Friday, 27 February 2015

(258) facilites

Każdy kij ma dwa końce, a kartka dwie strony. Także ta żółta, o której wczoraj. Można nawet powiedzieć, że oddaje to dwie sanżilowskie strony językowe, choć Ana Martin zawsze przypomina, że w Belgii są ich trzy. Języki oficjalne. No ale w piłce nożnej liczą się tylko dwa. Francuski i ten trudny.
Pewnie, jakby zaczęli po niemiecku szwargotać, jak się to w Galicji mawiało, to francusko- i flamandzkogadający nie mieliby wiele do powiedzenia, podśmiewuje się Roman. Kto jest miszczem świata w końcu? Kto pokazał szkołę Francuzom, Holendrom i Belgom? No kto?
Niemcy. Tak jest. Jawol w wymowie. Obcej, tego, co nam nie będzie dzieci germanił. Dlatego mniejszość niemiecka nie podnosi głosów w narodowym belgijskim sporze o język na boisku, bo tu nie jeszcze Polska. Za to napływają nowe informacje o zajściu w Rhode Saint-Genese. Zdradzę wam sekrety meczu. Wszędzie mam swoich ludzi, a co! Polak potrafi.
Nasi są bowiem wszędzie, wiadomo. Także na lokalnym meczu w podbrukselskiej gminie, co do której nie mogę się do końca zorientować, czy leży ona po tej, czy po tamtej stronie językowej. Roman, może ty zrozumiesz, co donosi ta swojska informatorka, bo mi się to jakoś nie nijak nie łączy, a wręcz sobie zaprzecza: na boisku należy mówić po flamandzku, bo obie drużyny z tej grupy, za to treningi drużyny odbywają się po francusku, bo ten język zna większość graczy. Graczyków. Bądź tu mądry Roman, i wywnioskuj, w jakim języku otwierać przysłowiową gębę.
Mali gracze, a wielki problem, całkowicie niezgodnie z przysłowiem, niemieckim zresztą, wtrąca się Ana. Chyba chodzi o to, że Rhode Saint-Genese to tzw. komuna z ułatwieniami. Co? Commune a facilites plus akcenty. Czyli taka, która geograficznie należy do jednego obszaru językowego, ale jest zamieszkana przez osoby, których językiem ojczystym lub matczynym jest ten drugi język. Dobrze rozumuję, ej ty? Na moje oko dobrze, odpowiada Roman. Warto dodać, że zazwyczaj oznacza to sytuację, w której w gminie flamandzkojęzycznej mieszkają Walończycy lub napływowi, którzy jednak lepiej mówią po francusku. Zawsze to o ciupkę łatwiej, kiwam głową ze zrozumieniem.
Moim zdaniem powód jest inny, twierdzi Roman. Mianowicie: podatkowy. Taki podatek gruntowy przykładowo jest dużo niższy. Podatek za silnik auta też. Do tego czyściej na ulicach. Mieszkaniec z zagranicy to docenia, w końcu brudno miał już u siebie. Skąd wyjechał.
No tak, a Polak już w ogóle lubi, by było czysto, w tym rasowo. No co się tak na mnie patrzycie? jakbyście nie wiedziały. Pamiętacie tego palanta komisyjnego, co się cieszył, że odkąd się wyprowadził poza miasto, nawet śmieciarz jest biały?
Debile są wszędzie, tak to widzi Ana. I prostacy. Ten tu był do tego głupi, bo zmieszkał w jednej z communes a facilites, mówiąc - jeśli już - po francusku - a tam śmieciarz napisał do niego po flamandzku. To i się zdziwił. Odpowiedzieć nie umiał.
Bo te facilites właśnie tak działają, nie działając. Bo jak zwykle wszystko zależy od tzw. czynnika ludzkiego.
Że też skończę o tym meczu młodzików wreszcie. Nasza informatorka podejrzewa, że chodzi o nic więcej, jak o wynik meczu. Najdziwniejsze jest to, że ta drużyna z francuskogadającym chłopcem nie przegrywała, tylko wygrywała. 7:0. To strasznie wysoko, co? No tak, ale informatorka twierdzi, że bywało, że i 15 bramek zdobyli. I wtedy padło zdanie po francusku, pewnie rodzice nie zgadzali się z wynikiem, jak to często bywa. Za mało im czyli było, dopytuję? Widać tak, tak głodni bramek, śmieje się Ana. Ambitni.
I wtedy chłopiec zagadał po francusku. Do rodziców. Sędzia się wkurzył, a że nie mógł ukarać publiczności - no to zwalił na syna i zdzielił żółtą kartką graczyka.
Jasne jak słońce czyli. Nie tyle języki, co chore ambicje rodziców, którzy uważają, że ich dziecko może tylko wygrać. I to wysoko. No ale tym razem wyszło, jak wyszło. Jeśli faktycznie kartka jest za język, to nie wygląda to dobrze w świetle belgijskiej tolerancji językowej. Śmiech nie tylko na sali, bo w świat mediów poszło. 
No nic, sędziowie go ocenią, gazety to opiszą, a dzieci? I tak będą mówić do siebie w takim języku, jak im się podoba, obojetnie, co tam każe komuna, czy są w niej fasilite, czy nie. A media jutro będą żyć już czymś innym.

Thursday, 26 February 2015

(257) żółta kartka

Że sport to nie zdrowie, udowodniono już nie raz, i wystarczy policzyć przypadki astmy, alergii, złamań, a przede wszystkim - ilości leków, jakie sportowcy muszą zażywać - by od razu się zniechęcić. Ale żeby za to zaraz człowieka po trybunałach ciągali? To pewna przesada, chyba nawet domowy prawnik by potwierdził, co Roman?
Może przesada, może nie, Roman to jedna wyważony i zrównoważony człowiek, nie rzuca słów na wiatr, i sądów też. W sądzie w końcu występował nie raz i nie dwa, ale nie jako sędzia. To i nie wiem, czego go na tych studiach uczyli i czy będzie w stanie ocenić, czy ten sędzia z gminy mówiącej w innym języku ma rację, czy nie. Sprawa jest zbyt paląca, by rozsądzała ją historia. 
A co zrobił ten sędzia? Przekupny? Nie niezawisły, czyli zawisły? dopytuje Ana. Zawiśnie to on dopiero, ale w swoich czynnościach, jak mu udowodnią głupotę, a może dyskryminację. To sędzia boiskowy, Ana, spokojnie, jeszcze system sprawiedliwości jakoś działa w Belgii, choć taki pałac sprawiedliwości faktycznie nie., stoi i straszy za to od lat. Na horyzoncie, widać ze spaceru po dudenie, parku, i foreście zresztą tez, że dodam dla ciekawych świata.
Wracając do sędziego, sprawa wydawała się lokalna, a w międzyczasie jest państwowa. Mianowicie był sobie mecz. Rhode Saint-Genese pisze się, gdzie to było, wiem, że dziwnie, ale to Belgia, heloł, nie wszystko musi być jasne i wymawialne łatwo jak w Polsce, heloł!
A więc jest mecz. Dwie drużyny. Młodzików. W lidze nie wiem, o jakim numerze, ale zapewnie nie była to ekstraklasa, legia przeciw górnikowi czy innemu śląsku. Gracze kolorowi, to i wszystkie języki świata. Kiboli też nie było, za to rodzice młodzików, więc spokojnie można się było koncentrować na meczu, a nie gasić pożary, bić pałami czy polewać wodą. Przynajmniej z założenia było spokojnie. 
Za spokojnie może, wieszczy Ana, i potrzebny był skandal. No i powstał, jakbyś wykrakała normalnie. I zatoczył kręgi. Walońsko-flamandzko-belgijskie. A teraz powoli wypływa na wody międzynarodowe. Ach ten internet i globalizacja!!!
Chodzi o to, że drużyny były niekompetentne językowo. Tak to się mówi. Niekompatybilne, jeśli już, Ksenia, ale dlaczego? Bo jedna z tego obszaru językowego, a druga z tego. Każda uważa, że akurat ona z tego lepszego. Jak to w Belgii. A sędzia, arbiter, że się posłużę gwarą z tiwi, arbiter lubi tylko jeden z nich. A za drugi - daje kartki. W kolorach tęczy.
No co ty, to chyba niemożliwe? nie dowierza Ana. Jak bumcykcyk, klnę się. Na murawie - tak to się fachowo nazywa, przynajmniej na stadionie w Polsce A i w samej Warszawie na dodatek, gdzie tę to murawę non stop wymieniają za pieniądze podatnika, jak się zżyma i wyżyma Ana - jeden z młodzików krzyknął coś do rodziców. Po francusku, zdradzę. W tej samej chwili leci do niego sędzia, gwiżdżąc, ile sił. I już kartkę wyciąga. Żółtą. 
Maluch w płacz. Rodzice w krzyk. Mecz przerwany.
I co teraz? Teraz badają, co i jak, pewnie komisja, jak to zawsze w takim przypadku. Pełna działaczy. Póki co, wysłali skargę do związku piłki nożnej. Na młodzika? Jak to na młodzika, na sędziego! Że dyskryminuje. Że głupi, powinni byli napisać w skardze, tak to widzi Ana.
Takich słów się w skargach nie używa, Ana, poprawia ślubną Roman. Byłoby to niegodne sądu. A kartka za francuski to godna? No nie, fakt, ale to już wyjaśnią działacze. Sądy to jeden wielki cyrk w końcu, dobrze, że peruk nie noszą. A sądy koleżeńskie to już w ogóle. Utną sprawie głowę, mówię wam, sport to nie zdrowie, za to biznes. Ręka rękę myje i swojego nie skrzywdzą. Jak w Polsce zupełnie bywało. Murawy się zmieniają, ale sędziowie - nie.

Wednesday, 25 February 2015

(256) dieta

Wiosna idzie, trąbią w radiu od rana, ptactwo leci tu i ówdzie w tę i tamtą stronę, ukazują się marcowe twojestyle i inne ele - a w nich co? To co zawsze w marcu. Dieta. Musowo cudowna. Ale nam na Sanżilu i tak już nic nie pomoże. Jemy źle, stwierdziła nauka. W Belgii, znaczy się.
Rok w rok to samo w gazetach faktycznie, nawet nie trzeba kupować, by wiedzieć, co będzie na okładce, no i wewnątrz też. Straszak na brzuszyska, udziska, ramioniska i pupska. Wszystko to ma zniknąć, najlepiej w miesiąc, bo - jak przypomina Ana Martin - już w kwietniu pojawi się moda plażowa, i dobrze, jeśli nie będą to kostiumy kąpielowe o nazwie bikini, lecz nieco więcej zakrywające chusty i bluzki, czy też kapelusze lub okulary, pod lub za którymi się można schować ze wstydu. Że znów się nie udało schudnąć na marcowej diecie: białkowej, roślinnej, dukanowej, tysiąckaloriowej lub innej. Efekt i tak ten sam. Głównie żaden, twierdzimy zgodnie we 3. Czyli przysłowiowe zero.
Na szczęście w Belgii mamy rozgrzeszenie, uwaga uwaga! donosi Ana. Oto badacze z kembridż, co jest takim miastem podobnym do okswordu, jak myślę, odkryli, że w Belgii je się bardzo źle. Tak źle, jak nigdzie indziej w Europie, i w całym świecie prawie też. 
Co to za bzdura nowa, dziwi się Roman. Dopiero co donosili, że czekolady wcale nie idzie aż tyle na głowę, a jesli już - to tej szlachetnej. Nie dalej jak wczoraj wyczytałem, że już spokojnie można jeść cholesterol w wątróbkach i innych francuskopodobnych wyrobo-podrobach, gdyby ktoś chciał. Dobra, croissanty gotowce może faktycznie nie są najzdrowsze, ale czy lepsze są dmuchane bułki z biedy?
Za te fryty się pewnie dostało lebelż, a nam wraz z nimi. Za ten podwójny tłuszcz z wołu. Za tę karbonadę skąpaną w piwie i krokiety z krewetek. Bo za co?
Ciężko wyczytać konkrety z tego sprawozdania, każdemu z innego powodu. Mi głównie, bo to po angielsku, ale już taka Ana uczona, więc by szło zrozumieć, a też nic nie dostrzega takiego strasznego, oprócz mięsa niehalo oczywiście, no ale o tym już było i nie sądzę, by tolerancja religijna lub jej brak odegrały rolę w kembridż.
Niezła ściema, coś mi się wydaje. Anglicy postanowili się rozgrzeszyć na moje oko, za te produkty z sejnsburasa i tesko, gotowce lajt i inne świństwa. Bo nikt mi nie wmówi, że za kanałem je się lepiej. O czym świadczy wygląd przeciętnego obywatela. Na Sanżilu dominują ludzie szczupli, przynajmniej na oko. I chyba nie z niedożywienia, o czym świadczą pełne od rana bary i knajpy, w tym te z piwem.
Piwo ma dużo kalorii, wpadam na pomysł. Może za to piwo nas ukarali?
Moim zdniem cel jest jeden - podnieść morele. Morale, Ksenia, samopoczucie czyli. Bo jakim cudem, powiedzcie mi, i jest to cud niby-naukowy, nie dietetyczny, wychodzi, że najlepiej je się w czadzie, a najgorzej w Armenii. To takie kraje Ksenia, uprzedzam pytanie. Jeden w Afryce, drugi w Azji albo w Europie, to niecałkowicie jasne. W obu lubią powojować.
Zawsze mi sie wydawało, że tam, gdzie wojny, raczej trudno o jedzenie, a tu okazuje się, że nie można zdrowiej. W czadzie skąpanym krwią, za to pewnie poprawnie politycznym. Względem Anglii. W Armenii za blisko od Putina, by dostała brawa. Polityka, polityka.
Ale co komu szkodzi Belgia, pytam, w sensie dietetycznym bynajmniej? Też polityka pewnie, by trafić na przykład w belgijską czekoladę. Niech za dużo nie eksportują, przyszło zamówienie z góry. Niech jedzą katberusy, czekoladopodobne, jak my za komuny kiedyś, i teraz zresztą też w Polsce święcące tryumfy. I niech piwo belgijskie się tak nie rządzi w świecie. Zawsze jest przecież jakiś ogólnoświatowym hajneken czy inny karlsberg. Kto wie, jaki polityk w jakiej fabryce ma udziały. Ach, ta polityka, wzdycham, nigdy nie wiadomo, kiedy kogo dorwie. I złapie. A po zimie jest za co.
Oj sadełko sadełko.
Nie zmienia to niestety faktu, że marzec idzie. Gęsi leca właśnie nad głową, o. Kilogramy za to nie lecą. W dól przynajmniej nie. Trzeba sięgnąć do pani. Oj sadełko sadełko. Zdrowe czy nie, polskie czy belgijskie, rok w rok problem ten sam.

Tuesday, 24 February 2015

(255) halo halal

Po kilku latach na Sanżilu każdy głupi i głupia wie, że mięso może być halo albo bardzo nie halo. W lokalnym dialekcie: halal lub nie halal, i z tego, co wiem, nie jest to ani francuski, ani ten drugi trudnawy dialekt, tylko narzecza z Azji. Mniejszej. Przejść po takim Alsembergu wystarczy, by jednym rzutem okiem to stwierdzić, a uchem - zasłyszeć. Po szyldach i klienteli. Halal halal, że trochę pohajluję z rana. 
Z tym mięsem to w sumie niby jak w Polsce A i B, gdzie zdaniem matuś też często niehalo jest, bo wiadomo, już nie te czasy, co dawniej, kiedyś to mięsa i inne potrawy zresztą też, to dopiero były! Palce lizać, wiadomo było, co człowiek je, nie to, co teraz, chłam i wodą pani szynki pompują, świnie antybiotykiem skarmiają, ale ja dam pani specjalną taką bez, pani, to czyste mięso, jakbym dla siebie robiła normalnie. Nie raz i nie dwa słyszałam, jak ojce narzekali, że tego to się już chwilami jeść nie da i co ty mi na talerz nałożyłaś matka. 
W kraju idzie się jednak przyzwyczaić i sama widziałam, że taką niehalo kiełbasę mimo wszystko nawet najprawdziwszy Polak zje. Zresztą Polak na Sanżilu też nie pogardzi nowoczesnym salcesonem czy goloneczką. Szczególnie w święta, gdzie i tak obojętne, co załaduje do żołądka pod wódkę, ważne, by tłusto było, Ksenia pamiętaj, ojce mówili. No i nikt nikomu w talerz nie pluje, bo świnię tam ujrzy. To by było uznane za bardzo nie halo nawet po kilku głębszych.
Na Sanżilu natomiast inaczej. Na tym polega różnica między tzw. tym krajem, a Belgią, gdzie jedna dziesiąta ludności pochodzi nie stąd, za to z Azji i tej drugiej Afryki już tak. Choć biali są często, jak najprawdziwsi Polacy, to hajlują na całego. Jedząc przykładowo. 
Ana mi wytłumaczyła, bo bez znajomości arabskiego ani żydowskiego nijak nie szło zrozumieć, o co chodzi z tym hajlowaniem. Że mianowicie w kwestii mięsnej to, co nie halo, to od razu wykluczone. Nie dla mnie, bo ja ogólnie uważam, za Aną, że mięsa się już objadłam w tzw. kraju, więc mu nie mówię mu haloooo, lecz raczej : baj baj, ale na Sanżilu są wśród nas też tacy, co to mięsa niehalo nie zjedzą, choćby ich skręcało z głodu lub ochoty na sam widok piętrzących się w jatkach kiełbas, jelit, golonek, kiszek i innych podrobów. I niektórzy tacy mniejsi do szkół chodzą. Państwowych. Niereligijnych nawet. I zaczął się problem dla tolerancji.
W Brukseli zbadali więc ostatnio, jak kwestia halo halal wygląda na stołówkach. I widać, że nie bardzo wygląda. Że robi się z tego kwestia już nie tylko sanżilowska, ale także brukselska, a nawet międzynarodowa, biorąc pod uwagę inne kontynenty, skąd przybyli, mówiąc: halo! I tak demokracja cierpi z powodu mięsa. 
Ano tak, wykluczenie społeczne, wzrusza ramionami Ana. I to w obie strony od razu. Kto by pomyślał, że jedna świnia zrobi taki problem.
A problem jest, i to dwustronny, jak ten przysłowiowy nieświeży kotlet. Na pewno nie wieprzowy, bo ten to dopiero jest niehalo, lecz taki bezpieczniejszy, ze świni na przykład. To jedno i to samo, Ksenia, akurat, ale pal sześć. Chodzi o to, że są szkoły, gdzie 90% uczniów w domu nie jada wieprza albo świni, bo to niehalo zupełnie. I w ramach tolerancji religijnej szkoły powinny dostosować swoje jadłospisy. A nie robią tego, powątpiewa Roman? Co to w końcu za problem, wyeliminować jakąś świnię? Okazuje się właśnie, że duży. Tzn. samo wyeliminowanie świni problemem nie jest, ale zastąpienie jej inną zwierzyną - już tak. W rezultacie ci, co nie chcą jeść świni, jedzą po wegetariańsku. 
Zdarza się też, że jakiś uczeń niehajlujący je sobie mięso niehalo, uszy się trzęsą, cieszy się na całego, a tu podchodzi ktoś hajlujący i pluje mu lub jej w talerz. Z pogardy dla świni. I ten ktoś jedzący nie chce dalej jeść. I bójka gotowa. I kwestie religijne, i bogowie nasi i inni wzywani nadaremno, i do dyrektora na dywanik, i do gazet sprawa trafia. Jednym słowem - problem dla kraju. Świeckiego w swoim zamyśle i w imydżu międzynarodowym.
Te wegetariańskie wymysły to jak Ana Martin prawie, cieszę się. I Rita, i wiele innych. No tak, ale my to z wyboru, a nie z powodu przekonań religijnych. Nie chcemy, a nie to, że sobie odmawiamy mięs i podrobów. Brr zresztą. Natomiast dzieci z kręgów halal mięsa niehalo zjeść nie mogą. Inne by natomiast może i chętnie pochłonęły, natomiast okazuje się, że na stołówce często wybór polega na świni lub niczym. Mięsnym zerze. A już na pewno w środy, kiedy to zwyczajowo w szkołach labelż się mniej gotuje, więc już nic poza tą świnią nie uświadczysz. Tylko warzywa.
Okazuje się więc, że kwestia bycia labelż kończy się i zaczyna w ubojni, tak, podsumowuję? Która też może być halo lub niehalo, tak na marginesie. Sama widziałam na Anderlechcie.
Jak na przednówku niegdyś bywało, przypomina sobie Roman. Wszyscy o jedzeniu mówią. Bida panie. Coś tu śmierdzi. Śmierdzi w obie strony potakuje Ana; to kotlet dwustronnie niewysmażony i jeszcze o nim usłyszymy nie raz. Mięso a religia. A już myślałam, że raz na zawsze wyeliminowałam ze swojego życia te obie sprawy. A tu one mówią: halo! Świnia a kwestia belgijska, że też tego dożyłam.

Monday, 23 February 2015

(254) epi-end

W noc pełną oskarów i braw także dla nas, Polaków i Polek szczególnie, aż chce się zakrzyknąć: nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie sława! Nie traćcie nadziei, że to akurat was nagrają i czy chcecie, czy nie, staniecie się gwiazdą. Lub gwiazdorem. Może nie od razu kina, ale internetu - na początek dobre i to, poprzednie pokolenia nie miały takiej szansy. Jak ten złodziejaszek z Erpe-Mere zupełnie. Ale mu się udało! Tylko podziwiać.
Co mu się udało, pyta Ana. Niespodziewana sława nadeszła, ot co, odpowiadam. Popularność. Wyświetlenia, komentarze, trochę hejtu, a trochę podziwu, jak to w internetowym świecie. Ważne, że o nim mówią. Tylko czekać, jak zgłoszą się wielkie wytwórnie, agenci, ajenci, no i pieniądze popłyną szerokim strumieniem. I pomyśleć, że już myślał, że nic z tego bogactwa nie będzie, a tu taki traf, że akurat były kamery, i tantiemy już pewnikiem lecą. Szkoda, że skoro go szukają, to się pewnie nie ujawni na ściance, od razu by mu stawki skoczyły. A jakby blog otworzył, to hoho, kasiatusk normalnie druga by była.
Nadal nie rozumiem, kręci głową Ana. Kseni chodzi o wideo, które robi furorę w Belgii, wtrąca się Roman. Widziałem dziś onlajn, że naród żyje filmem. Co naród, to film, można by powiedzieć w ten pooskarowy ranek, że pozwolę sobie nasunąć się takiej refleksji.
Film wyprodukowano w Belgii, we Flandrii właściwie. Same kamery wyprodukowały właściwie, bez człowieka, pełna profeska i nowoczesność. Spiszę dane, gdzie to: Erpe-Mere z akcentem, które leży koło Barnbrugge w Oost-Vlaanderen. Co oznacza wschodnią Flandrię, dopowiada Ana. Aha, już wiem, to tam, gdzie mówią tym trudniejszym językiem. To i dobrze może, że film niemy, to i nie trzeba ucha nadstawiać nadaremno, ani oczu wysilać, bo napisy po francusku też nie za łatwe. Nikomu, kto na Sanżilu nie muszę chyba mówić, że tu w filmach nie mają przyjemnego faceta zwanego polskim lektorem. A szkoda. W Idzie mają. 
Ano tak, w Polsce i Ameryce idy lutowe zamiast marcowych, a w Belgii - we Flandrii właściwie - internauci pasjonują się filmikiem z kamery ochroniarskiej, czyta Roman. Też niezły, że sobie pozwolę na małą krytykę, krytyczkę krytyczki. I też czarno-biały, zupełnie jak ten oskarowy produkt. Z tym, że krótszy i z większą dynamiką jakby, tak to się chyba nazywa, gdy więcej ruchów. Ksenia, zapominasz o najważniejszym: że tu to dokument. Do tego - komedia właściwie. A tak, taka czarna komedia nawet. 
Akcja rozgrywa się bowiem w ciemnościach. Nocy. Przedoskarowej chyba. Jeden aktor. Taki wandam na mniejszą skalę jakby, śmieje się Roman. Kto? Van Damme, tak napisz, to słynny karateka chyba jakiś był, stąd pochodził, znaczy z Belgii, a nie Sanżila, a w Ameryce w filmach kopał. I dokopał się niezłego majątku. Ale ten tu, to jakaś marna kopia, ocenia Ana. Patrzcie: osiem kopnięć drzwi i nic. Słabeusz. Arnold już byłby w środku.
Jaki Arnold, gubię się? Taki inny kopiący siłacz. Z Austrii. Ale to wszystko lata 80., za młoda byłaś Ksenia, a właściwie - nie byłaś, to i nie wiesz, czym żyliśmy za komuny. W każdym razie - ten aktor z filmiku jutjub tu nie ma nic z holyłudzkiego gwiazdora. 8 kopów i nic. W Hameryce by nie przeszło. 
W co on tak kopał w ogóle? W drzwi leonidasa. Tego faceta od czekolady? Tego samego, choć kto to wie, czy to facet, śmieje się Ana. Widocznie uznał jednak, że warto zrobić skok na kase sklepową, ale nie przewidział, że sił może zabraknąć. I technika kopu nie ta. Ach, gdzie te lata 80., rozmarza się Ana. Zaraz mi się tu rozmaże z tęsknoty jeszcze! 
Jak się kończy ten film? Na razie bez hepiendu, z tego, co widzę. Epiendu właściwie, tak się mawia na Sanżilu. Ani dla złodziejaszka - bo nawiał z pustymi rękami, ani dla Leonidasa - bo go nie znaleźli. Za to naród ma używanie. Do wczoraj filmik obejrzano aż 600 tysięcy razy. Wyobrażacie sobie? Sukces światowy prawie.
To 6 razy więcej niż widzów w Polsce miała oskarowa Ida, uprzytamnia nam Ana. Teraz w tzw. kraju każdy się mądrzy, że widział, ale tak naprawdę - mało kto. Bo za długi, za smutny, od razu mówiłam, pozwolę sobie na nową krytyczkę. Wzięliby ci Polacy przykład z Belgów - krótki film akcji z elementami komediowymi, do tego czarnymi, to się sprzedaje! Śmiech to zdrowie w końcu. 
I epi-end będzie zapewne - nawet jeśli go złapią, to kiedyś wyjdzie, a na koncie w banku już będzie niezła sumka za odsłony w sieci. A Ida smutna na zawsze zostanie. Dobrze, że ten oskar na pociechę przynajmniej. Bynajmniej nie za późno na karierę.

Monday, 16 February 2015

(253) macki

Wybuchło. Wiedziałam, że tak to się skończy. Ile można ukrywać prawdę, nawet jeśli się jest królem? I nawet jeśli się jest królem nie jakiejś małej Belgii, ale połowy Europy w postaci Hiszpanii? Sięgającej niegdyś od oceanu do oceanu, za to teraz już tylko od morza do morza. Której macki jednak Belgii sięgają nadal, i to już nie historycznie i politycznie, lecz aktualnie, bo w wieku XX., i to macki dosłownie? 
Z zastrzeżeniem, że nie wiem, czy tak wypada mówić o rękach królewskich, czasami zamieniających się jednakże w macki w znaczeniu wiecie jakim. Jakim, dopytuje Roman? Ksenia, nie bójmy się się tego słowa. W znaczeniu macającym. Na poziomie międzynarodowym, a oprócz tego - seksualno - królewsko-arystokratycznym. Stąd już prosta droga do skandalu.
Prawdziwie wybuchowa mieszanka, stwierdzam. Wielki kaliber Ksenia, sprawa wagi państwowej. Gdzie, u nas na Sanżilu? Nie, głównie w Hiszpanii, ale za sprawą jednej labelż. Czyli w grę wchodzą stosunki międzypaństwowe, unijne, odpowiedzialności przed sądem, nie wiadomo jakim, przed historią i wyborcami. Galimatias się narobił. Będzie skandal, prorokuje Ana.
Może któraś mi wreszcie objaśni, o co chodzi, dopomina się Roman, niegustujący w skandalach, albo tak dobrze udający, bo jak żyję, a trochę tych lat się nazbierało, nie tyle, co u Any, ale zawsze; a więc póki i póty żyję nie widziałam nikogo, kto by się w głębi ducha nie interesował skandalami, albo skandalikami na skalę lokalną. A tu skandalisko międzynarodowe.
Chodzi o to, zaczyna Ana, że były król Hiszpanii znalazł się w opałach. Który, Hułankarlos? Owszem, Don Juan Carlos I o nazwisku de Bourbon, przepisz Ksenia bez błędów. To on już były? Tak, niby nie musiał abdykować, ale uległ namowom, by jednak odejść, bo trochę mu się nagromadziło za skórą. Kochanki, polowania, wystawne życie, niejasne poparcie polityczne w przeszłości, szwindle zięcia, córka oszustka - trochę dużo, jak na jednego króla. Wiadomo było, że lubi kobiety. Krążyły plotki, że ma nieślubne dzieci. Póki był królem, nic mu za to nie groziło. Ale teraz nie jest. I wybuchła bomba.
Wszystko zaczęło się od telewizji, doczytuję. Mama Ingrid ogląda sobie kiedyś tiwi belż, pokazują króla, a ona do córki: oto twój tatuś. I teraz ta córcia, Ingrid Jeanne Sartiau oskarża króla Hiszpanii, że jest jej ojcem. 
Nie po raz pierwszy go to spotyka, ale gdy był królem, chronił go całkowity immunitet. Ksenia, to znaczy po ludzku, że był praktycznie bezkarny. Hasał, oj hasał, wszyscy wiedzieli. Zofia w zamian rozmodlona, no ale wierności sobie nie wymodliła. Widać zła modlitwa, wtrącam, licho wie zresztą?
Teraz też dwór wpłynął na parlament i prędko uchwalono, że i po ustąpieniu z tronu króla nadal chroni częściowy immunitet, ale parlament chyba nie przewidział, że będą go ścigać za seksualne harce z przeszłości i zdaje się, że hiszpański sąd będzie musiał się poważnie zająć tą sprawą. Bo Ingrid przeprowadziła testy DNA. Wraz z nią - jeden taki Alberto z Hiszpanii, który także oskarża króla, że jest jego tatusiem. Dodajmy, że niezwykle czułym i kochającym, skoro skłonił matkę biologiczną chłopca, by ta oddała go do adopcji. 
Spłacili ją jacyś dworzanie, wzrusza ramionami Ana. Ohyda. W każdym razie testy Alberta i Ingrid wykazują, że są oni rodzeństwem w 91%. Co oznacza, że brakujące 9% wynika z różnych matek, a 91% - że są blisko spokrewnieni. Przez tatulka właśnie - prawdopodobnie, bo ten milczy. Znaczy się - rzecznik dworu milczy, bo co ma powiedzieć? Wstyd i hańba, a najgorsze to uciszanie i załatwianie spraw pieniędzmi.
Już mu tam świętobliwa Zofia kołki na głowie ciosa, stwierdza Roman. O, słusznie mówiłam, że i Roman całkiem nieźle zna się na rodach królewskich i takich tam plotkach. 
Pociosa dopiero, jak to się oficjalnie okaże prawdą! Na razie robią wszystko, by nie doszło do procesu. I dzieci burbonki pewnie dołączą, bo to będzie oznaczać, że po Europie, a kto wie, może i po innych kontynentach pląta się nie wiadomo ile burbonowej dzieciarni? Hułan lubił zapolować w Afryce na słonie, to może przy okazji i na co innego - kogoś właściwie - ustrzelił? Lub złapał na lasso, że umaję ten wpis od siebie. A czego by się jego oficjalne dzieci burbonki miały bać? Raczej nie tego, że Alberto, Ingrid czy nieznane bliżej potomstwo sięgnie po koronę. Co to, to nie. Ale pieniędzy mogłyby zażądać. Dużych. W ramach sprawiedliwości dziejowej, kojarzę?
Raczej tzw. zamknięcia buzi, tak Ana. Oficjalnie - w ramach spadku. Król jest stary, Hiszpania jest bogata, nawet jeśli w czasach kryzysu niby biedna. Podobnie jak Belgia, podobno. Pic na wodę, tak to widzi Ana. Do tego dochodzi rozgłos. Można napisać książkę, zagrać w filmie itp. Tantiemy lecą. Można sobie do końca życia wygodnie żyć z odsetek. Podobnie jak oficjalnie uznane dzieci od najwcześniejszych lat, zresztą. 
Czyli nie będzie labelż na tronie espańol? To i tak by było trudne, choć może mniej, bo podobno po zmianie konstytucji hiszpańskie królewny będą mogły zasiadać na tronie. Jednakże tylko te z prawego łoża, póki co. Urodzone w Hiszpanii, a nie w Belgii, nawet jeśli tu kiedyś Hiszpania była. Czasy się zmieniają, granice przesuwają, królowie umierają, ale etykiety trzymają się mocno. Nie dopuszczą Ingrid do królowania. Za to będzie bogatsza. 
Ale czy to oznacza jakiś polityczny problem dla nas tu, na Sanżilu, chcę wiedzieć? Albo tam, gdzie pałac, w Brukseli tysiąc? Póki co, nie. Przede wszystkim dlatego, że rodzina królewska zrobi wszystko, by sprawie ukręcić łeb i by macki Ingrid nie sięgnęły królewskiego skarbca w Madrycie. Gdyby były problemy, pewnie będzie interweniował dwór brukselski, gdzie przecież znają się na załatwianiu spraw z nieślubnymi dziećmi, kpi Ana. W Ingrid widzę jednak jakiś upór. I dobrze. Oko za oko, ząb za ząb. Macka za mackę.

Friday, 13 February 2015

(252) rekordy

Dobrze, że w roku nie ma 70 milionów dni, tylko około 300-400, jak mi się pałęta po pamięci. To i tak aż zanadto, jeśli chcieć wybrać dzień urodzin. Nie swoich, lecz swojego potomka lub potomkini, dodam dla pań na ef. Co z kolei trafia do konkursu na najpopularniejszy dzień urodzin. W okolicznościach Sanżila. Czego to ja dziś statystycznie nie wyczytałam!
Dni jest 365 lub 366 evtl., przypominam. I skąd wzięło ci się porównanie do 70 milionów Ksenia? Jakiś absurd, stwierdza Ana Martin. Nie bez kozetki to cytuję, odparowuję: przeczytałam wczoraj, że z gugla czy innego fejsa wyciekło 70 milionów rekordów. Bardzo mnie to zastanowiło, że co i jak, dotąd myślałam, że rekord to coś pojedynczego. A może chodziło o 70 milionów kategorii? Ach, to po prostu fatalne tłumaczenie z angielskiego, tłumaczy Ana. Szerzą się teraz takie nowinki językowe, bo piszącym nie chce się wysilić i poszukać polskiego odpowiednika. Stąd rekord, a chodzi o zapis. Cyfrowy zapewne. Czyli taki, którego nikt nie widział, ale który wycieka. To dopiero absurd.
Rekordy też wyciekły. Inne, w Belgii. Do prasy wyciekły. Mianowicie rekordy urodzin. Dane osobowe noworodków? Nie Ana, przecież dobrze używam, co to, niby złą tłumaczką jestem? Rekord w sensie najwięcej lub najmniej. Na dzień. Prasa, a za nią inne media ogłosiły, w jaki dzień w Belgii rodzi się najwięcej dzieci. I są rekordy w jedną i drugą stronę.
Ciekawam wielce, co wygrało? Ana. Jaka Ana? No święta Anna, Ana, Andzia, Anusia, Aneczka, Anka, Ania, Anulka i inne wersje, do wyboru, do koloru. Czyli 26 lipca. Ach, to nie sama Ana, ale także Grażyna i Mirosława, albo Mira i Sława osobno, plus mniej znane imiona, które co rusz dorzucają do kalendarza, dba o sprawiedliwość Ana nasza nieświęta. Ale też nieświętobliwa, uzupełnia sama zainteresowana. A ile to dzieci rodzi się w tym dniu? Średnio, statystycznie, rekord w sensie zapisu wynosi 1743 sztuk dziecka jednej lub drugiej płci, bez dyskryminacji.
Piękny wynik! cieszy się Ana. A potem, jakie dni? Kolejno: 20 grudnia, 20 września, 19 lipca i 6 września. Wszędzie ponad 1700 dzieciarni na dzień. Śmiesznie. Co śmiesznie? Że ten lipiec i wrzesień tak dominują. Nijak nie można tego połączyć z jakimś dniem wolnym 9 miesięcy wcześniej. 20 września to jeszcze od biedy zwalamy na Boże Narodzenie, 20 grudnia na Wielkanoc, jeśli korzystnie wypadnie. Ale 19 lipca? To ci zagadka dopiero! 
Może początek jesieni, proponuje nieśmiało Roman. Konieczność grzania się w domu, czyli? W łóżku nawet. Hmm. Kto wie, kto wie, zastanawia się główny urząd statystyczny w postaci i osobie Any. Biorąc pod uwagę lokalny poziom ogrzewania domów, to możliwe. Za to 20 grudnia to moim zdaniem pic na wodę, wywoływane porody, by na święta być w domu. Że też w niewierzącej Europie taki zabobon jest możliwy w ogóle.
Ojroka! Ksenia, Eureka, ile razy mam powtarzać, zżyma i wyżyma się Ana. Co cię tak olśniło? Ano, dlaczego na 25 grudnia przypada z kolei absolutny dołek urodzinowy. Bo 20 szczyt, to już nie ma się kto rodzić, tylko te najbardziej oporne na namowy lekarskie matki się ostają.  Faktycznie, tylko 877 nowych lebelż lub potencjalnych lebelż, którymi staną się  - lub nie  - w wieku 18 lat, bo póki co - nieświadomych pochodzenia obcokrajowców, spogląda do tabeli Roman. 
No tak, nikt nie lubi spędzać świąt w szpitalu, to pewnie wywołują porody na siłę, by razem do stajenki lub żłobka. Bo nie sądzę, by to dało się naturalnie osiągnąć. Lekarze stosują tzw. delikatny nacisk, bo chcą mieć wolne w święta..ale ja się nie dałam, dumnie podkreśla Ana; i teraz wiem, że lajkuję święta w szpitalu. Bardzo sobie chwalę, chwała chwała i to nie na wysokościach wcale, była, tylko dołach statystycznych! I Groszkowi też to na dobre wyszło, choć na całkowitą depresję nie chciał trafić, więc tylko na pochyłą, z 23 grudnia w paszporcie.
Ana, a przecież i Iwonek też w świątecznej atmosferze się pchał, przypomina Roman. Dobrze, że świadom statystyk widać, opóźniał, jak się dało i nie dał się namówić na 15 sierpnia, lecz zgodził  - po długotrwałych negocjacjach - na 16. Trudne to były negocjacje, ale doszło do porozumienia, cha cha, święta i świętobliwa prawda. 
Ja też dobrze, że nie belż się rodziłam, ani Roman, oblicza Ana. Same doły statystyczne zapełniliście, kiwam głową. Olśniewa mnie znów: to i nic dziwnego, że z Martinów ślubni, mimo że bez ślubu prawdziwego, ale lepsze to, niż nic. Szuka swój swojej i na odwrót wicewersa, to i znalazł i znalazła. Mniejszości ciągną do mniejszości. Statystycznie. Wszyscy oboje świąteczni, dobrze, że dzieci nie dały się wpuścić w kanał i siłą walczyły o inne daty. 
Z kanału się raczej dały wypuścić, jeśli już, uśmiecha się Ana. Ale nie na święta. Jak to ktoś powiedział: przynajmniej będą mieć urodziny. Bo co za (u)rodzina bez urodzin. Po datach - święta prawie. A po słowach - nieświętobliwa wręcz. Też rekordy bije. I jak to zapisać rekordem w jednym zdaniu?