Thursday, 26 March 2015

(275) waterlooooo

Mówi się, a nawet śpiewa, znaczy się, ci co umieją i pamiętają dobrze, a nie jak ten pan z polityki, co się mylił; a więc właściwie jest tak, że z ziemi włoskiej do polskiej i węgierpolakdwabratanki. Ale nie tylko. Szukałam, szukałam i znalazłam kolejny punkt wspólny między Sanżilem i Polską A-B-C. Waterloo. Po kupach ulicznych to już wręcz drugi w tym tygodniu.
Zainspirowała mnie, ładne nowe słowo w moim słowniku internetowym, Ana Martin. Gdyż opowiadała ostatnio, że oprócz bicia rekordów ginesa, przemarszy na czech króli KMB, Polska słynie ostatnio z innych sportów, a mianowicie odgrywania bitew. Faceci się nudzą. Za dobrze mają i już. Nie na darmo i na Sanżilu rodzi się więcej chłopców, w tym u nas, heloł, pamiętacie przecież! 
Duch wojenny krąży więc nie tylko po całym tym kraju, ale i dotarł na zachód. Rosną nastroje bojowe.
W Polsce podobno, gdzie się coś tam w historii odbyło, tam teraz się to odgrywa. Grunwaldy itepe., pamiętacie? Ja w sumie nie, ale się nie przyznaję, bo w roku wyborów nie wypada nie być patryjot(k)ą. 
To i na Sanżilu wzięłam się za siebie i dokształciłam w kwestii historycznego co i jak. I wyszło na to, że taki tutejszy Grunwald to Waterloo.
Tak, zapisałam od razu dobrze, bo okazało się, że to tak jak ta ulica koło nas. Dosłownie, doprawdy, skąd miałam wiedzieć. Koło Stefana. Było skąd spisać. Z szyldu, o rany no. I nie tylko to! Bo Waterloo to też miejscowość. I nie tylko to! Bo to także miejsce, gdzie odbyła się wielka bitwa. I nie tylko to! Bo równo 200 lat temu. I nie tylko to! Bo z tej okazji Belgia świętuje. 
Choć wcale wtedy Belgii nie było, uzupełnia moją wiedzę Roman. A gdzie była? W rozsypce. pod podziałami. Za to Waterloo leżało, gdzie leży. Napoleon - cesarz jeden taki i owaki - przegrał tu w 1815 r. wielką bitwę. Po czym upadł. To było takie jego łoterlo właśnie. Waterloo, przepraszam.
Francuzi dotąd się z tej porażki nie podnieśli, jak się okazuje. Patrzcie, co znalazłam. Otóż z okazji 200-lecia bitwy lebelż zaplanowali wybicie 2-ojrowej monety upamiętniającej to wydarzenie. Ładna mogłaby być, militaria są modne, wtrącam, nawet chustę mamy taką wojskową od babci szydełko. 
Owszem. Z monetą by ładnie wyglądała. Ale tylko by. Bo rocznicowej monety nie będzie.
Co, materiału zabrakło? Srebra i złota? Nie. Woli politycznej. Bo oto Francja oficjalnie zaprotestowała przeciwko upamiętnianiu przez strefę ojro, euro ow nazwie pisanej, a więc przeciwko podkreślaniu pieniądzem w gotówce ich porażki. No co ty? Tak. W oficjalnym piśmie napisali, że nie wzmacnia to europejskiej wspólnoty. Podświadomie i świadomie tak myśli Francuz, sąsiad zza miedzy.
Oho: nie będzie łatwo, jak 18 czerwca dojdzie do odgrywania bitwy. Oj oj, kto ją wygra? Przecież nie Napoleon, on to co najwyżej w grobie się przewróci. 
A co z monetą? Zapłacimy tym Waterloo? Nie. Belgia podkuliła ogon, by nie denerwować wielkiego brata i monety nie wybije. Zacierają za to ręce Anglicy, którzy podchwycili okazję, by wyśmiać tych zza kanału. I tak to historia zatoczyła koło. Belgia znów miejscem bitwy narodów. 
Jest jedna różnica. Polacy w 1815 r. też walczyli - z tego słyniemy, wiadomo, pierwsi do bitki, nieustraszeni gnają na koniku jednym z szablą na czołgi. Wtedy nie mogli jednak kłusować pod naszą biało-czerwoną. Bo Polska jak Belgia, w rozsypce była. Za to teraz oba kraje pięknie pozbierane do kupy, to i łoterlo odniesiemy z naszym orłem na piersiach. W koronie. Już słyszę huzarów, jak nadciągają pod okienko. Za wolność naszą y waszą, mówi Ana, podkreślając y.

Wednesday, 25 March 2015

(274) kupy

Słońce. Owsze, bywa niezaćmione, w pełnej krasie. Wtedy też w pełnej krasie widać i brukselskie śmieci. Na chodnikach - rozwalone worki. Na trawnikach - kupy. Przy krawężnikach - resztki wyżej wymienionych plus co się nie zmieści w rynsztoku. Rozwalone lub nie, zależy, czy pieszy dojrzał na czas. Albo nie zechciał kopnąć, jak się zdarza Iwonkowi.
Na plażach - butelki i niedopałki. Były, bo podobno wysprzątane. O tym wczoraj, z intencją i interpretacją taką donosiłam, że mianowicie, że dobrze, że ktoś się za to wziął. Za te ostatnie śmieci, znaczy się, plażowiczów. Ale to nie starczy.
Ja to bym poszerzyła tę akcję, jak nie na teren polski, to przynajmniej wszystkie narody belgijskie. Wszystkie czy, w tym niemiecki najmniejszy oraz emigrantów. By razem posprzątać kraj, co z tego, że czasami traktowany jako nie swój. Wszystkie kupy nasze są, bo każdy ma równe szanse w nie wdepnąć.
Oczywiście rozumiem serferów, że sprzątanie ojczyzny-nieojczyzny zaczęli od petów na plaży czy butelek. Owszem, cieszy i to sprzątanie, lecz nie oszukujmy się: takie śmieci to akurat łatwo zebrać. Można nawet się przy tym usmiechać do paparaci. Trafić na łamy prasy lub wręcz do internetu. Nie to, co u nas na dzielnicy. Tu uśmiech gaśnie.
Bo tu to akurat ciężka artyleria, jak twierdzi Ana. Śmierdzący temat - wprost i dosłownie, że pozwolę sobie odpowiednie dać rzeczy słowo, jak poetka normalnie jakaś noblistka. Tak, ze zrozumieniem oświadczam: serferzy nie wzięli się za wszystkie śmieci, bo za niektóre kupy to się już po prostu nie da. Kto bywa na Sanżilu i w okolicznościach, ten i ta wie, o czym mówię. Sprawę zbadałam własnym szkiełkiem i okiem, do tego po solidnym deszczu. 
Część zmyło, a części nie. Nic dziwnego, że na odcinku kup nie starczyło mocy przerobowych. Jak to objąć rozumem i szczotką? Tym samym sytuacja na polu psim pod domem nieoczekiwanie upodabnia Sanżil oraz bogatsze okoliczności, jak iksele, ukle i woluwy, tak tak, tam też kup od groma, do tak zwanego tego kraju; według Any Martin tak często określa się zbiorowo, czyli razem, Polskę A i B do kupy, gdy chce się podkreślić, że tak dalej być nie może. Naszym zbiorowym gromadnym zdaniem w kwestii kup na Sanżilu też tak dalej być nie może, ale co z tego, skoro nie interesują się nimi ani psiarze, ani serferzy właśnie. 
Była szansa na zmianę nastrojów  przypomina Ana, ale do kup nie doszli. Bo śmieciami zainteresowały się władze gminne, a chyba nawet regionalne. Tyle że w złą stronę. Prognozuje, że za rok na wiosnę będzie jeszcze więcej śmieci, bo mniej dni zbierania worków. Przybędą co prawda nowe rodzaje śmieci, tak zwane gospodarcze, ale już ja widzę, jak je kto tu będzie odpowiednio wkładał. Kupami nie zainteresował się nikt. Nie pozostaje nic innego, jak liczyć na porządne belgijskie deszcze.


Tuesday, 24 March 2015

(273) wiosenne porządki

Bardzo to miłe z ich i naszej strony, że młodzież i starsi w dzisiejszych czasach nie tylko siedzą z nosem w internecie, ale czasami poserfują też po realnej rzeczywistości. To ważne, by zachować połączenie ze stałym lądem. Tak jak ja. Bo serfuję ci ja sobie po kompie, serfuję, serfuję, a tu zdjęcie z plaży. Normalnie w marcu, tak.
Patrzę ci ja, patrzę, a tu śmieci zbierają. Do zielonych worów. To hyc do tekstu i już wiem. Po raz czwarty zbierali w weekend na belgijskich plażach. Serferzy śmieci. Podobno najstarsi górale przepowiedzieli już bowiem, że w tym roku po wiośnie nadejdzie lato, nawet najgorsza zima i posucha się kiedyś kończą, więc czysta plaża będzie może nawet akurat na czasie; zastanawia mnie jednak, czy serferzy naprawdę nie widzą bliżej siebie terenów godniejszych oczyszczenia z tego i owego? Co ma serfowanie do morza?
Jak to co, Ksenia? A po czym się serfuje? Po kompie? Ekranie? Internecie? Po tym wszystkim razem wziętym od razu? No też, zgadza się Roman, ale przede wszystkim - po wodzie. Po morzu. po falach, po tym wszytkim razem wziętym właśnie. Tym zajmują się serfujący, w oryginalnym przez y znaczeniu słowa. 
Dla siebie czyścili więc plaże, by dojść do morza suchą nogą? Nie suchą, tylko czystą, poprawia Ana. By w coś nie wdepnąć zawczasu i nie zabrudzić deski wartej grube tysiące. Ale i tak myślę, że dla ogółu. W końcu społeczeństwo obywatelskie, co?
Ach, wszystko jasne teraz. To stąd to zainteresowanie papierosami, nawet jeśli to tylko niedopałki. Społeczeństwo obywatelskie. I stąd te radosne zdjęcia znad morza w dzisiejszej prasie.
No tak, bo jest się czym pochwalić. Wyobraźcie sobie, że w kilka godzin zebrano 6,5 tony śmieci. Głównie rękami dzieci. Taki mały ochłap. Jaki ochłap, dziwię się? Nie ochłap, ohape, ochotniczy hufiec pracy, śmieje się Roman. To z komuny, wyjaśnia Ana.
Tyle ton ci ochłapowcy zgromadzili w niecałe cztery godziny? doczytuję zdumiona. Nizłe ochłapy uszczknęli. Sześć i pół, fiu fiu panie dziejku, fakt, potwierdza Ana. Chyba nie oszukiwali na wadze, jak w Łapach przy ważeniu płodów rolnych kiedyś dawno? szukam gorączkowo przyczyny. Pewnie nie. To z samych butelek lżejszych właściwie niż powietrze wyszło? Na rekord ginesa szli chyba. Coś mi się wydaje, że to Polacy sprzątali, ci to lubią bić rekordy, na Małysza papatrzcie plus Polak musi lepiej od sąsiada; ale że słownie sześć i pół tony? Dużo, co?
Z samych butelek lżejszych właściwie niż powietrze to nie. Nie lżejszych zresztą Ksenia, za to w wersji niesprzątnieętej zalegających na wodach oceanów całe wieki. Gdzie by trafiły na przykład z Morza naszego Północnego. Podobnie jak niedopałki - może nie całe wieki, ale śmierdzi toto okrutnie i sprawia, że nie ma gdzie nogi postawić, albo nóżki dziecięcej co gorsza. Fajnie, że zorganizowali taką akcję! I jakie fajne zdjęcia, jak grzebią w piachu.
Fajnie, cieszy się Iwonek. Glabki, łopata i wiadelo. I zielony wolek, okej mama.
Oj, to za rok pojedziemy też, co? Niech się dzieciaki uczą, co dobre. Szkoda, że w tym roku nie pisano zawczasu o tej chwalebnej akcji sprzątania zapoczątkowanej falą entuzjazmu, czy jak to się zwie z łacińska, z pierwszą niedzielą wiosny.
Dobra, pojedziemy. Mam nadzieję tylko, że by zbierać - nie trzeba należeć do klubu serferskiego, albo mieszkać w odpowiedniej komunie, gdzie będzie akurat nabór na serferów, sprowadza nas z wód wyobraźni na twardy ląd Roman. Znacie Belgię, zawsze podziały; z drugiej strony jednak sukces wielki, więc kto wie, może za rok może naród pójdzie za ciosem i będzie narodowe wezwanie do sprzątania plaż i na Sanżilu, mimo że to nie tu i nie w tym dialekcie się odbywa?

Monday, 23 March 2015

(272) dziadostwo

Eklips. Przeszło jak burza, choć było to zaćmienie. Widziałam, owszem, słoneczny rogalik za księżycem w kuli. Przeżyłam, nie oślepłam, choć patrzyłam prosto w słońce. Za chmurami, jak to na Sanżilu, ale heloł, i to okej, co? W ten sposób zaćmienie sam raz wpasowało się w polskie narzekanie. Dziadostwo, jak krótko określa to Ana Martin.
Dawno nie widziałam takiego koncertu skarg i wniosków, powtarza tylko od piątku, kręcąc głową ze zdumienia. Bo koncertem życzeń się tego nie da nazwać, Ksenia. Z ust rodaków, a jakże. O co ci chodzi dokładnie, dopytuje Roman, chyba zaniepokojony jej stanem. O skargi i wnioski dotyczące nieustającego życzenia znajdowania się gdzieś indziej. Które może i jest ogólnoświatowe, albo przynajmniej europejskie, nie wiem, ale nasze - na pewno. Obawiam się, że niedługo zaczną nas nawet po tym poznawać. I wyśmiewać.
Do czego to podobne, by świadomie emigrować, wyjeżdżać znaczy się, Ksenia, i cały czas być tylko niezadowoloną? Lub - ym? Ymi, w pluralu, niezadowolonymi Pol(a)kami. Z Belgii w całości i szczegółach. Że pada. Że brudno. Że chmury. Że zimno - w domach i na dworze. Nie wiadomo, gdzie bardziej, bo te belgisjkie domy, ach, sami wiecie, ogrzewania nie mają, a zbudowane to tak, że szkoda gadac. 
Poza tym, wiadomo, stała litania: drożyzna, bałagan, niezrozumiałe języki, biurokracja, a w ekstremalnych przypadkach - jeszcze skarga na zjednoczone narody świata, bo tu to nic tylko Flamaki/Marokanie/Portugale zabierający pracę, żebrzący Cyganie, Arabki w chustach, nieroby jedne, tylko dzieci potrafią robić. Jezu, głowa odpada.
W piątek gadano przynajmniej nie na skład narodowościowy, bo wiadomo, zaćmienie przyćmiło wszystko. Padło więc na pogodę. Że ciemno od rana. Że nic nie widać. Że taka okazja, a my tu nic nie zobaczymy. A na okulary za czy ojro się wykosztowaliśmy, dzieci trzymamy pod kluczem, by nie oślepły nagle, ajfony w pogotowiu, a tu: Belgia panie. Nic nie widać. 
Sam słyszałem na korytarzu: w Polsce to by dopiero było widać, że hej, wtrąca Roman. Bo Polska to wiadomo, słoneczny biegun Europy, szczególnie tam, gdzie gęsty smog.
A było widać i na Sanżilu przecież, sama widziałam i cyknęłam coś tam nawet nie-ajfonem, dziwię się. Pewnie, że było, każdy się mógł napatrzeć. Oczywiście pod warunkiem, że patrzyło się w niebo, a nie narzekało na fejsie albo nad kawą. Owszem, niebo było z chmurami, ale tak zdrowiej. I tak nikt by nie wytrzymał z nudy, gapiąc się przez godzinę w górę. To nie na nasze karki i lędźwie. Ale oczywiście wśród Polaków panuje inne przekonanie: nie patrzyliśmy się, bo nie było po co. Bo ta Belgia to jedno wielkie dziadostwo panie.
Ana, a co podejrzewasz, gdzie ci wszyscy narzekający chcieliby być? Ha, to jest właśnie zagadka. Bo że w Polsce - to nie. Wstyd wracać, no i w Polsce też jest brudno jednak, poza tym Cyganie kradną dzieci, a Ukraińców i innych Ruskich to już w ogóle nie zliczysz. Aha, i mafia jeszcze rządzi. Gdzie więc? W Niemczech? Ależ skąd, u Szwabów i hitlerowców? Niemcom to Polak tylko zazdrości w skrytości ducha. We Francji? Zwariowałaś? Żeby żaby zajadać? No i tam tylko Arab na Arabie już, terroryści jedni, Francuzów wybili. W USA? Niby tak, ale Stany się skończyły, Murzyn prezydentem, zaćmienie zupełne umysłów.
To gdzie?
Nigdzie, zgaduje Roman. Owszem, nigdzie, przytakuje Ana. Bo narzekający zawsze coś znajdzie na nie. Tylko we własnym domu i ogródku mu dobrze. Pod własnym słońcem i zaćmieniem, o ile. Choć własny dom też już nie ten, bo na kredyt we frankach. Dobrze, że nie belgijskich, panie, to by nas dopiero złupili panie. Dziadostwo, wszędzie dziadostwo.

Thursday, 19 March 2015

(271) zaćmienie

Nadciąga. Nieuchronnie. Już jutro tu będzie. O tej porze, o której to czytacie dziś, może wcześniej, może później. Sprawdźcie. 10. 34. 10:34. Godzina 10 34. Rano, nie 22. Na Sanżilu, według mniemania Any Martin, w zapisie to 10h34. Nie zmienia to niestety nic a nic faktu, że będzie. Zaćmienie. Koniec świata.
Dlaczego niestety. Ksenia? Ciesz się, że będzie! widzę, że na dzielnicy wszyscy oprócz mnie są w podskokach. Takie zaćmienie nie zdarza się zbyt często, raz na kilkanaście lat, jeśli mnie nie myli moja 40-letnia pamięć, stara się zapanować nad swoją głową Roman. Wspaniale, że tym razem nie wypada w nocy, żartuje Ana. 
W nocy nie ma słoneczka, woła Iwonek. Patrzcie, jaki rezolutny.
Masz rację synku, na to Ana, chodzi mi o taką noc, kiedy już jest trochę jasno, Iwonek chce wstać, a rodzice wcale nie. Teraz za to wszyscy będziemy na chodzie, choć w żłobku już pewnie się będą zbierać do obiadu, a jak będzie kończyło ćmić - to i spać. Wszystko się dzieciarni pomiesza, wzdycha Ana. Ach, ta astrologia, tak to się nazywa.
Nie astrologia Ksenia, tylko astronomia. Astrologia to czytanie z gwiazd, takie ściemy, najogólniej mówiąc. Wiedza o planetach itepe to astronomia. A takie zaćmienie w dzień, w porze lekcji, to wspaniała okazja na nieoczekiwaną naukę na własnej skórze. No, może własnymi oczyma. Szkoda, że nasze chłopaki nie są jeszcze w szkole, żałuje nagle Roman.
W szkołach szaleństwo podobno, zasłyszałam dziś, przypomina sobie Ana. Straszą tam na potęgę ślepotą. Dzieci się nie boją, rodzice za to - bardzo. Przemysł szklarski i optycy zacierają ręce, to im się gratka trafiła! Jak z nieba spadła, można powiedzieć. 
W postaci jakiej, dopytuję. Gołębicy tej biblijnej to nie, powątpiewa Roman. W postaci okularów czy ojro od sztuki, czy drogo, to tanio, to dyskusyjne, i czy działają - też. Tak czy owak wykupiono już w całym kraju, a pewnie i Unii oraz Europie i gdzie indziej. Każdy, kto żyw, chce popatrzeć, jak się będzie działo.
Tymczasem patrzeć za bardzo nie wolno, nawet w tych okularach tylko czy minuty. Ale na co patrzeć? Na słońce, Ksenia, albo: w słońce. Zacienione księżycem. Do 82% u nas na Sanżilu.
To znaczy, że będzie na co patrzeć, czy właśnie nie? Zależy, śmieje się Roman. Jeśli byś chciała spoglądać na słońce, to zobaczysz - zakładając, że będzie dobra pogoda - tylko 18%. Znaczy się, o tej 10:34. Potem zobaczysz już więcej, aż około 11:30 wróci całość. O ile wróci oczywiście, bo to Belgia i różne chmurzyska może nawiać bardzo szybko. Prognozy są różne już teraz.
O, czyli słońce wróci akurat, jak żłobkowicze będą się kłaść spać, cieszę się; to już na mur beton wszystko się im pomiesza. Wesoły piątek się zapowiada w tych okolicznościach, nie ma dwóch zdań, kwituje Ana.
To oglądamy to zaćmienie, czy nie, chcę wiedzieć. Roman na komisji, to i tak ma zaćmienie w biurze na okrągło, a na pewno przyciemnienie. Chyba urzędy będą musiały wylec na plac, co? Tusk zarządzi pewnikiem. My we dwie tu możemy sobie stanąć z wózkiem przy parwisie. Czyli we troje. Nas troje. A okularów - ich troje. Par. Po polsku tak dziwnie.
W okularach spawacza z briko staniemy, jak poradziła jedna znajoma doktorka. Co Ksenia? Będzie ubaw.
Chyba z niej nie inżynierka, śmieje się Roman. Zresztą pewnie też już naród wykupił. W goglach pójdźcie najlepiej. Równie egzotycznie się wygląda, a przynajmniej miękkie gumy. 
Co - ta miętkość - oczywiście i tak nic nie zmienia w obliczu końca świata. Bo choć media zapewniają, że w południe już będzie po wszystkim - ja nie wierzę. Prasa kłamie, a i wszystkie znaki na niebie i ziemi będą wskazywały, że coś się dzieje. Na ziemi właśnie. Obyście zdążyli przeczytać to do końca. Byle by światła starczyło. Strach mnie ogarnia. Cicho wszędzie. Ciemno wszędzie. Co to będzie, co to będzie?

Wednesday, 18 March 2015

(270) kontenery

Dotąd w Belgii w barakach mieszkały tylko przedszkolaki. Donosili też o żłobkowiczach, ale zdaniem Any Martin była to albo miejska legenda, albo pobożne życzenie co większego wariata. Ale że wszyscy są równi, szczególnie w demokracji, koniec z uprzywilejowaniem dzieciarni! Już wiemy, że do baraków trafią i starcy. W córczynych lub synowskich ogródkach.
Oczywiście nikt nie mówi o barakach, to by było zbyt nieeeleganckie. W końcu wojna była i tu. Ale baraki okazują się przydatne, tak by więc zawczasu z nich nie rezygnować, w zapobiegliwej Flandrii radni zwrócili się do speców od marketingu. I baraki ochrzczono nazwą: kontener. Po zachodniemu bardziej jakby.
No tak, nazwa dużo zmienia, jakbym ja swego czasu pracował w Luksemburgu w kontenerze, a nie baraku, to by mnie może dotąd na Sanżilu nie było, wspomina Roman. Kontener to takie lepsze pudło, od razu inaczej się w czymś takim przesiaduje. No ale żeby zamieszkać na stałe? Trochę przesada, krzywi się Ana. Chyba komuś tu przygrzało za bardzo.
Co to za pomysł w ogóle? chciałabym wiedzieć. Z braku laku, a raczej miejsca. Wiadomo, że wszystkie państwa europejskie borykają się z problemem starzenia. W Belgii nie jest tak źle, głównie dzięki emigrantom, którzy chętniejsi do rozrodu niż lokalsi, ale nawet tu sytuacja nie wygląda różowo. A że kraj znajduje się dodatkowo w czołówce długowiecznych społeczeństw, to trzeba coś robić ze starymi ludźmi. Młodzi muszą. W tym Martinowie, co już nie tacy młodzi, za to z małymi. 
Stąd pomysł na takie przenośnie mieszkanka. By starych sprzątnąć z widoku. Każdy u siebie zamiecie rodziców do ogródka. Wolnoć Tomku, a co!
Przepraszam bardzo, dziwię się  - to już w domu u siebie nie mogą mieszkać, albo u dzieci, nawet jeśli skłóceni na śmierć i życie? Widzisz, mówi zadumana Ana - nowoczesność polega także na tym, że ludzie się mniej sobą przejmują. Radź sobie sam. W Belgii widać to nawet bardziej niż w Polsce. Sama widzisz, że żłobki przepełnione. Niby matki z belgijskiego rynku pracy narzekają, że muszą wrócić do pracy, jak dziecko ma niecałe 4 miesiące, ale ja sobie myślę, że tak naprawdę duuuża część wcale tego nie żałuje. W ten sposób dziecko wpada w system. A matka ma tzw. czas. 
Potem szkoła, studia, praca i tak przez wiele lat. Mało czasu na budowanie więzi. I efekt taki, że na starość dziecko, to oddane niegdyś w objęcia systemu, wcale nie czuje obowiązku wzięcia do siebie mamusi czy tatusia. Oczywiście nie wszyscy, ale pełno tego wokół.
Do tego dochodzi straszliwe zimne wychowanie, to, co u nas zwało się pruskim, a należałoby nazwać: francuskim. Nie ma czasu na czułości, dalej iść, dalej! Osobno, bez oglądania się na innych. Niech żyje indywidualizm!
Aha, i przez to indywiduum coś tam kończy się w kontenerze? nie pomyślałabym. Nie, w ten sposób kończy się w domu starców, a nie u córci lub syneczka  ale że starców więcej niż domów, trzeba szukać rozwiązań. Praktyczni Flamandowie odkryli, że w przydomowych ogródkach jest mnóstwo niewykorzystanego miejsca. Tanio i u siebie. To i rząd zlecił odpowiednie badania, bo bez tego dziś ani rusz, no i podobno do kontenerów wkrótce mają się wprowadzić pierwsi lokatorzy.
Jak one będą wyglądać? zastanawia się Ana. Podobno będą wspaniale wyposażone, zgodnie z życzeniem przyszłych lokatorów. Na wymiar dopasowane.
Najlepsze zostawiam na koniec, obwieszcza Ana. Myślałam, że padnę. Przeczytajcie to sami, rzadki przypadek hipokryzji: mianowicie tłumaczenie, że mając kontener w ogródku, można będzie się łatwiej, szybciej i przyjemniej zaopiekować mamusią lub tatusiem. Noooo, liczę jednak, że Iwonek i Groszek nas nie wygonią za próg, co? zastanawia się Roman.
Właśnie, zaraz, dlaczego nikt nie wpadł na to, że jeszcze szybciej pójdzie, jak domowi starcy będą po prostu w naszym domu? dziwię się. Bo rozumiem, że jak jest ogródek, to i dom? I ileś tam szambr a kusze? W tym jeden zawsze stojący wolny, dla gości, którzy raczej nie przyjeżdżają, bo nikt ich nie zaprasza w imię tego indywiduum właśnie?
W tym sęk Ksenia, że tych starszych ludzi nikt tak naprawdę u siebie nie chce. A gości - to nawet młodych. Ludzie to teraz kłopot. Żadne indywiduum nie jest dobrze widziane, kiwa głową Ana. Spece do marketingu dobre to pojęli, a i radni, którzy to przegłosowali, znają nastroje społeczne. Wiedzą, że nikt się nie pali do wzięcia rodziców pod swój dach. Tak naprawdę chodzi tylko o pieniądze. Kontenery są tańsze, niż murowane domy. Można je przenosić i jak ktoś umrze, znów użyć. Brzmi to strasznie, ale zobaczycie, że to będą kontenery wielokrotnego użytku. Już wiadomo, że będzie je można kupić lub wynająć. Jak senior się znudzi - to się najwyżej umowy nie przedłuży.
Słowem - brr.
Do kontenera trafiłeś do żłobka i do kontenera wrócisz. 

Tuesday, 17 March 2015

(269) pasy

Jakie czasy, takie statystyki. A na komisji, gdzie robi Roman - także i statystki. Nie zmienia to faktu, że na przednówku instytucje belż i komisyjne muszą mieć podstawy do podsumowania pierwszego kwartału, to i piszą sprawozdania na potęgę. Na przykład odbyło się pierwsze narodowe badanie dotyczące przechodzenia na pasach - na Sanżilu i tego typu okolicznościach.
No proszę, widzę, że instytut bezpieczeństwa na drogach dostarcza nam ciekawych danych. Najpierw o rowerzystach, teraz o piechurach. Co dziwi trochę, że w tak gęsto zaludnionym i zatłoczonym autami kraju dopiero po raz pierwszy przeprowadzono takie badanie. Widać wcześniej albo nie było takiej potrzeby, albo wychodzili z założenia, że karni lebelż będą chodzić tam, gdzie się im namaluje pasy. Ale czasy i skład ludności już nie ten, pani, kiedyś to były inne czasy i inni ludzie, mówi wszak niejeden i niejedna, to i w Belgii zachowanie na drodze już nie to, co dawniej. No i w komisji też lubią nie tylko statystki, ale i porządne statystyki na papierze, im dłuższe, tym lepsze.
A co badali na tych pasach, piszą? Głównie, ile osób przechodzi na czerwonym, a ile jednak nie. Gdzie się to dzieje. Czy wzrosło im, czy spadło. Tym przechodniom lebelż, znaczy się.
I jakie wnioski? Że wzrosło. Wszystkie wskaźniki wystrzeliły w górę, jak krokusy i inne przebiśniegi na wiosnę, przebijając ostatnią znaną średnią z 2008 r. Wtedy na czerwonym przechodziło 10,5% człowieka na pasach. W 2014 r. - już 13 całych procent tych znajdujących się na pasach. Tak wynika z 1320 momentów obserwacyjnych, jak to udanie nazwano w sprawozdaniu, zorganizowanych w 9 najgęściej zaludnionych miastach Belgii, i to niezależnie od dialektu, w którym się tam przemawia.
Co za porozumienie ponad pasami, można by powiedzieć! Ja tam popieram, że akurat w takiej sprawie  nie dzielą wszystkiego na politykę, wydyma wargi Ana. Patrzcie, co tu piszą: w jednej szóstej wypadków z udziałem przechodniów, człowiek znajdował się na oznaczonym przejściu dla pieszych. Teoretycznie do tego wypadku miałoby właśnie nie dojść.
Ale doszło. Bo lezą, choć stać by mieli.
Nooo, Ana, coś ci to przypomina? pyta z niewinną miną Roman, spoglądając na ślubną. Biję się w piersi, bije się w piersi Ana. Mnie samą, mianowicie, składa samokrytykę. Bo lubię przejść na czerwonym, oj lubię, ale oczywiście tylko wtedy, gdy ma dobrą widoczność i dokładnie widzę, że nic nie jedzie.
Oczywiście to jest tu tylko jedno: zapominasz o tym, że jeden lub drugi idiota może wyskoczyć zza rogu z taką prędkością, że ani ty nie uskoczysz, ani wózka buzka nie ocalisz. Ale co ja cię będę uczył, inteligentna to akurat jesteś i wiesz, że źle robisz. To dla takich jak ty ten raport. Może ci oczy otworzy.
Jakieś inne dane może? Proszę bardzo. Najgorzej w aglomeracjach - 21% przejść odbywa się na czerwonym. Co ciekawe, niektóre przejścia kuszą bardziej niż inne - różnice wahają się od 15 do 30%. Co daje średnio 80% bezpiecznych przejść, jeśli spojrzeć na to z drugiej strony.
Najbardziej zadziwiło mnie, że najgorzej jest na przejściach z guzikami. Coś złego się budzi w przechodniu, jak ma odczekać swoje. Nogi świerzbią, by łamać prawo. I najczęściej łamie. Tak samo do złego kusi brak hałasów, czyli pikania, kukania lub innego ćwierkania przez światła. Może podświadomie czeka się na muzyczkę? Jak żłobkowicze po leżakowaniu?
Napisali, co wpływa na bezpieczne pasowanie? Tak. Widoczne pasy. Namalowane ma być, a nie takie rzadkie białe klocki, jak ułożone na brugmanie przykładowo. Szerokie przejścia. Oświetlone. Ze światłami koniecznie, a najlepiej - z sekundnikiem, by wiadomo było, jak szybko przebierać nogami. Ja to takie jedno naliczyłem w Brukseli, na sztuce i prawie, czyli przy stacji metra. Może po tym raporcie miasto pójdzie po rozum do głowy.
Mnie natomiast interesowałoby, czy podliczyli może, kto głównie łamie przepisy na pasach? Jakiś podział na narody? Zorganizowali takie obserwacje? To byłby rasizm, więc nie, ale ja osobiście sądzę, że przodują nasi. Lebelż? I lebelż, i nasi stamtąd, czyli Polacy. Jakaś taka wrodzona niesubordynacja panuje w narodzie, to zawsze wychodzi na wierzch w miejscach, gdzie bezkarnie można zrobić coś po swojemu. Na wierzch na pasach wychodzi. Poezja.
Co to ta niesup...acja? Fantazja ułańska i poczucie bezkarności w jednym. Jak Ana. Hej, aż tak źle ze mną nie jest, po ułańsku nie szarżuję, ale fakt, lubię się nie podporządkować. Po polsku, kwituje Roman. Jak się uda, to sukces narodowy. A jak nie uda - to wiatr w plecy. Oj Ana Ana. Dopasuj się do norm społecznościowych na pasach, jak wzywa instytut, bo zginiesz.