępu. To się nazywa równouprawnienie? Parytety feministyczne na ef? Ech, naprawdę jestem zawiedziona, pokazuje dobitnie swoje niezadowolenie Ana Martin. 
I to jeszcze obie pewnie na szarym końcu? Który to - w tym przypadku - nie jest jednakże taki szary, lecz raczej złoty mimo wszystko.
A nie! Niespodzianka! Wyobraźcie sobie, że liście przewodzi kobieta! Spisuję po literach: Dominique Leroy, która w 2017 r. zgarnęła rowniusieńskie 936 tysiaków i 903 ojro.
Olala, bo co tu innego powiedzieć.
Za nimi lesłar publikuje pięknie 18 zdjęć mniej lub bardziej ufryzowanych panów, każdy biały i każdy z krawatem, choć mówi się, że jest pod nim - a kończy ten marsz kogutów zdjęciem Brigitte Buyle z Ethiasa, która zgarnia 306 pełnych tysiaków, do których rzucają jej ochłapem 817 ojraków.
Dodajmy, że jej koledzy z tego to ethiasa zarabiają prawie tyle, co Dominika z nr 1.
Ale ich splafonują podobno!
Tak, już to widzę. Od lat to zapowiadają, i plafonują w ten sposób, że mniej dają oficjalnie, a więcej w bonusach.
Już lepiej liczmy na wepchnięcie lub wepchnięcie się do dwudziestki kolejnej pani na ef. Ile to lat ma jeszcze trwać, no ile?

Tuesday, 9 October 2018

frekwencja

Jużem myślała, że Ana Martin zleci mi znów pisanie o sklepach, podrywie pewnym tym razem, polskości zeń wychodzącej - a tu proszę, Sanżob uratował sytuację.
Czytamy więc obie, o czym tento link, zwany podobno w polszczyźnie matczyźnie łączem, traktuje; Sanżob informuje, że obywatele wszyscy i wszędzie poniekąd tacy sami, i migają się od wyborów .
Anie Martini wychodzi jednakże matematycznie, że na Sanżilu jednak inaczej.
Bo podobno -  jeśli w okolicznościach by nie było przymusu - czyly 100% wyborców z list do urn, a jak nie - kara - to labelż i lebelż, potraktowani ogólnie  z podziałem na poszczególne dialekty oraz pochodzenia - wcale by tak chętnie nie głosowali.
Mianowicie, frekwencja - bo tak to się uczenie zwie - sięgałaby nieco ponad 60%.
60%? Z własnej woli? Toż to bardzo dużo,wykrzykuje Roman. We Francji, za miedzą czyly, potrafi być co prawda i z 80, i to bez groźby kary - ale przecież w Polsce A B i C wtedy jeszcze to 60 mieliśmy tylko jeden jedyny raz, jak tego wybierali, co tu teraz siedzi na komisjach. A poza tym - marne 40%. Góra!
Właśnie. Z własnej woli 60 % - u belż - i 40% w tzw. tym kraju - no to jednak nie jest to samo. Ana nie widzi punktów wspólnych dla Sanżila i Polski D. Niestety! Jeszcze trzeba kilka pokoleń poczekać, a może i lat świetlnych. Sory, Sanżob, sory! Mimo że stoimy po jednej stronie barykady zazwyczaj.
A teraz szok normalnie. Różnica taka, że woła o pomstę do nieba.
Bo na końcu łączymy wzrokowo się z łączem do innego artykułu, niedarmowego, więc go nie badamy, same i sami se zań płaćcie; i z tego to tytułu Ana wnioskuje, że labelż i lebelż są bardziej przywiązani do wyborów lokalnych niż narodowych.
Czyly co, nie rozumiem?
Czyly że ludzie wolą wybierać swoich faworytów w wyborach w gminie, co w Polsce można porównać do miast, miastek i miasteczek! Na które w Polsce mało kto chodzi, a przynajmniej chadzał. 20 % obecnych to norma.
A 30 - marzenie.
Ludzie nie wierzą, że mogą tworzyć państwo, ot co. A tu - chyba wierzą bardziej.
Wiara czyni cuda- dodaję uczenie.
Może teraz w Polsce D w wyborach  będzie inaczej, ale i tak to lata gwiezdne od świadomości obywatelskiej na Sanżilu i w okolicznościach. Sori, Sanżobie, sori doprawdy!

Monday, 8 October 2018

twaróg

Chodzi ci o ten sklep na Wanderkindere? Ten polski?
O tento właśnie, w samej rzeczy, przytakuje Ana Martin.
To ja się tam pokazać nie mogę, obwieszcza Paryska. Wszystko przez moją matkę.
Jak to, obie żeśmy ciekawe.
No by wyobraźcie sobie, że moja matka jest w pełni komunistyczna. Po sto razy potrafi pójść dziennie do sklepiku, bo tego zapomniała, a to owego, i tak cały dzień schodzi.
Moja też tak ma, potwierdza Ana.
I moja, mimo że mało komunistyczna ci ona, wtrącam; ja już dorosłam i nawet na Sanżil zdążyłam zjechać, lecz matuś niewiele starsza od Any Martin, co to późno rodziła, oj późno, a co to teraz będzie z tym rodzeniem w tym wieku, to już w ogóle nie wiadomo, sodomiaigomoria, kler by powiedział.  W każdym razie - matuś w Łapach i też tak ma, na tym chodzeniu do sklepu cały dzień zejść potrafi, a potem można westchnąć, że cały dzień znów zeszedł był na tym ganianiu, potwierdzam więc.
No i moja matka, ciągnie Paryska, poszła do Piotra na zakupy. Po twaróg na pierogi. I pyta Andżeli, czy jest pełnotłusty. Ta - że nie, że przecie widać, co wyłożone. Matka - czy nie można by jednak sprawdzić na zapleczu. Andżela - że nie, bo oczy ma i widziała, co wykładała. A dostawa w czwartek
No to matka była kupiła twaróg chudy chyba i do domu, co było robić. Ale że zapomniała czegoś tam, to za godzinę leci znów do Piotra, bo tak ma, jak już mówiłam. I co widzi? Twaróg pełnotłusty! Jak się nie wkurzy i na cały sklep: proszę pani! Pani mnie okłamała! Pani mi powiedziała, że nie ma i nie będzie pełnotłustego i kazała mi robić pierogi z chudym, a wiadomo, że wyjdą gorsze.
O nie, ale ja się tak łatwo nie dam, moja panno, o nie! Pójdę teraz po domu, dobrze, że córka po sąsiedzku, i przyniosę pani ten twaróg chudy i pani mi wymieni na pełnotłusty. O nie, nie ze mną takie numery!
I poszła, i wymieniła, i jeszcze resztę dostała.
Małej uszy się aż trzęsły.
Tylko jak ja się u Pawła teraz pokażę?  Sama musisz mi gazetkę przynieść. Proszę!

Thursday, 4 October 2018

szok

Szok, i to jaki!
Co, zmiana w Polsce D? cieszymy się od razu na zaś.
E tam, zaraz takie halo. Inne halo. Szokowe. Demograficzne. Pieją gazety przedwyborczo. Tu, pod nosem. Na Sanżilu i w okolicznościach. Dodajmy - tym razem obejmujących całą Belgię. No - połowę, bo to lalibr, więc podliczyli tylko Walonków i Brukseniaków.
Nie rozumiem, za dużo nas? Sanżilaków, Szumanów i Woluwów wręcz?
Wszystkich razem do kupy. A głównie - malców. Nie tych najmniejszych, o przyroście wśród krasnalków już było. I o brakujących miejscach w żłobkach, przedszkolach, czyly kreszach i maternelach. Ile można o tym w końcu, no powiedzcie same i sami. Teraz, w przededniu wyborów, sprawa stała się jednak polytyczna, a jak polytyczna - sięgnęli po szkoły. Tak, owszem, wczoraj po kobiety, ery feminizmu na ef i takie temu, dziś natomiast - podliczono brakujące miejsca w szkołach. W prymerach i sekonderach.
Mamusiu, a prawda to, że moja szkoła to największa szkoła w Belgii?
Być może synku, być może. A już na pewno - jedna z najtłoczniejszych.
I jak się to przedstawia cyfrowo - liczbowo?
Proszę bardzo: jeżeli będzie taki wzrost dzieci, a będzie, bo czemu nie, Sanżil też się do niego na wiosnę dołoży w osobie Any Martin - do 2024 r. w Walonii i Brukseni czeba na cyto, już bumcykcyk, stworzyć 13709 miejsc. Dokladnie tyle, z dziewiątką na końcu.
No nieźle. A jak chcą się do tego zabrać?
To na razie wielka tajemnica. Zaczęto od liczenia. Ostrożnego, bo kto zabroni mieć chętnym więcej dzieci, samam wczoraj dostrzegła na Markonim kilka nowych bardzo młodych brzuchów, owszem, może to poramadanowe obżarstwo, ale raczej jednak nie, bo poprzednie dziecię już chodzi, no to wolność tworzenia dla tatusiów nastała, hejże hola!
Ej, Ana, nie mów tak. Każda, jak chce.
Oczywiście, ale tu chyba to bardziej każdy, jak chce. I jakiś ktoś tam w przestworzach.
Kto mamusiu? Ten duch malowany na niebiesko?
Podobno. On, albo jego kolega o innym imieniu.
A co robią na razie, jak brakuje miejsc? Ciekawam.
Otóż eksportują dzieci do mniej zaludnionych szkól w innych komunach.
Co robią z dziećmi mamusiu?
Wożą je autobusami do innych miast.
Ojej, tak daleko? Bo ja jeżdżę z wiewiórą, to szybko idzie. Czy moja szkoła pozostanie największa, jak te wszystkie dzieci?
Bardzo możliwe, szczególnie że mamusia zwiększy swój wkład, więc Martinów w niej nie zabraknie.
No i Groch kiedyś ze mną wsiądzie do autobusu. Kiedy, no kiedy?

Wednesday, 3 October 2018

era kobiet

Paczcie sami, pogoda taka sama się szykuje, jak dwa lata temu - prognozuje z rana Ana Martin, po ciemku jeszcze, autobus rusza w mroku w końcu. Takie samo słońce. Znów by ładnie nam kontrastowało na Szumanie z błękitem nieba. 
Rocznica czarnego. Protestu.
Może by dziewczyny nawet licznie wyszły z biur? Wymówki deszczowej by nie było, a sprawa w końcu wciąż ta sam, polska jak najbardziej, kobieca jeszcze bardziej, czyli ogólnie światowa, marzy se Ana?
I mężczyźni?
Mężczyźni lokalni, brukseńscy o dziwo coś dziś zrobili. Małego, ale cieszy.
Nasi właśni? Polskie Sanżilaki? No co ty, rocznicowo się zebrali do kupy czy też w sobie w inny sposób? Protestują?
E tam, zaraz Polacy. Żadni Polacy. Belż najprawdziwsi. Oto lesłar donosi, że wicepremier, brukseński chyba, stworzył dzieło. Nie byle jakie. Nazwał je na nasze: era kobiet.
W dialekcie: era kobiety jednej. Zbiorowej czyly.
I przedstawił dziś światu.
Kobietę? 
Książkę!
No wicepremier, to mu to drukują wiadomo z pocałowaniem ręki. A co go skłoniło do wzięcia pióra?
Feminizm.
Feminizm na ef? Ten nasz codzienny?
Tak. Twierdzi, że dopiero w pracy, ministerując na maksa działem współpracy i rozwoju, dostrzegł, ile zależy od kobiet. I jak upośledzone społecznie są kobiety.  Co sprawiło, że z feministy nieuświadomionego przeszedł na pozycję zaangażowaną.
Aha, to o tym pisze właśnie? W erze kobiet owej.
Tak jest. Że kobiety muszą być w promocji.
Hmm. Że kupuje se punkty wyborcze - to jedno. Ale może to szczere? No i wolimy takie punkty, niż inne. Na takich głosować, niż na innych.
Ja myślę, że każda akcja wspierająca kobiety jest ważna. Szczególnie w rocznicę czarnego i szczególnie, jeśli dochód planuje przekazać na działalność prokobiecą.
A planuje?
O tym ani słowa. Ale przecież można mu to delikatnie zasu-tego-rować. Dlaczego nie?
Purkła pa właściwie. Kobiety dla kobiet. Mężczyźni dla kobiet. 



Monday, 1 October 2018

wąż z piersiami

Kogo to nie było w ten łykend w Owerajzie, no kogo, wylicza Ana Martin, gdy wyżęta jak przysłowiowa dętka w końcu ląduje na Sanżilu?
Wendo raduje i męczy, zauważa Roman.
Że se pozgaduję: na pewno nie zabrakło feministek na ef lub takich, co ewentualnie myślą, że nimi nie są, a tak naprawdę są, bo przecież wszystkie i wszyscy nimi jesteśmy. Na pewno byli i skauci albo skautowie - za płotem, bo nie z nami przecież, heloł, przecież to tylko dla pań! - co to wykorzystali złotą podbrukseńską jesień i udali się na zbiórkę w szortach, bo jakże inaczej. Na pewno nie zabrakło scenek, a w nich teściowych, psów, koleżanek i kolegów z pracy, toalety i kamataranu, czy jak to ma być; kolejkowiczów z lotniska, wspaniałego nauczyciela angielskiego, Nelsona i schabowego (choć później wyleciał, bo jednak nie pasował geograficznie, choć Nelson by nic nie miał przeciw zapewne).
Do tego uśmiechnięty banan, gorąco, bardzo gorąco w każdym pytaniu, kopniaki, ciosy, czochrające się niedźwiedzie, obowiązkowa palma, tarzan, bo lejdi dżejn to chyba jeszcze jednak nie. Wyższa szkoła jazdy, taka lejdi w blenderze.
Wąż z piersiami zdecydowanie przebija jednak wszystkich obecnych. Oraz wujka, co to dyktuje przekleństwa przez telefon.
Ach, i ta rozkosz w głosie, gdy przez zaciśnięte zęby można wycedzić: nienawidzę, jak się do mnie mówi Amela!
Wendo. Co tu więcej powiedzieć, uśmiecha się Ana Martin i idzie spać.