Belgikanie i belżityd mogą sobie kwitnąć pełnią w tym pięknym maju, ale jedno nadal pozostaje niemożliwe: policzenie le i labelż pod względem językowym. Ale Polak potrafi, można by powiedzieć, gdyby to niebelgijska główka pracowała. Stołeczna. Bo to tu wpadli na pomysł przeliczenia mieszkańców metodą podatkową.
Sposób tak banalnie prosty, że faktycznie dziw, że nikt nigdy na to nie wpadł, kręci głową Ana. Iwonek potwierdza, kiwając główką.
Mianowicie wyglądało to tak, że sięgnęli do archiwów i sprawdzili, do kogo piszą w jakim języku. Nie wiem, czy to dane tajne, czy nie, czy ktoś może coś mieć z tego wycieku, czy nie, Roman na komisji może dopytać; w każdym razie opublikowano to wszystko, i wyszło, że tu, na Sanżilu, jesteśmy bardzie pro-fra. Tak se nazywam skrótowo tendencję do mówienia w tym bardziej zrozumiałym języku. Jesteśmy pro-fra w 90%.
Co oznacza, że na tych drugich, mówiących w pro-fla, zostaje 10%. A może nie tyle mówiących, co dostających z urzędu listy w niderlandzkim. Bo Ana twierdzi, że to nie flamandzki, tylko niderlandzki. Zapis poprawny, w mowie c, owszem tak. Pro-nid byłoby, ale nie byłoby to już tak marketingowo, co ważne dla imydżu kraju, jak na embieju uczyli. Zresztą to nie pierwsze zmiany nida: niegdyś zwany był ci on holenderskim, ale to było kiedyś, gdy było mniej poprawności wokół. I imydż mniej się liczył.
Pro-fal czy pro-nid - 10 % to niewiele, co tato? powiedziałby Iwonek. Niewiele. Dodając lub odejmując błąd statystyczny, jak na embieju uczyli, daje to jeszcze mniej. Oj, chyba instytucje pro-fla muszą się wziąć do roboty.
Jak to dokładnie zmierzyli, chce wiedzieć skrupulatny Roman. Dane się krzyżują i nakładają, próbuje tłumaczyć Ana, jak to zwykle na Sanżilu, ale z grubsza można powiedzieć, że płatnicy tzw. podatku regionalnego w 90% dostają zawiadomienie o nim po francusku. Fra. Stąd 10% dla pro-fla.
Zaraz zaraz, jest gorzej! W ostatnim zdaniu piszą, że licząc głowy szefów de famij, to aż 93,1% jest pro-fra. To w 2013 r. A rok temu - wzrost o 0,19% szefa. Nie, to już naprawdę inwazja!
A te inne dane? Ten to wyciek pochodzi z kolei z okienka odpowiedzialnego za wysyłanie emerytur i rent, czyli pensją, czyli w skrócie: jakim językiem przemawia starość. Widzę jeszcze bardziej gorszące dane: tu już sprawa jest paląca; jeśli pro-fla chcą w ogóle zachować jeszcze jakiś wpływ na starców: 8,65% zawiadomień w 2010 r., 7,13% w 2011 r. i niewielki wzrost, bo 7,43% wniosków opracowanych we fla lub nid w 2012 r. Francuszczyzna nas zalewa, ot co. Pro-fla znaleźli się w morzu potrzeb. Utoną w nim jeszcze, zanim doślą pensją!
No tak, ale z tym pro-fra też nie wiadomo, co zrobić. Ja np. nie chciałam wcale, by mi coś wysyłać po fra, a tak przysłali. Uznali widać, że tak nam będzie łatwiej. Sami z siebie. A potem nas doliczają do pro-fra, mimo że my pro-pol. W tygodniach międzywyborczych tym bardziej.
Thursday, 21 May 2015
Wednesday, 20 May 2015
(294) eksodus
Nowe miejsce, stara bieda. A już myślałam, że na imigracji na Sanżil, wewnętrznej czy nie, biedy nie będzie, a jeśli już, to jakaś lepsza, zachodnia jakość. Okazuje się jednak, że miejsce nowe - problemy te same. Budżetowe.
Mam tylko nadzieję, że to nie moja emigracja przyczyniła się do tego zubożenia dzielnicy. Obawy uzasadnione - od kiedy zawitałam tu z Łap, co roku na Sanżilu, a jeszcze bardziej pobliskich okolicznościach, odnotowuje się coraz mniejsze wpływy do budżetów dzielnicowych. Czyżbym to właśnie ja przejadała miejskie pieniądze?
Czy to wywożenie moich śmieci aż tyle kosztuje? Chyba złożę wniosek do komisji o jakieś wsparcie?
Ksenia, co ci przyszło do głowy, pyta Roman. Patrz sam. Bruksela biednieje, piszą jak wół. A faktycznie, jest. Fajnie to nazwali : eksodus. Ho ho, Biblią lecą panowie redaktorzy, co to ich tak zaalarmowało, podśmiewa się Ana, zawsze czujna na religijne elementy, szczególnie w okresie komunijnym. Co za dramat się zdarzył? Dramat, dramat, owszem, tragikomedia albo i proza życia nawet - z powodu eksodusu w miejskiej kasie brakuje 261 milionów ojro. I dziura się powiększa.
Jeszcze tak nie było, by w kasie pieniędzy nie brakowało. Czy Belgia, czy Polska, zawsze ta sama śpiewka.
No tak, ale w Brukseli na problem finansowy nakłada się - jak t u lelabelż - problem regionalny. Mianowicie eksodus dotyczy klasy średniej. Z miasta wyjeżdżają osoby należące do klasy średniej, zarabiające między 20 a 50 tysięcy ojro rocznie. Brak tych osób oznacza brak ich podatków. Brak podatków oznacza brak środków na inwestycje, pomoc społeczną itepe itede. A przede wszystkim - że miasto nie potrafi im nic zaoferować.
Mnie interesuje jeszcze jedno. Mianowicie: co to jest ten eksodus? Dotąd dowiedziałam się tylko, że z Biblii. Ale jak to, pieniądze i kościół?
Eksodus to wyjście. W tym przypadku: ucieczka. Ucieczka przed podatkami w tym przypadku. Co roku 30 tys. Brukselczyków i Brukselek wybiera tę opcję. Kierunek: Flandria.
Aha, czyli radni na Sanżilu wolą starą biedę? Tak bym to nazwał. Podczas gdy Flandria wprowadza zachęty podatkowe i przyciąga tym do siebie mieszkańców, w Brukseli zero zmian pod tym względem. Zero pomysłu, jak zatrzymać pieniądze. W porównaniu do 2000 r. mieszka tu prawie 6% mniej rodzin z tzw. klasy średniej właśnie. Tym samym procent mieszkańców, których zarobki są mniejsze, wzrósł do 64%. Z jednej strony to oczywiście przykre dla tych osób, z drugiej - niespodzianka dla kasy miasta. W której świeci dziura.
I chyba poświeci jeszcze, prognozuje Ana. W parlamencie sypią się oskarżenia, że Bruksela to nie jest kraj dla biednych ludzi, lecz dla bogaczy. Zero pomyślunku, jak przyciągnąć...????
Mam tylko nadzieję, że to nie moja emigracja przyczyniła się do tego zubożenia dzielnicy. Obawy uzasadnione - od kiedy zawitałam tu z Łap, co roku na Sanżilu, a jeszcze bardziej pobliskich okolicznościach, odnotowuje się coraz mniejsze wpływy do budżetów dzielnicowych. Czyżbym to właśnie ja przejadała miejskie pieniądze?
Czy to wywożenie moich śmieci aż tyle kosztuje? Chyba złożę wniosek do komisji o jakieś wsparcie?
Ksenia, co ci przyszło do głowy, pyta Roman. Patrz sam. Bruksela biednieje, piszą jak wół. A faktycznie, jest. Fajnie to nazwali : eksodus. Ho ho, Biblią lecą panowie redaktorzy, co to ich tak zaalarmowało, podśmiewa się Ana, zawsze czujna na religijne elementy, szczególnie w okresie komunijnym. Co za dramat się zdarzył? Dramat, dramat, owszem, tragikomedia albo i proza życia nawet - z powodu eksodusu w miejskiej kasie brakuje 261 milionów ojro. I dziura się powiększa.
Jeszcze tak nie było, by w kasie pieniędzy nie brakowało. Czy Belgia, czy Polska, zawsze ta sama śpiewka.
No tak, ale w Brukseli na problem finansowy nakłada się - jak t u lelabelż - problem regionalny. Mianowicie eksodus dotyczy klasy średniej. Z miasta wyjeżdżają osoby należące do klasy średniej, zarabiające między 20 a 50 tysięcy ojro rocznie. Brak tych osób oznacza brak ich podatków. Brak podatków oznacza brak środków na inwestycje, pomoc społeczną itepe itede. A przede wszystkim - że miasto nie potrafi im nic zaoferować.
Mnie interesuje jeszcze jedno. Mianowicie: co to jest ten eksodus? Dotąd dowiedziałam się tylko, że z Biblii. Ale jak to, pieniądze i kościół?
Eksodus to wyjście. W tym przypadku: ucieczka. Ucieczka przed podatkami w tym przypadku. Co roku 30 tys. Brukselczyków i Brukselek wybiera tę opcję. Kierunek: Flandria.
Aha, czyli radni na Sanżilu wolą starą biedę? Tak bym to nazwał. Podczas gdy Flandria wprowadza zachęty podatkowe i przyciąga tym do siebie mieszkańców, w Brukseli zero zmian pod tym względem. Zero pomysłu, jak zatrzymać pieniądze. W porównaniu do 2000 r. mieszka tu prawie 6% mniej rodzin z tzw. klasy średniej właśnie. Tym samym procent mieszkańców, których zarobki są mniejsze, wzrósł do 64%. Z jednej strony to oczywiście przykre dla tych osób, z drugiej - niespodzianka dla kasy miasta. W której świeci dziura.
I chyba poświeci jeszcze, prognozuje Ana. W parlamencie sypią się oskarżenia, że Bruksela to nie jest kraj dla biednych ludzi, lecz dla bogaczy. Zero pomyślunku, jak przyciągnąć...????
Tuesday, 19 May 2015
(293) gajowi
Zimna Zośka. Oziębiło się jak co roku, i ta oziębłość trzymała nas i w świąteczną sobotę, że aż w kościach łamało, tym bardziej, że doszła mżawka poranna. A tu trzeba było iść. Święto gajowych, nie ma zmiłuj się. Paradna parada. Wiecie, o co chodzi; GAJOWI. Nie wiem, co na to polski fejs jednak, czy hejt będzie - to i nie rzucam haseł na wiatr. Który zresztą Zośka przegnała zimnem.
Jacy gajowi? zdumiewa się Ana. Gajowy to za tydzień zostanie prezydentem może, choć w sumie nie wiadomo, czy sobie tego życzyć. Ech, Polska. No Polska Polska Ana właśnie, coś ty taka niedomyślna. Jedna literę zmień i zobaczysz, o kim mówię. Licho nie śpi, ci, co nie lubią gajowych - też. Kamieniem rzucić gotowi.
Aaa...rozdziawia gębę Ana. Aaa, no sama widzisz, patrzę na nią z politowaniem. Gej prajd, tak, owszem. Ale na polskim fejsie wstyd trochę i głupio tak się rzucać na pierwszą stronę ze swoimi poglądami. Że się popiera inną frakcję partyjną, szczególnie w czasach, gdy obaj kandydacie na prezydenta raczej nie popierają akurat tego kierunku rozwoju społeczeństwa. Bo dzieci z tego wiele nie będzie. Znaczy się: w innych krajach będą, ale na pewno nie w gajowej Polsce, co to tradycyjnej rodziny musi bronić, szczególnie w miesiącu komunii i wyborów trochę też..
Za to my nie musimy. Tradycji nie znosimy. Dorzucę więc mimochodem, że mimo pozostałości zimnej Zośki, zauczestniczyliśmy w oficjalnych obchodach gajowych. Wózkowo, a jakże. W wózkach - potencjalni gajowi, albo i nie, życie pokaże. Dżender dżenderem, ale ta iwonkowa miłość do różu może i o czym świadczy, zawsze twierdzi Ana.
No, źle by mu nie było, szczególnie jeśli by się jednak zdecydował na pozostanie w Brukseli, nie wykorzystując jednak tej możliwości rozwoju, jaką zdaniem wielu rodziców niegajowych, za to arcypolskich, zdecydowanie dałyby mu studia w Anglii. Ana nie wie, po co to komu te studia i rozwój w imię ambicji rodziców, i ja też w sumie, bo i z Polski B można się znaleźć w centrum uwagi na paradzie, więc do żadnych Angoli jechać nie trzeba; wystarczy wsiąść w tram, wysiąść pod bursą i już można maszerować. Raz do roku. Wesoło machając flagą i mając u boku 80 tysięcy ci podobnych.
Póki co, nam oni niepodobni, śmieje się Ana, ale świętować umieją. Już sam widok tysięcy kolorowych szmat wprowadza w dobry humor i rozgania chmury. Flałer pałer czy jakoś tak się to nazywa. Cała Bruksela tysiąc jaśniała i dudniła. Owszem, za głośno było, to mi się akurat nie podoba, i chyba niska jakość muzyki, że nie nazwę tego wprost łupaniną. Ale rozumiem, że cel w tym jest. Mianowicie nawet taki przykładowo, by pokazać nierozgarniętym polskim gajowym prezydentom , że tak można. Że polityk jeden i drugi może wyjść do paradujących i nie zostanie shejtowany na forum ani obrzucony zgniłymi jajami. Za to obniesiony na rękach. I na uboczu nie otrząśnie się potem z obrzydzeniem czy nie strzepnie niewidzialnego pyłku z garnituru.
To już 20. parada, Ksenia, była. Jubileuszowa. Dopiero 20, podkreśla Ana. Znaczy, że nawet w Belgii dopiero od 20 lat mówi się publicznie o gejach, że nazwę rzecz po imieniu wreszcie, może nie wszyscy doczytali dotąd, to i się ośmielam. Co roku krok do przodu. Druga Hiszpania ze swoją tolerancją sięgająca 90% społeczeństwa to może na Sanżilu i w okolicznościach jeszcze nie jest, ale i tak nieźle. Naród bez słowa protestu przyjął zamknięcie ulic i radośnie machał. Może nawet i lokalni Polacy machali.
Pora na gajowych w kraju. Tym bardziej, że świat ucieka nam coraz bardziej, alarmuje Ana. W Luksemburgu, skąd to Martiny nawiały, przypominam, premier wziął właśnie ślub z innym gajowym. Premier! Wyobrażacie sobie? Ja nie. Ale chyba najwyższa pora, co?
Jacy gajowi? zdumiewa się Ana. Gajowy to za tydzień zostanie prezydentem może, choć w sumie nie wiadomo, czy sobie tego życzyć. Ech, Polska. No Polska Polska Ana właśnie, coś ty taka niedomyślna. Jedna literę zmień i zobaczysz, o kim mówię. Licho nie śpi, ci, co nie lubią gajowych - też. Kamieniem rzucić gotowi.
Aaa...rozdziawia gębę Ana. Aaa, no sama widzisz, patrzę na nią z politowaniem. Gej prajd, tak, owszem. Ale na polskim fejsie wstyd trochę i głupio tak się rzucać na pierwszą stronę ze swoimi poglądami. Że się popiera inną frakcję partyjną, szczególnie w czasach, gdy obaj kandydacie na prezydenta raczej nie popierają akurat tego kierunku rozwoju społeczeństwa. Bo dzieci z tego wiele nie będzie. Znaczy się: w innych krajach będą, ale na pewno nie w gajowej Polsce, co to tradycyjnej rodziny musi bronić, szczególnie w miesiącu komunii i wyborów trochę też..
Za to my nie musimy. Tradycji nie znosimy. Dorzucę więc mimochodem, że mimo pozostałości zimnej Zośki, zauczestniczyliśmy w oficjalnych obchodach gajowych. Wózkowo, a jakże. W wózkach - potencjalni gajowi, albo i nie, życie pokaże. Dżender dżenderem, ale ta iwonkowa miłość do różu może i o czym świadczy, zawsze twierdzi Ana.
No, źle by mu nie było, szczególnie jeśli by się jednak zdecydował na pozostanie w Brukseli, nie wykorzystując jednak tej możliwości rozwoju, jaką zdaniem wielu rodziców niegajowych, za to arcypolskich, zdecydowanie dałyby mu studia w Anglii. Ana nie wie, po co to komu te studia i rozwój w imię ambicji rodziców, i ja też w sumie, bo i z Polski B można się znaleźć w centrum uwagi na paradzie, więc do żadnych Angoli jechać nie trzeba; wystarczy wsiąść w tram, wysiąść pod bursą i już można maszerować. Raz do roku. Wesoło machając flagą i mając u boku 80 tysięcy ci podobnych.
Póki co, nam oni niepodobni, śmieje się Ana, ale świętować umieją. Już sam widok tysięcy kolorowych szmat wprowadza w dobry humor i rozgania chmury. Flałer pałer czy jakoś tak się to nazywa. Cała Bruksela tysiąc jaśniała i dudniła. Owszem, za głośno było, to mi się akurat nie podoba, i chyba niska jakość muzyki, że nie nazwę tego wprost łupaniną. Ale rozumiem, że cel w tym jest. Mianowicie nawet taki przykładowo, by pokazać nierozgarniętym polskim gajowym prezydentom , że tak można. Że polityk jeden i drugi może wyjść do paradujących i nie zostanie shejtowany na forum ani obrzucony zgniłymi jajami. Za to obniesiony na rękach. I na uboczu nie otrząśnie się potem z obrzydzeniem czy nie strzepnie niewidzialnego pyłku z garnituru.
To już 20. parada, Ksenia, była. Jubileuszowa. Dopiero 20, podkreśla Ana. Znaczy, że nawet w Belgii dopiero od 20 lat mówi się publicznie o gejach, że nazwę rzecz po imieniu wreszcie, może nie wszyscy doczytali dotąd, to i się ośmielam. Co roku krok do przodu. Druga Hiszpania ze swoją tolerancją sięgająca 90% społeczeństwa to może na Sanżilu i w okolicznościach jeszcze nie jest, ale i tak nieźle. Naród bez słowa protestu przyjął zamknięcie ulic i radośnie machał. Może nawet i lokalni Polacy machali.
Pora na gajowych w kraju. Tym bardziej, że świat ucieka nam coraz bardziej, alarmuje Ana. W Luksemburgu, skąd to Martiny nawiały, przypominam, premier wziął właśnie ślub z innym gajowym. Premier! Wyobrażacie sobie? Ja nie. Ale chyba najwyższa pora, co?
Monday, 18 May 2015
(292) komunie
Ojej, zapomniałem! mówi w takich przypadkach Iwonek, uderzając się w czółko. Ksenia zapomniała, ojej! że się sama walnę. Że maj to nie tylko matury, ale i komunie mianowicie. Ale od czego jest naród.
Ten naród, ten, a jakże. Nasz, A i B. Siedzący gromadnie na ławce, zupełnie jak w tym kraju, z tym że ten kraj teraz daleko, a na Sanżilu to jednak nie to samo. Ana Martin nazywa takie gromadne ruchy Polaków: namiastka. I razem każe pisać. Nie wiem, czemu zdrabnia miasto, może dlatego, że ten Sanżil nasz, kraj ten, to taka wielka wieś, albo ma jakiś inny zamysł, jak to Ana.
W każdym razie i my obie zasiadłyśmy sobie z Groszkiem w wózku, i słuchamy. Ana z zaciętą miną, bo nie znosi przekleństw, ja ze strachem w oczach, że rozpoznają i doniosą matuś, że ja się z taką z Szumana włóczę, zamiast ze swoimi debatować prezydencko przed drugą turą. Ale udało się, bo i piwko było, i kolorowi tacy i owacy podpalali, podczas gdy nasi pili, mimo że upał i dwunasta na zegarze stała; co kraj, to obyczaj; to ich obgadać trzeba było, to i na mnie nikt uwagi nie zwracał. Póki nie struchlałam na słowo: komunia. Bo zapomniałam!
Grzech śmiertelny to, czy tylko połowiczny? Any przecież nie szło zapytać, to i wysłuchałam, co mnie ominęło w niedzielę na Sablonie. Przede wszystkim: że pięknie jednak wyszło. Lepiej niż rok temu, choć ta, co zdawała relację, niewiele widziała, bo choć kościół większy, niż kapliczka w Sokółce, to nie szło nijak się wepchać, taki ścisk. Każdy chciał foty dziecku cykać w końcu, a co? No i jednak jak te małe założyły te rozłożyste suknie, cudne były, naprawdę, w naszych czasach takich nie było, a skąd, to też od razu dzieciarnia, normalnie zgnieciona, więcej miejsca potrzebowała. Tym bardziej, że to ich święto, jakby nie było. Kiwali głową wszyscy.
Choć my pijemy za ich zdrowie, che che!
Pod kościołem podobno już lepiej się działo, ale najlepiej - w restauracji. Do ósmej żeśmy zabalowali normalnie, aż dzieciaki posnęły. U Kaśki robiła ta, co gadała najwięcej, choć torty, piękne i pyszne, że ja cię kręcę, na Anderlechcie zamówiła. Wspaniałe jedzenie, choć po tych pierogach i bigosie to ciężko było zmieścić, ale co robić? Ile razy w życiu dziecko ma komunię, no powiedz Iwona sama powiedz no?
Zgadzam się z nią i tym gorzej zapomnieć, ale powtarzam, nie ma kogo spytać, czy to grzech śmiertelny.
Na to ten najgłośniej gardłujący, na oko Any - gdyż dnia poprzedniego gardłował inaczej, mianowicie wlewając w siebie alkohol - mówi: ale wiecie, że nie wszyscy nasi poszli? Bo czy wy wiecie, że nie wszystkie dzieci ochrzczone? Że są już tacy, co nie chrzczą i nawet się tym chwalą?
One: nie, no co ty Zbyszek, nie wygłupiaj się. Chyba nie Polacy to, tylko Flamuchy jakieś albo Araby.
On na to: Nasi, nasi! Też nie wierzyłem. Klnę się i do tego kilka innych słów.
One: do czego to doszło. Jak tak żyć można w grzechu w ogóle albo wogle, nie dosłyszałam
Ana: siedzi z niewzruszoną miną i dalej czyta.
Ja: truchleję. Na kształt mocy czy nocy z kolędy.
Czyli wyszło na jaw, gdzie to ja pracuję. Nic więcej ująć ani dodać.
Nie mogę teraz o niczym więcej myśleć. Czuję, że to się obróci przeciwko mojej polskości, mimo żem już nie tym kraju. Może płatków w parku z klombu narwę, wsĻolne, to niczyje, na majowe przynajmniej podlecę po żłobku i okadzę się kadzidłem?
I biję się z myślami, czy chłopaków może by cichcem do tego księdza, co to wszystkich chrzci podobno na Sablonie, na spacer nie wyprowadzić. Dla Any i Romana ratunku już nie ma, ale jak to będzie wyglądało, jak za kilka lat maj nie będzie się kojarzył z niczym następnemu sanżilowskiemu pokoleniu? Może za dobry uczynek i moja niepamięć się odpuści w oparach kadzidła? Że też takim wynarodowionym trzeba przypomnieć o istocie polskości i prawdziwych wartościach, na co mi przyszło, ojej, zapomniałam!
Ten naród, ten, a jakże. Nasz, A i B. Siedzący gromadnie na ławce, zupełnie jak w tym kraju, z tym że ten kraj teraz daleko, a na Sanżilu to jednak nie to samo. Ana Martin nazywa takie gromadne ruchy Polaków: namiastka. I razem każe pisać. Nie wiem, czemu zdrabnia miasto, może dlatego, że ten Sanżil nasz, kraj ten, to taka wielka wieś, albo ma jakiś inny zamysł, jak to Ana.
W każdym razie i my obie zasiadłyśmy sobie z Groszkiem w wózku, i słuchamy. Ana z zaciętą miną, bo nie znosi przekleństw, ja ze strachem w oczach, że rozpoznają i doniosą matuś, że ja się z taką z Szumana włóczę, zamiast ze swoimi debatować prezydencko przed drugą turą. Ale udało się, bo i piwko było, i kolorowi tacy i owacy podpalali, podczas gdy nasi pili, mimo że upał i dwunasta na zegarze stała; co kraj, to obyczaj; to ich obgadać trzeba było, to i na mnie nikt uwagi nie zwracał. Póki nie struchlałam na słowo: komunia. Bo zapomniałam!
Grzech śmiertelny to, czy tylko połowiczny? Any przecież nie szło zapytać, to i wysłuchałam, co mnie ominęło w niedzielę na Sablonie. Przede wszystkim: że pięknie jednak wyszło. Lepiej niż rok temu, choć ta, co zdawała relację, niewiele widziała, bo choć kościół większy, niż kapliczka w Sokółce, to nie szło nijak się wepchać, taki ścisk. Każdy chciał foty dziecku cykać w końcu, a co? No i jednak jak te małe założyły te rozłożyste suknie, cudne były, naprawdę, w naszych czasach takich nie było, a skąd, to też od razu dzieciarnia, normalnie zgnieciona, więcej miejsca potrzebowała. Tym bardziej, że to ich święto, jakby nie było. Kiwali głową wszyscy.
Choć my pijemy za ich zdrowie, che che!
Pod kościołem podobno już lepiej się działo, ale najlepiej - w restauracji. Do ósmej żeśmy zabalowali normalnie, aż dzieciaki posnęły. U Kaśki robiła ta, co gadała najwięcej, choć torty, piękne i pyszne, że ja cię kręcę, na Anderlechcie zamówiła. Wspaniałe jedzenie, choć po tych pierogach i bigosie to ciężko było zmieścić, ale co robić? Ile razy w życiu dziecko ma komunię, no powiedz Iwona sama powiedz no?
Zgadzam się z nią i tym gorzej zapomnieć, ale powtarzam, nie ma kogo spytać, czy to grzech śmiertelny.
Na to ten najgłośniej gardłujący, na oko Any - gdyż dnia poprzedniego gardłował inaczej, mianowicie wlewając w siebie alkohol - mówi: ale wiecie, że nie wszyscy nasi poszli? Bo czy wy wiecie, że nie wszystkie dzieci ochrzczone? Że są już tacy, co nie chrzczą i nawet się tym chwalą?
One: nie, no co ty Zbyszek, nie wygłupiaj się. Chyba nie Polacy to, tylko Flamuchy jakieś albo Araby.
On na to: Nasi, nasi! Też nie wierzyłem. Klnę się i do tego kilka innych słów.
One: do czego to doszło. Jak tak żyć można w grzechu w ogóle albo wogle, nie dosłyszałam
Ana: siedzi z niewzruszoną miną i dalej czyta.
Ja: truchleję. Na kształt mocy czy nocy z kolędy.
Czyli wyszło na jaw, gdzie to ja pracuję. Nic więcej ująć ani dodać.
Nie mogę teraz o niczym więcej myśleć. Czuję, że to się obróci przeciwko mojej polskości, mimo żem już nie tym kraju. Może płatków w parku z klombu narwę, wsĻolne, to niczyje, na majowe przynajmniej podlecę po żłobku i okadzę się kadzidłem?
I biję się z myślami, czy chłopaków może by cichcem do tego księdza, co to wszystkich chrzci podobno na Sablonie, na spacer nie wyprowadzić. Dla Any i Romana ratunku już nie ma, ale jak to będzie wyglądało, jak za kilka lat maj nie będzie się kojarzył z niczym następnemu sanżilowskiemu pokoleniu? Może za dobry uczynek i moja niepamięć się odpuści w oparach kadzidła? Że też takim wynarodowionym trzeba przypomnieć o istocie polskości i prawdziwych wartościach, na co mi przyszło, ojej, zapomniałam!
Wednesday, 13 May 2015
(291) 120 procent
Od rana zachodzę w głowę, liczę i przeliczam, ale nijak nic mi nie wychodzi. Czy to możliwe, aby coś plus coś lub minus dawało 120 pełnych procent? W okresie matur i komunii to ważne pytanie, a jeszcze ważniejsze w przypadku tych, co się chcą zintegrować z Belgią i Belgami też.
Kolejne badania i rankingi, Ksenia? śmieje się ze mnie Roman. Tak, a co? widać komunie i matury nastrajają do podsumowań. A może to drugi kwartał po prostu. Statystycznie mówiąc. W każdym razie: teraz podliczyli najlepsze i najgorsze kraje pod względem polityki integracji. I co wyszło? Nam, znaczy się?
O Polsce nie mówią. Nic dziwnego, Polakom wydaje się, że wszyscy są tacy sami i tak ma zostać: biali, katolicy i mówiący po naszemu. Nie, nie o Polskę mi chodzi, protestuje Ana Martin, o nas tu, na Sanżilu. O tym ja właśnie we względzie tych 120 procent pełnych chciałam poinformować, uspokajam. Bo wyszło, że Belgia radzi sobie bardzo dobrze. Zajmuje szczęścliwą siódemkę. Dokładnie rzecz biorąc: w kontekście i aspekcie przyznawania prawa stałego pobytu. Co wszystkich nas tu interesuje, Polaków czy nie, na Sanżilu i w pobliżu.
Na ile krajów? 38. Z tego 28 w Unii. Nieźle, faktycznie, łaskawie kiwa głową Ana. A o co chodzi z tymi 120%? Niech no zerknę, nawet jeśli w moim przypadku matura jeszcze dalej w tyle, niż w twoim, Ksenia, nie wspominając o tym, że matmy wtedy, w zamierzchłym roku 1995, zdawać nie trzeba było, jak się nie chciało.To i ani nie chciałam, ani mi się nie chciało.
Aha, 120 procent. A jest. Wypowiada się mianowicie badaczka odpowiedzialna za belgijską część badań, że mimo szczęśliwej siodemki, nie ma się czym aż tak cieszyć. Bo siódemka wynika z niewzięcia pod uwagę całej masy ważnych czynników, jak zatrudnienie, udział w życiu politycznym czy zdrowie. Tzn. niby statystycy biorą je pod uwagę, ale tak sprytnie, że tak naprawdę kryją prawdę. Do tego na Sanżilu i obok pogorszyła się sytuacja pod względem możliwości uzyskania prawa stałego pobytu.
Największy skandal w Belgii - według badaczki - to jednak warunki naturalizacji i łączenia rodzin. To tu występuje to słynne 120 %. Chodzi o to, że by w ogóle zacząć się starać o ściągnięcie rodziny czy naturalizację właśnie, a nie ma się obywatelstwa, trzeba przedstawić dowody na to, że się zarabia więcej niż przeciętny Belg. Lebelż z urodzenia lub już z prawem pobutu. To daje właśnie to 120%.
Faktycznie nieładnie, myślę sobie. Dobrze, że nikogo ściągać nie muszę.
Wiecie, co jest w tym wszystkim dość absurdalne? A la belż, można by powiedzieć? Że warunki życia dla osób w trakcie integracji, że tak to ujmę, pogorszyły się, za to Belgia, która te warunki tworzy, wspięła się w górę w rankingu. Jak to, dziwię się. Ano tak, bo w tym rankingu bynajmniej nie chodzi o integrujących się, lecz o rozdanie tytułów i miejsc krajom. W Belgii przybyło przejrzystości pod względem przyznawania lub odmawiania prawa pobutu. I za tę przejrzystość, transparencję, Belgię nagrodzono. Emigrantów ukarano. Samo życie!
Kolejne badania i rankingi, Ksenia? śmieje się ze mnie Roman. Tak, a co? widać komunie i matury nastrajają do podsumowań. A może to drugi kwartał po prostu. Statystycznie mówiąc. W każdym razie: teraz podliczyli najlepsze i najgorsze kraje pod względem polityki integracji. I co wyszło? Nam, znaczy się?
O Polsce nie mówią. Nic dziwnego, Polakom wydaje się, że wszyscy są tacy sami i tak ma zostać: biali, katolicy i mówiący po naszemu. Nie, nie o Polskę mi chodzi, protestuje Ana Martin, o nas tu, na Sanżilu. O tym ja właśnie we względzie tych 120 procent pełnych chciałam poinformować, uspokajam. Bo wyszło, że Belgia radzi sobie bardzo dobrze. Zajmuje szczęścliwą siódemkę. Dokładnie rzecz biorąc: w kontekście i aspekcie przyznawania prawa stałego pobytu. Co wszystkich nas tu interesuje, Polaków czy nie, na Sanżilu i w pobliżu.
Na ile krajów? 38. Z tego 28 w Unii. Nieźle, faktycznie, łaskawie kiwa głową Ana. A o co chodzi z tymi 120%? Niech no zerknę, nawet jeśli w moim przypadku matura jeszcze dalej w tyle, niż w twoim, Ksenia, nie wspominając o tym, że matmy wtedy, w zamierzchłym roku 1995, zdawać nie trzeba było, jak się nie chciało.To i ani nie chciałam, ani mi się nie chciało.
Aha, 120 procent. A jest. Wypowiada się mianowicie badaczka odpowiedzialna za belgijską część badań, że mimo szczęśliwej siodemki, nie ma się czym aż tak cieszyć. Bo siódemka wynika z niewzięcia pod uwagę całej masy ważnych czynników, jak zatrudnienie, udział w życiu politycznym czy zdrowie. Tzn. niby statystycy biorą je pod uwagę, ale tak sprytnie, że tak naprawdę kryją prawdę. Do tego na Sanżilu i obok pogorszyła się sytuacja pod względem możliwości uzyskania prawa stałego pobytu.
Największy skandal w Belgii - według badaczki - to jednak warunki naturalizacji i łączenia rodzin. To tu występuje to słynne 120 %. Chodzi o to, że by w ogóle zacząć się starać o ściągnięcie rodziny czy naturalizację właśnie, a nie ma się obywatelstwa, trzeba przedstawić dowody na to, że się zarabia więcej niż przeciętny Belg. Lebelż z urodzenia lub już z prawem pobutu. To daje właśnie to 120%.
Faktycznie nieładnie, myślę sobie. Dobrze, że nikogo ściągać nie muszę.
Wiecie, co jest w tym wszystkim dość absurdalne? A la belż, można by powiedzieć? Że warunki życia dla osób w trakcie integracji, że tak to ujmę, pogorszyły się, za to Belgia, która te warunki tworzy, wspięła się w górę w rankingu. Jak to, dziwię się. Ano tak, bo w tym rankingu bynajmniej nie chodzi o integrujących się, lecz o rozdanie tytułów i miejsc krajom. W Belgii przybyło przejrzystości pod względem przyznawania lub odmawiania prawa pobutu. I za tę przejrzystość, transparencję, Belgię nagrodzono. Emigrantów ukarano. Samo życie!
Tuesday, 12 May 2015
(290) czarne
I po wyborach. I już wiemy, kto nas będzie ratował. Porządki niech zacznie od Belgii, bo już wiem, że jeśli trzeba kogoś gdzieś ratować - to nas tu na Sanżilu i w okolicznościach. Przed czarnym mianowicie. Takie to są skutki wychylania nosa na nieswoją dzielnicę. A było siedzieć na miejscu! Zachciało się podróży.
Wyobraźcie sobie, jak to się odbyło. Ukle zwane też Iklem, zależy w jakiej liczbie kto woli i z którego dialektu czerpie jak ze źródła. Niedziela popołudnie. Słońce daje czadu. Dzieciaki na placu zabaw też. Kasztany kwitną, lokalni piknikują, my czekamy, aż Iwonek padnie. Nie pada coś, więc widzimy znajomego pana Pablo ze sklepu. Jako że żeśmy mili i wychowani - idziemy na tradycyjne polskie cześć.
No i o czym tu gadać, jak już cześć padło, o dzieciach się pogadało? Tylko biznes i mieszkania zostały. I tu nas zabito. Zbiorowo. Pierwszym zdaniem. Sami zobaczcie i oceńcie, czy nie było mocno.
Czarne idzie.
Ana grzecznie i miło, bo pan jej warzywa dowozi, co to je wrzuca do gara i gotuje jedną jedyną zupę, co umie, jak twierdzi, tylko dlatego, że właśnie wystarczy wrzucić: jak to rozumiesz? co jest czarne?
Pablo: czarne normalnie. Dzielnica, wszystko. Jak pięć lat temu tu zaczynałem, to ich tu tylu nie było. A teraz patrzcie. Nawet tu są. Coraz więcej, jak Boga kocham. Salem alejkum i salem alejkum tylko.
Ana i Roman chrząkają. Ja przejmuję Groszka i nasłuchuję z rosnącym niepokojem. Roman łagodzi sytuację: jak w Laken ceny wynajmu?
Ana nisczy złagodzenie, dopytując: a koło nas to wynajmujesz, czy kupiliście?
Pablo, z nową energią: Gdzie tam kupiłem! Po pierwsze w belgii tylko bym na ten kredyt robił, po drugie w Brukseli już się nie kupuje. Domów przede wszystkim, ale mieszkań też nie radzę. Przyjdzie taki jeden z drugim czarny (choć moim zdaniem to by prędzej była ta czarna, ale cicho siedzę), zrobią dzieci, jedno, drugie, dziesięć i już mieszkanie nie ma wartości. Bo kto normalny by obok zamieszkał. Mówię wam, jeśli kupować w Belgii - to tylko dom poza miastem, na pewno nie w Brukseli. Bo tu czarno będzie.
I dodaje: pięć lat tu siedzę i ze starchem obserwuję, co się dzieje. Coraz ich więcej. Wszędzie są. I co, to ja mam tu zostać? Kilka lat i będę musiał salemalkować, by przeżyć? Jemu mam polskie sprzedawać? A co on ode mnie kupi?
Ana, żartując: te warzywa może, co ja je na zupę biorę. Apropo (pisane: a propos), masz może jeszcze jarzynkę.
Pablo, udobruchany i zadowolony, że może pouczyć kobitę, jaka by ona nie była: Po warzywa to się do mnie w czwartek przychodzi. Potem nieświeże. Niewarto.
Roman, jak przystało na dyplomatę może i z komisji: no tak. Musimy już iść niestety. Do zobaczenia.
Siedzę ja tu i nie wychylam się, bo co tu powiedzieć? Poczekam, niech się wypowie prezydent. Elekt ci on, niech działa i ratuje rodaków. Niech zacznie od białego garnituru, jak pewien człowiek w komisji wyborczej. Dodam, że nasz ci on.
Wyobraźcie sobie, jak to się odbyło. Ukle zwane też Iklem, zależy w jakiej liczbie kto woli i z którego dialektu czerpie jak ze źródła. Niedziela popołudnie. Słońce daje czadu. Dzieciaki na placu zabaw też. Kasztany kwitną, lokalni piknikują, my czekamy, aż Iwonek padnie. Nie pada coś, więc widzimy znajomego pana Pablo ze sklepu. Jako że żeśmy mili i wychowani - idziemy na tradycyjne polskie cześć.
No i o czym tu gadać, jak już cześć padło, o dzieciach się pogadało? Tylko biznes i mieszkania zostały. I tu nas zabito. Zbiorowo. Pierwszym zdaniem. Sami zobaczcie i oceńcie, czy nie było mocno.
Czarne idzie.
Ana grzecznie i miło, bo pan jej warzywa dowozi, co to je wrzuca do gara i gotuje jedną jedyną zupę, co umie, jak twierdzi, tylko dlatego, że właśnie wystarczy wrzucić: jak to rozumiesz? co jest czarne?
Pablo: czarne normalnie. Dzielnica, wszystko. Jak pięć lat temu tu zaczynałem, to ich tu tylu nie było. A teraz patrzcie. Nawet tu są. Coraz więcej, jak Boga kocham. Salem alejkum i salem alejkum tylko.
Ana i Roman chrząkają. Ja przejmuję Groszka i nasłuchuję z rosnącym niepokojem. Roman łagodzi sytuację: jak w Laken ceny wynajmu?
Ana nisczy złagodzenie, dopytując: a koło nas to wynajmujesz, czy kupiliście?
Pablo, z nową energią: Gdzie tam kupiłem! Po pierwsze w belgii tylko bym na ten kredyt robił, po drugie w Brukseli już się nie kupuje. Domów przede wszystkim, ale mieszkań też nie radzę. Przyjdzie taki jeden z drugim czarny (choć moim zdaniem to by prędzej była ta czarna, ale cicho siedzę), zrobią dzieci, jedno, drugie, dziesięć i już mieszkanie nie ma wartości. Bo kto normalny by obok zamieszkał. Mówię wam, jeśli kupować w Belgii - to tylko dom poza miastem, na pewno nie w Brukseli. Bo tu czarno będzie.
I dodaje: pięć lat tu siedzę i ze starchem obserwuję, co się dzieje. Coraz ich więcej. Wszędzie są. I co, to ja mam tu zostać? Kilka lat i będę musiał salemalkować, by przeżyć? Jemu mam polskie sprzedawać? A co on ode mnie kupi?
Ana, żartując: te warzywa może, co ja je na zupę biorę. Apropo (pisane: a propos), masz może jeszcze jarzynkę.
Pablo, udobruchany i zadowolony, że może pouczyć kobitę, jaka by ona nie była: Po warzywa to się do mnie w czwartek przychodzi. Potem nieświeże. Niewarto.
Roman, jak przystało na dyplomatę może i z komisji: no tak. Musimy już iść niestety. Do zobaczenia.
Siedzę ja tu i nie wychylam się, bo co tu powiedzieć? Poczekam, niech się wypowie prezydent. Elekt ci on, niech działa i ratuje rodaków. Niech zacznie od białego garnituru, jak pewien człowiek w komisji wyborczej. Dodam, że nasz ci on.
Monday, 11 May 2015
(289) wybory
W dniu wyborów czarno - biały zrobił się nagle jakiś ten świat i powiało grozą. I trwogą. Jak trwoga - to do Boga, twierdzili matuś, ale dokąd się udać, jak się zamieszkuje u Any Martin?
Mówię w aspekcie względem wyników, w których to mam jakiś udział. Siedzę tu ci ja i czekam, czy wracać do ojczyzny, czy jedszcze można na emigracji. kto nami porządzi? Lepiej zmykać jeszcze dalej, czy nie? Ana twierdzi, że obojętnie kto wygra z tego zacnego grona, lepiej dalej, niż bliżej Polski, ale nie wie, co ja wiem, bo nie słuchała proroka z Uklów. A ja tak.
Z rana nie było tak groźnie. Wybory odbyliśmy już wcześniej w końcu. Bo jeśli nie wiecie, to miał być całkiem przeciętny, pieszo-spacerowy wypad ku lokalowi z dwoma wózkami, a ku naszemu zbiorowemu zdziwieniu okazał się korespondencyjny. Tak to nas nasza Ana pięknie i nowocześnie zapisała na wybory: pocztą. Ale żeby głosować listem, wcześniej trzeba iść do ambasady czy tej drugiej, no, konsultacji. Kto poszedł, zgadnijcie. Brawo - ja. Poszłam karnie z dwoma upoważnieniami, odebrałam materiały, wczytałam się co nieco, między innymi w naszych tu rodzimych sanżilowskich nowinkach i gazetce w materiały reklamowe kandydatów i kandydatki, no i z ciężkim sercem zakreśliłam. Iwonek też, dwa razy, za mamę i tatę. Wrzuciliśmy i paszło! Won w świat!
Nie, nie tego skreśliłam, co śpiewał dawniej panka, jak twierdzi Roman, on już wtedy żył też i nawet radio mieli. Nie, nie tę, co o niej piosenka z lat dziecięcych, choć to jedyna kobieta w tym towarzystwie i Anie smutno, że ręka po prostu sama odjeżdżała z przypisanej do niej kratki. Nie, nie tego, co od lat w każdych wyborach startuje i ma kozią bródkę. Nie, nie tego, co chce zbawiać biznes, i tu z kolei Roman mówi, że stracona szansa, bo może i by coś z niego było, gdyby wiedział, czego chce. Nie, nie tego, co dopiero niedawno na siłce wymyślił, że może by se prezydentem został. Nie, nie tego, co z miasta Any ci on i przed judeo czymś tam w gazetce przestrzega, a wie podobno, o czym mówi, bo uczony i studiował, a nawet filmuje. Nie, nie tego, co z miasta Romana z kolei, a uśmiech ma maślano-obleśny. I nie tego, co to z miasta bliższego Łapom, co to za to zdążył już być kimś innym, co rok to prorok doprawdy.
To już wiecie, kogo pocztą wysłałam do ojczyzny. Ale nie zapiałam z tej okazji radośnie na jelenim rogu, co to to nie. Myśliwym i tym, co kobiet nie popierają we względzie konwencji, co to ją Ana uważa za ważną - dziękujemy. No ale kogoś trzeba było obywatelsko skreślić. To i poszło w świat.
Siedzę tu ci teraz, dzieciaki posnęły po pięknym dniu na Sanżilu, co go żeśmy niepatryjotycznie spędzili w innych gminach bliższych i dalszych, i czekam. I martwię się, bo co człowiek z dzielnicy nos wychyli, to się dowie strasznych straszności. Doczekam w nerwach do wieczoru wyborczego, by zobaczyć, że głos mój nie poszedł on ci na marne, i spiszę to, czym mnie zmrozili na Uklu. Z odpowiednim komentarzem, bo jedno pewne - tu może zaradzić tylko dobry prezydent. I tylko z Polski.
Mówię w aspekcie względem wyników, w których to mam jakiś udział. Siedzę tu ci ja i czekam, czy wracać do ojczyzny, czy jedszcze można na emigracji. kto nami porządzi? Lepiej zmykać jeszcze dalej, czy nie? Ana twierdzi, że obojętnie kto wygra z tego zacnego grona, lepiej dalej, niż bliżej Polski, ale nie wie, co ja wiem, bo nie słuchała proroka z Uklów. A ja tak.
Z rana nie było tak groźnie. Wybory odbyliśmy już wcześniej w końcu. Bo jeśli nie wiecie, to miał być całkiem przeciętny, pieszo-spacerowy wypad ku lokalowi z dwoma wózkami, a ku naszemu zbiorowemu zdziwieniu okazał się korespondencyjny. Tak to nas nasza Ana pięknie i nowocześnie zapisała na wybory: pocztą. Ale żeby głosować listem, wcześniej trzeba iść do ambasady czy tej drugiej, no, konsultacji. Kto poszedł, zgadnijcie. Brawo - ja. Poszłam karnie z dwoma upoważnieniami, odebrałam materiały, wczytałam się co nieco, między innymi w naszych tu rodzimych sanżilowskich nowinkach i gazetce w materiały reklamowe kandydatów i kandydatki, no i z ciężkim sercem zakreśliłam. Iwonek też, dwa razy, za mamę i tatę. Wrzuciliśmy i paszło! Won w świat!
Nie, nie tego skreśliłam, co śpiewał dawniej panka, jak twierdzi Roman, on już wtedy żył też i nawet radio mieli. Nie, nie tę, co o niej piosenka z lat dziecięcych, choć to jedyna kobieta w tym towarzystwie i Anie smutno, że ręka po prostu sama odjeżdżała z przypisanej do niej kratki. Nie, nie tego, co od lat w każdych wyborach startuje i ma kozią bródkę. Nie, nie tego, co chce zbawiać biznes, i tu z kolei Roman mówi, że stracona szansa, bo może i by coś z niego było, gdyby wiedział, czego chce. Nie, nie tego, co dopiero niedawno na siłce wymyślił, że może by se prezydentem został. Nie, nie tego, co z miasta Any ci on i przed judeo czymś tam w gazetce przestrzega, a wie podobno, o czym mówi, bo uczony i studiował, a nawet filmuje. Nie, nie tego, co z miasta Romana z kolei, a uśmiech ma maślano-obleśny. I nie tego, co to z miasta bliższego Łapom, co to za to zdążył już być kimś innym, co rok to prorok doprawdy.
To już wiecie, kogo pocztą wysłałam do ojczyzny. Ale nie zapiałam z tej okazji radośnie na jelenim rogu, co to to nie. Myśliwym i tym, co kobiet nie popierają we względzie konwencji, co to ją Ana uważa za ważną - dziękujemy. No ale kogoś trzeba było obywatelsko skreślić. To i poszło w świat.
Siedzę tu ci teraz, dzieciaki posnęły po pięknym dniu na Sanżilu, co go żeśmy niepatryjotycznie spędzili w innych gminach bliższych i dalszych, i czekam. I martwię się, bo co człowiek z dzielnicy nos wychyli, to się dowie strasznych straszności. Doczekam w nerwach do wieczoru wyborczego, by zobaczyć, że głos mój nie poszedł on ci na marne, i spiszę to, czym mnie zmrozili na Uklu. Z odpowiednim komentarzem, bo jedno pewne - tu może zaradzić tylko dobry prezydent. I tylko z Polski.
Subscribe to:
Posts (Atom)