Groszeńku, a co tam robią starsze dzieci, odzywa się przemiłym głosikiem Krakowska na Eterbeku do najmłodszego z dwunożnych dzieci, wysłanego jako ich przedstawiciel po słodycze kilka pięter w dół. Wiadomo, starsze na tyle sprytne, że zawsze młodszego poślą.
Ksenia, to nie Eterbek żaden, heja no, toż to Tysiak, poprawia mnie Ana Martin.
I zaraz ma za swoje, o dobrze jej tak, mądralińskiej jednej, bo Roman przytomnie zauważa: żaden Tysiak Ana, to najprawdziwsze Woluwy. Co z tego, że Lamber; święty, to tak, nie Piotr jednakże, Sanpier znaczy się, i co z tego, że koniuszek to ci tego Lamberta zaledwie, na granicy - o sodomogomorio! - ze Skarbkiem do tego -skoro każde dziecko wie, że lpsze Woluwy z Lambertem niż żadne i koniec kropka.
A tak w ogóle to tak,jakby to jakaś Litewska była doprawdy.
Groszeńku, co tam, wspomaga Krakowską Ana Martin. No, w co bawią się dzieci?
Cicho tam u was, dodaje Półkrakowski.
Od dawna, oblicza na szybko Roman.
Pociąg puszczacie? - wdzięczy się Krakowska. Książki czytacie?
Nie. Drzemy papiery i wyrzucamy je przez okno - spokojnie tłumaczy Groszek.
Zawsze to lepsze niż papierosy, nespa?
Tuesday, 5 November 2019
Friday, 25 October 2019
na Portdehal
4 na pewno jedzie na Portdehal. Na pewno.
Siadaj. Słuchaj, mówię dla tej Grażyny, że w Polsce jest przecież praca. Że to nie jest tak, że jak zostawił to wszystko w cholerę i zjechał, to nie ma z czego na dzieciaki płacić. A ona dla mnie na to, żebym się nie wtrącała, że to wstyd taki, już wystarczy.
Beczy mi. Problem ma, bo miała do Sanpiera iść na żylaki, umówiona z doktorem i w pracy już załatwiła zastępstwa, a teraz co, z małą musi siedzieć, bo ona do garderi nie chce.
Musi się przyzwyczaić, wiem, no ale nie udało się na razie. Beczy i tyle.
A teraz jeszcze ojciec jej zjechał, to nie wiem już wogle, co z tego będzie. Co ta z wózkiem się tak na mnie pcha, te Belgijki to już wstydu nie mają normalnie, mało jej miejsca czy co? Jezu no!
No - Ana zostaje obrzucona pogardliwym spojrzeniem. No, u siebie się czuje, patronka jedna.
A w domu się nie chce operować? Grażyna znaczy się?
Jakim domu? w Polsce?
No.
Nie, tam by w łapę musiała dać pewnie, a i kolejki straszne. Tu jej to od ręki zrobią, a jeszcze mutuel zwróci.
Nie wiem, będą kombinować najwyżej. Byle to w świat nie poszło. Wstyd taki.
No to masz zmartwienie.
O, Portdehal. Tu wysiadam do doktora. No to cześć, cześć.
Siadaj. Słuchaj, mówię dla tej Grażyny, że w Polsce jest przecież praca. Że to nie jest tak, że jak zostawił to wszystko w cholerę i zjechał, to nie ma z czego na dzieciaki płacić. A ona dla mnie na to, żebym się nie wtrącała, że to wstyd taki, już wystarczy.
Beczy mi. Problem ma, bo miała do Sanpiera iść na żylaki, umówiona z doktorem i w pracy już załatwiła zastępstwa, a teraz co, z małą musi siedzieć, bo ona do garderi nie chce.
Musi się przyzwyczaić, wiem, no ale nie udało się na razie. Beczy i tyle.
A teraz jeszcze ojciec jej zjechał, to nie wiem już wogle, co z tego będzie. Co ta z wózkiem się tak na mnie pcha, te Belgijki to już wstydu nie mają normalnie, mało jej miejsca czy co? Jezu no!
No - Ana zostaje obrzucona pogardliwym spojrzeniem. No, u siebie się czuje, patronka jedna.
A w domu się nie chce operować? Grażyna znaczy się?
Jakim domu? w Polsce?
No.
Nie, tam by w łapę musiała dać pewnie, a i kolejki straszne. Tu jej to od ręki zrobią, a jeszcze mutuel zwróci.
Nie wiem, będą kombinować najwyżej. Byle to w świat nie poszło. Wstyd taki.
No to masz zmartwienie.
O, Portdehal. Tu wysiadam do doktora. No to cześć, cześć.
Wednesday, 23 October 2019
żan
Jedziemy my se naszą nowo-starą linią w nowym roku szkolnym, okej, nieczęsto ruszamy w stronę granic miasta, bo to jakby uciekać od wysokiej komisji, a kto by chciał, oprócz Romana i takich niektórych; jedziemy se w każdym razie i wszyscyśmy, i wszystkie, jakie i jacy się tłoczymy w autobusie, czekamy na przystanek czech drzew.
Trłazarbr. Trois arbres, spisuję. No mówię przecie.
Tymczasem nie nadchodzi. Nie nadstaje wręcz.
I tylko głos jakiś głosi, że to jakaś Żan. Ana Martin twierdzi, że Jeanne w pisowni, kobieca. Ale jak to, przystanek kobiecy? Męskie są one ci zazwyczaj.
Jak i ulice, choć i w matczyźnie, i francuszczyźnie, rodzaj ci to żeński. Ona lub la. Elle. Ulica i rue.
Bo inaczej byłoby Żą Ksenio, na tym przystanku, taki ę też trochę, no nie wiem, jak to polsku napisać, Ksenio, docieka Iwonek. Mamusiu, a kto to ta pani?
No nie wiem. u zawsze były czy drzewa, choć dawno tam ich nie uświadczysz. Na przystanku bynajmniej.
Żan Hereman słyszałem, słyszy Groch. Tak mówią w głośniku. Co to jest żanhereman?
Mam! - emocjonuje się Roman. Mam! Paczcie, Wolwendal napisał. Że z początkiem września stib postanowił uhonorować własnym przystankiem pierwszą brukseńską tramwajarkę. Żanhereman. Jeanne Herreman. Zastąpiła czy drzewa, choć i tak ze świecą ich tam szukać, jak wspomniałam.
To dlaczego tu jest napisane co innego, mamusiu? dziwi się dzieciarnia.
Nie zdążyli widać przemalować przystanków, tylko nagranie zrobili. Ale super i tak. Wiecie chłopcy, w Polsce A też była kiedyś tramwajarka słynna. Odważna. Zaczymała tramwaj, jak czeba było.
A gdzie ona teraz jest?
W polytyce! Bo kobiety, jak już gdzieś trafią, to od razu polytyka. Bez granic. One bez granic. Elles sans frontieres.
Trłazarbr. Trois arbres, spisuję. No mówię przecie.
Tymczasem nie nadchodzi. Nie nadstaje wręcz.
I tylko głos jakiś głosi, że to jakaś Żan. Ana Martin twierdzi, że Jeanne w pisowni, kobieca. Ale jak to, przystanek kobiecy? Męskie są one ci zazwyczaj.
Jak i ulice, choć i w matczyźnie, i francuszczyźnie, rodzaj ci to żeński. Ona lub la. Elle. Ulica i rue.
Bo inaczej byłoby Żą Ksenio, na tym przystanku, taki ę też trochę, no nie wiem, jak to polsku napisać, Ksenio, docieka Iwonek. Mamusiu, a kto to ta pani?
No nie wiem. u zawsze były czy drzewa, choć dawno tam ich nie uświadczysz. Na przystanku bynajmniej.
Żan Hereman słyszałem, słyszy Groch. Tak mówią w głośniku. Co to jest żanhereman?
Mam! - emocjonuje się Roman. Mam! Paczcie, Wolwendal napisał. Że z początkiem września stib postanowił uhonorować własnym przystankiem pierwszą brukseńską tramwajarkę. Żanhereman. Jeanne Herreman. Zastąpiła czy drzewa, choć i tak ze świecą ich tam szukać, jak wspomniałam.
To dlaczego tu jest napisane co innego, mamusiu? dziwi się dzieciarnia.
Nie zdążyli widać przemalować przystanków, tylko nagranie zrobili. Ale super i tak. Wiecie chłopcy, w Polsce A też była kiedyś tramwajarka słynna. Odważna. Zaczymała tramwaj, jak czeba było.
A gdzie ona teraz jest?
W polytyce! Bo kobiety, jak już gdzieś trafią, to od razu polytyka. Bez granic. One bez granic. Elles sans frontieres.
Friday, 18 October 2019
pipin tom
Dobiegamy do Kafałesu. Widzę, że na Sikającym Tomie tłumy. Pipin Tom, Peeping Tom, co chcecie, sława ci to nasza lokalna, sanżilowska, okolicznościowa brukseńska, a światowa. Ana tak mówi, a na teatrze to ona okej, zna się, okej, no zna.
Słąwny ten Tom - więc w holu nikt nie zachowuje się podejrzanie, czyly nie chce odsprzedać biletu zdobytego gorliwie, jak przykazaly, z abonamentu. Wszyscy udają, że się znają i chcą zobaczyć.
Hmm. Co robimy?
Zapisujemy się na listę oczekujących, gdzie to płaci się tylko keszem, kesz onli. Mamy - bom go wyjęła Romanowi, nie ubędzie mu, zadowolona szuka po kieszeniach Ana.
Dostajemy numer osiemnaście, ale większość ma więcej biletów zapisanych, więc tak jakby wyższy.
Ana nagle mówi: poczekaj.
I już łapie wzrokiem znajomego dozorcę teatralnego, co to go i na Sanżilu widuje, i kiedyś w Berlynie na ulicy wręcz też. Kłaniają się se, nie zaszkodzi się przypomnieć, jak dlaej tak pójdzie z biletami, przezorna zawsze ubezpieczona, pezetu no.
Czekamy więc dalej i rozglądamy się, głowy latają, ale nikt nie chce odsprzedać, mimo że przemawiamy i z francuska, i z angielska, a nawet z niderlancka i polska. Zero, wyobrażacie sobie?
Bon szans, bonszansują tylko niektórzy, z biletem w dłoni, bo w ajfonie to nie, to Kafełes, Belhje Belżik, a nie jakaś Polska, heloł!
Na miło życzą wejścia, na miło.
Wreszcie rusza sprzedaż wejściówek.
Ana spokojnie odlicza, a tu nagle: er zajn alejn fir tikets.
Na to Ana: nit mohelik, my musimy wejść po prostu. Roman na darmo sam z trójką nie został w końcu, w tym jedno śpiące, okej, ale jednak i tak.
Ana ma łzy w oczach, jak bumcykcyk, mówię wam.
I wtedy ją wpuszczają.
Bierze mnie Ana za rękę i hop do środka. Znajomy dozorca śmieje się.
Leci Ana na salę, do pierwszego rzędu, bo jak. Dostrzega jedno miejsce. Ale ono ci zajęte, okazuje się, ta osoba w tłalecie.
Ana się wycofuje.
I wtedy znajomy Sanżilak przemawia: Łaj łudynyt ju sit klołz tu de dajrektor himself? O tam, proszę, dwa miejsca dla was, aliganckie.
No i powiedzcie sami, z tymi sikaami to zawsze coś.
Słąwny ten Tom - więc w holu nikt nie zachowuje się podejrzanie, czyly nie chce odsprzedać biletu zdobytego gorliwie, jak przykazaly, z abonamentu. Wszyscy udają, że się znają i chcą zobaczyć.
Hmm. Co robimy?
Zapisujemy się na listę oczekujących, gdzie to płaci się tylko keszem, kesz onli. Mamy - bom go wyjęła Romanowi, nie ubędzie mu, zadowolona szuka po kieszeniach Ana.
Dostajemy numer osiemnaście, ale większość ma więcej biletów zapisanych, więc tak jakby wyższy.
Ana nagle mówi: poczekaj.
I już łapie wzrokiem znajomego dozorcę teatralnego, co to go i na Sanżilu widuje, i kiedyś w Berlynie na ulicy wręcz też. Kłaniają się se, nie zaszkodzi się przypomnieć, jak dlaej tak pójdzie z biletami, przezorna zawsze ubezpieczona, pezetu no.
Czekamy więc dalej i rozglądamy się, głowy latają, ale nikt nie chce odsprzedać, mimo że przemawiamy i z francuska, i z angielska, a nawet z niderlancka i polska. Zero, wyobrażacie sobie?
Bon szans, bonszansują tylko niektórzy, z biletem w dłoni, bo w ajfonie to nie, to Kafełes, Belhje Belżik, a nie jakaś Polska, heloł!
Na miło życzą wejścia, na miło.
Wreszcie rusza sprzedaż wejściówek.
Ana spokojnie odlicza, a tu nagle: er zajn alejn fir tikets.
Na to Ana: nit mohelik, my musimy wejść po prostu. Roman na darmo sam z trójką nie został w końcu, w tym jedno śpiące, okej, ale jednak i tak.
Ana ma łzy w oczach, jak bumcykcyk, mówię wam.
I wtedy ją wpuszczają.
Bierze mnie Ana za rękę i hop do środka. Znajomy dozorca śmieje się.
Leci Ana na salę, do pierwszego rzędu, bo jak. Dostrzega jedno miejsce. Ale ono ci zajęte, okazuje się, ta osoba w tłalecie.
Ana się wycofuje.
I wtedy znajomy Sanżilak przemawia: Łaj łudynyt ju sit klołz tu de dajrektor himself? O tam, proszę, dwa miejsca dla was, aliganckie.
No i powiedzcie sami, z tymi sikaami to zawsze coś.
Thursday, 17 October 2019
kapak
Wybrała się Ana Martin wreszcie do Kapaku na Skarbek - bo na bezrobociu ci ona, no co, siedzi w domu dniami całymi, wiadomo, dzieci narobiła, albo i Roman raczej, to siedzi i ma za swoje; mądry Roman męską mądrością, to i pogłówkował, aż włosy wypadły, i wynalazł na nią sposób wreszcie, by przestała latać po Sanżilach i innych, gorszych jeszcze okolicznościach, a zrozumiała, gdzie jej miejsce, w jej wieku zwłaszcza, nikomu nic nie wypominając oczywiście, ile to na liczniku, takie i tacy to my nie jesteśmy, no nie, nie my.
Ale na pociechę ma to bezrobocie Ana z belgisjkiej łaski, by nie było, że całkowicie jest już bezużyteczna dla rodziny, że tylko bidny Roman musi robić na tę dzieciarnię, co się pałęta, okej, Yesienka jeszcze nie, ale niebawem zacznie.
Ana nawet dopilnować nie potrafi, marginesem mówiąc by dziecko kataru nie dostało zresztą, co ona robi całymi dniami, Ana Martin ta, chyba tylko wydaje romanowe pieniądze. A teściowa mówiła już dawno, że warto by było, by się do budżetu dołożyła uczciwie, a nie tylko tak z romanowego portfela jechała, ekobjo jedzenia się zachciewa, to niech zarobi na to, proszę bardzo.
Na co Ana, że ona nie musi, bo ona taka bogata jest. Co spowodowało, że teraz cała Polska B, a ostatnio XYZ głowi się, skąd i po kim ona taka bogata, skoro starzy w nauce robili i się nie dorobili, oprócz chorób i garba, ale to wa de sła, że tak powiem z francuska aligancko, jak na kursie uczyly.
Więc chodzi Ana do Kapaku po te stemple, co to potem Roman na komisje śle dalej, w kolejce stoi, Bruksenię zwiedza przy okazji, bo to aż na Tysiaka czeba jechać, Rożje i dalej pod mostem, wiaduktem takim, między budowami, jakbyście nie wiedziały i wiedzieli, gdzie po ten stempel leźć.
Czasami warto, bo dekalaż między tym, co zarobisz jako madam, a tym, co jako mesje, wcale nie maleje, i tylko jak obliczą, przekręcając dane, wychodzi, że one zarabiają prawie tyle, co oni, ciekawe, jakim cudem, w Polsce szczególnie, gdzie to taka równość panuje, że hej wogle, już o feminizmie na ef nie wspominając.
Zresztą kończę, bo wy wszystkie i wszyscy pracujecie zapewne, po komisjach i titrach oraz lobingach itepe itede, ale nie tylko przecie; w każdym razie nie siedzicie se, jak to Ana, bezrobotna nasza, co to se dziećmi sprytnie przyszłość u boku Romana zapewniła i do Kapaku tylko chodzi, wielka pani, bo aktyrys to już można ściągnąć kompem.
Co Ana Romanowi zleca.
I tak za darmo żyje. I nawet dziecka nie dopilnuje, by kataru nie dostało.
I czas ma czytać. A wy nie. Nespa?
Ale na pociechę ma to bezrobocie Ana z belgisjkiej łaski, by nie było, że całkowicie jest już bezużyteczna dla rodziny, że tylko bidny Roman musi robić na tę dzieciarnię, co się pałęta, okej, Yesienka jeszcze nie, ale niebawem zacznie.
Ana nawet dopilnować nie potrafi, marginesem mówiąc by dziecko kataru nie dostało zresztą, co ona robi całymi dniami, Ana Martin ta, chyba tylko wydaje romanowe pieniądze. A teściowa mówiła już dawno, że warto by było, by się do budżetu dołożyła uczciwie, a nie tylko tak z romanowego portfela jechała, ekobjo jedzenia się zachciewa, to niech zarobi na to, proszę bardzo.
Na co Ana, że ona nie musi, bo ona taka bogata jest. Co spowodowało, że teraz cała Polska B, a ostatnio XYZ głowi się, skąd i po kim ona taka bogata, skoro starzy w nauce robili i się nie dorobili, oprócz chorób i garba, ale to wa de sła, że tak powiem z francuska aligancko, jak na kursie uczyly.
Więc chodzi Ana do Kapaku po te stemple, co to potem Roman na komisje śle dalej, w kolejce stoi, Bruksenię zwiedza przy okazji, bo to aż na Tysiaka czeba jechać, Rożje i dalej pod mostem, wiaduktem takim, między budowami, jakbyście nie wiedziały i wiedzieli, gdzie po ten stempel leźć.
Czasami warto, bo dekalaż między tym, co zarobisz jako madam, a tym, co jako mesje, wcale nie maleje, i tylko jak obliczą, przekręcając dane, wychodzi, że one zarabiają prawie tyle, co oni, ciekawe, jakim cudem, w Polsce szczególnie, gdzie to taka równość panuje, że hej wogle, już o feminizmie na ef nie wspominając.
Zresztą kończę, bo wy wszystkie i wszyscy pracujecie zapewne, po komisjach i titrach oraz lobingach itepe itede, ale nie tylko przecie; w każdym razie nie siedzicie se, jak to Ana, bezrobotna nasza, co to se dziećmi sprytnie przyszłość u boku Romana zapewniła i do Kapaku tylko chodzi, wielka pani, bo aktyrys to już można ściągnąć kompem.
Co Ana Romanowi zleca.
I tak za darmo żyje. I nawet dziecka nie dopilnuje, by kataru nie dostało.
I czas ma czytać. A wy nie. Nespa?
Wednesday, 16 October 2019
bjowrak
Łi madam, silwuple - dobiega do uszu Any Martin, moich i Jesienki uprzejmy i donośny męski głos, barytonem chyba zwany. Z lodówki dobiega, ale coś nam przypomina. Tylko godziny się nie zgadzają, bo to jedynasta dopiero, a głos brzmi co najmniej jak na wysokiej komisji, albo bynajmniej ratuszu gminnym. No na komunie, no.
Z jakiej lodówki, bo zgłupiałem chyba - odzywa się Roman
Lodówki we bjowraku, czyly lodowatej salki z nabiałem ekobjo; wejść tam to jak w Bałtyk zimą zupełnie, tak se wyobrażam przynajmniej, bo przecie bym tam nie wlazła za żadne skarby, nawet jakbym nad Bałykiem bywała, jak jakaś morsica zupełnie.
A co ten głos robił w lodówce?
Grzmiał. Czarował panie. Po czym się wynurzył, w postaci swojego właściciela.
O, pan mecenas, ucieszyła się Ana. Z dziecięciem do tego. Na ramieniu.
Ana, a co wy tu robicie? dziwi się ze swojej strony też głos.
My tu bywamy na okrągło, bo kochamy Sanżil i okoliczności. Sąsiadka ulubiona. Sam mecenas rozumie. Ale co mecenas tu porabia w takich godzinach? Pracy, że dodam?
Telepracuję, nie widać?
Widać, bo siaty napchał bjo, że hej. Pracowicie kupuje.
Widać to że junior nie bardzo forma, choć do Jesienki się rwie.
No właśnie dlatego się nie zbliżamy do was, bo tu gastro. Pierwsze, jesienne. U was już było?
A nie, całe lata nie było. I wiosny, jesienie, zimy. I to nie dlatego, że Ukle bynajmniej, lecz że zimny chów. Chyba. Albo bo co innego. Jedno gastro wie.
A co ze śmieciami na starych śmieciach, chce wiedzieć Ana, bo to temat z tych ulubionych.
Ana, o śmieciach to godzinami mogę gadać, sama wiesz. Ale muszę lecieć, bo spanie. Sama wiesz, jak to jest.
Oj wiem wiem. Spanie najważniejsze. Zaraz potem śmieci.
To pozdrawiam szanownego małżonka i spadamy! Cześć cześć!
Sunday, 13 October 2019
font-ana
Było to spotkanie zaprawdę przedziwne, wzruszona opowiada Ana. Po latach wielu. Ze zmarszczakmi nowymi wieloma zapewne.
W niedzielę czynastego się odbyło ci ono, a jakże, w upale naszym październikowym, co to rewolucyjnym miał się okazać.
Taką miałyśmy nadzieję. No bo co, nie samym Noblem się zyje na Sanżilu i w okolicznościach, nawet jeśli to na Szumanie robi na komisjach większość znajomych noblistki, jak to się Ana zdumiona dowaidywała z tego i owego czata na cołapie.
Nie no, w niedzielę ci tą żyło się polytyką, moja pani i panie.
Co to nas dorywa co rusz.
A tu porwała nas w objęcia przeszłości. Anę Martin. Taką Nagą. Sarę. Kalinę. Teę wreszcie, zwaną też Kloe.
Co je łączyło?
Ano to, że kiedyś tam dawno, za pierwszej Polski D, były się spotkały. W Laksemburgu, tak. Robiąc w tym samym - w tłumaczeniach bynajmniej i wręcz.
I śnić by się im wtedy nie wyśniło, że oto ileś tam naście lat później odnajdą się pod fontanną na Merodzie, co to chyba łaczy Eterbek z Szumanem, by nie dopuścić do czeciej Polski D, co to już XYZ będzie.
Ale nie same. Bo wokół nich tłumek. Hulajnogów, cytując Grocha, rowerów, mężów, partnerów, młodzieży, która za pierwszej D w powijakach była, a w międzyczasie dorosła. I też głosowała po naszemu, no bo jak głosować.
No i o Yesience nie zapominająć, co tu już jedyna chyba niemowlakiem będzie, w tym towarzystwie postluksusowym.
Lata mijają, my nie, westchnęła Ana.
W tle nawijała Yani z xx, co to WezemBeczką miała się stać w zamyśle Any, ale Ana wie, że są sprawy delikatne, więc odpuściła, i tak na yogowo ją przezywa.
Nazywa.
I stały sobie te panie Anie, panie, pod font-aną i wspominały. Ana od razu nadała do Stelli i Olafowej, że są i czuwają. Zdalnie. Na telepracy z Luksa, można by rzec.
Takie same, jak w 2003. 2005. Może i nawet 2010.
A rewolucja się nie zrobiła.
Bo jak.
W niedzielę czynastego się odbyło ci ono, a jakże, w upale naszym październikowym, co to rewolucyjnym miał się okazać.
Taką miałyśmy nadzieję. No bo co, nie samym Noblem się zyje na Sanżilu i w okolicznościach, nawet jeśli to na Szumanie robi na komisjach większość znajomych noblistki, jak to się Ana zdumiona dowaidywała z tego i owego czata na cołapie.
Nie no, w niedzielę ci tą żyło się polytyką, moja pani i panie.
Co to nas dorywa co rusz.
A tu porwała nas w objęcia przeszłości. Anę Martin. Taką Nagą. Sarę. Kalinę. Teę wreszcie, zwaną też Kloe.
Co je łączyło?
Ano to, że kiedyś tam dawno, za pierwszej Polski D, były się spotkały. W Laksemburgu, tak. Robiąc w tym samym - w tłumaczeniach bynajmniej i wręcz.
I śnić by się im wtedy nie wyśniło, że oto ileś tam naście lat później odnajdą się pod fontanną na Merodzie, co to chyba łaczy Eterbek z Szumanem, by nie dopuścić do czeciej Polski D, co to już XYZ będzie.
Ale nie same. Bo wokół nich tłumek. Hulajnogów, cytując Grocha, rowerów, mężów, partnerów, młodzieży, która za pierwszej D w powijakach była, a w międzyczasie dorosła. I też głosowała po naszemu, no bo jak głosować.
No i o Yesience nie zapominająć, co tu już jedyna chyba niemowlakiem będzie, w tym towarzystwie postluksusowym.
Lata mijają, my nie, westchnęła Ana.
W tle nawijała Yani z xx, co to WezemBeczką miała się stać w zamyśle Any, ale Ana wie, że są sprawy delikatne, więc odpuściła, i tak na yogowo ją przezywa.
Nazywa.
I stały sobie te panie Anie, panie, pod font-aną i wspominały. Ana od razu nadała do Stelli i Olafowej, że są i czuwają. Zdalnie. Na telepracy z Luksa, można by rzec.
Takie same, jak w 2003. 2005. Może i nawet 2010.
A rewolucja się nie zrobiła.
Bo jak.
Subscribe to:
Posts (Atom)