Thursday, 2 July 2015

(313) belgyjskie lilyje

Nie, słońce na Sanżilu wcale jeszcze nie zaszło, choć ajfon podpowiada, że oficjalnie już tak. Prasa kłamie. Owszem, grzeje nadal tak, że Sahara może się schować z Gobim jednym czy drugim zresztą. I choć ramadanowi powoli mogą jeść, to komu jedzenie w głowie. Kto żyw, zlewa się wodą, albo nawiewa z Brukseni i okoliczności, bieguna gorąca. Niektórzy nawet daleko. Do samej Warszawy. I to wcale nie na wywczas od upału, tylko na zadymę.
Hę, co to za nowość? pyta spod prysznica Roman.
Ksenio, chodzi ci o dziewczyny slilit? chce wiedzieć Ana Martin, przedstawicielka grupy kobiet na ef.
Tak, ale nie slilit, tylko z lilii. Takie liliowe panienki. Takem wyczytała, że sześc lilii do Polski zjechało i szalało.
A to źle wyczytałaś, Ksenio. Nie slilit, tylko z Lilith. Z h na końcu, a całość jest kolektywem. Belgijskim. Na ef. W Polsce blady strach, ale no dobra, dam po całości. Feministyczno-kobiecym.
Piękne, co? zachwyca się Iwonek. Lilit. Ładnie, co, mamka? 
Ładnie synku, zgadza się Ana. 
A ładne te członkinie, chce wiedzieć Roman, nadal pod prysznicem. Seksistowska świnia maczo bym go nazwała i przezwała, gdyby nie był, jakby nie było - pracodawcą. No i wiem, że to na żarty. Bo czy lilit czy Lilith - te kobiety na ef robią sporo dobrego. Tym razem w Warszawie. Tak wywnioskowałam z opowieści Martinów.
Mianowicie w Warszawie lilyje pojechały od frontu na całego. Nie od frontu, na to Ana, tylko do fronteksu. Z wielkiej F dla odmiany. To agencja Unii; czyli oddział Romana w Warszawie, chcę wiedzieć? Tak jakby. Część Unii do walki z uchodźcami. Czyli taka przykrywka na złe uczynki białego człowieka. W sumie bardzo niefajne miejsce pracy.
Ale dlaczego? I po co one tam pojechały z samej Belgii, skro nie chłodzić się? Dlatego, bo w Warszawie jest siedziba Fronteksu, czyli organizacji wyznaczonej przez UE do zwalczania emigracji. Niby tej nielegalnej, a tak naprawdę - każdej. By chronić nasze bogactwo, tak Ksenio, nasze sanzilowskie też. By bez uszczerbku dla innych trwało na wieki wieków.
I lilie nasze, lilyje po polsku i litewsku wg Mickiewicza, o ile pamiętam, chciały zaprotestować przeciwko losowi migrantów pozostawionych samych sobie, odsyłanych do kraju, gdzie wojny, niewyławianych z morza, jak toną, jednym słowem - niechcianych w fortecy o nazwie Europa, tak? Ana gada i gada na bieżąco, a ja nie rozumiem. Gorąco mi dziury wypaliło.
Forteca o nazwie Europa? głowa mnie zaraz rozboli. To taka prześmiewcza, lecz niestety bardzo prawdziwa nazwa na Unię - czyli państwa dobrobytu, ale tylko dla swoich. Obcy nie mają wstępu, mimo pięknych zapewnień. Tyle w skrócie komisyjnym, tak to przedstawia Roman.
Hmm, a lilyje co mają do tego? To, że zrobiły performans przed siedzibą Fronteksu, spaliły paszporty, tańczyły i darły się. Sensu w tym może nie ma, choć one same twierdzą, że owszem - i to polityczno-magiczny. Podobno. Niech im będzie, zwał jak zwał. Jedno natomiast jest pewne - takie akcje podobają się w tiwi i na jutjubie, a co tam hula - o tym piszą na forach itepe itede. I kariera medialna gotowa.
Więc, zdaję się powoli łapać, one przysłużyły się emigrantom? Tego nie wiemy, ale na pewno nie zaszkodziły. Skoro piszą o nich nawet w Polsce, gdzie słowo na ef wciąż straszy - widać ktoś je zauważył. Sześć belgyjskich lilyj. Oby rosły w siłę.

Wednesday, 1 July 2015

(312) ramadan

Jest szósta rano. Jest bardzo ciepło. Już, a to poranne wstają zorze zaledwie. A będzie gorąco. 30? rzuca Roman. Jakie 30? 30 to może w jakichś Włochach lub Iszpanii. 35? próbuje Ana Martin? Jakie 35? tyle to może w Afryce. 38. tak. 38. U nas na Sanżilu. W cieniu.
A w cieniu upału - ramadan. Rozpoczął się jeszcze w zimno, czyli jak było tu włoskie lato. Na oko - w polskim roku szkolny. Co oznacza, że poniektórzy Sanżilowcy nie jedzą już ze dwa tygodnie. Ciekawe, ile to jeszcze potrwa.
Nie to, że nie jedzą Ksenio. Muzułmanie nie jedzą od wschodu do zachodu słońca, poucza Ana Martin. Czyli na okrągło, upieram się. Jakem o piątej wstawała, już jeść nie można było. Jakem sie wczoraj kładła, o 23, jeszcze świeciło. To co, po nocach się rzucają na karmę, jak krokodyle jakieś, nie przymierzając?
Owszem, przytakuje Roman. W ramadan je się nocą. Nie wiem, czy pod uwagę bierze się oficjalne wschody i zachody, czy takie umowne, powiedzmy 8-20, czy też wzrokowe: jasno - śpię, ciemno - jem.
Podpytam iwonkowe panie w kreszu, podpowiadam rozwiązanie. Zresztą te akuart chyba muszą jeść, jak inaczej cały dzień nosić maluchy w te i wewte po schodach. No i wytrzymać na głodniaka, karmiąc te wszystkie wygłodniałe, wybiegane maluchy?
Trzymać się w pionie, ot tak. Cud wiary to zdziała. A jak nie cud - odgórna decyzja. O tu patrzcie. Brukselski oddział ds. formacji, czyli szkoleń. Mieli mieć swój doroczny piknik 3 lipca, ale dyrektorka zorientowała się, że to w środku ramadanu. I jednym pismem przerzuciła obchody na wrzesień. By się wszyscy nażarli po równo.
To nie piknik przecież, zaglądam Anie przez ramię, tylko barbecue jakieś, sylabizuję, choć tego ostatniego nie da się wymówić. No tak, barbekju. Taki piknik z amerykańska. Mięsiwa i takie tam bogato oblewane piwem, z dodatkiem frytury i majonezu pewnie. Oraz czipsów, podpowiada Roman. No ale teraz bez żadnych dodatków, wręcz bez niczego. 
Bo całkiem niezła awanturka o to barbekju wybuchła. Okazało się bowiem, że w brukselskiej formacji nie pracują jednak sami islamiści, tylko także jacyś inni. Przykładowo katolicy. Którzy w odróżnieniu do Polski A i B, gdzie powoli przejmują władzę, tu się wcale niezbyt nie narzucają i dotąd nie kazali rezygnować z żadnego posiłku, bo święta. I dlatego nie widzą żadnego powodu, by nagle rezygnować w imię islamu z dorocznej, darmowej porcji buletów, steków i frytury. Bo niby dlaczego? Skoro się już nastawili? Smakiem się mają obejść?
Też mi się to nie podoba, i to wcale nie dlatego, że liczyłam na buleta. Po prostu nie chciałabym, aby cokolwiek w moim życiu zależało od religii, ciągnie Ana. Nawet polskiej? dopytuję. Żadnej. Swojskiej, nieswojskiej, a nawet od tych jw, co krążą z walizą. Tylko problemy się tworzą.
I po co tej dyrektorce od formacji były te zmiany, z drugiej strony, dziwi się Roman. Przecież ci od ramadanu steku ze świni i tak nie zjedzą. Trzeba się było uczyć, proszę pani! A tak to tylko taki wewnątrzformacyjny dżihadzik powstał. Coś mi się wydaje, że to jeszcze nie koniec wojen religijnych na Sanżilu i pobliżu.

Tuesday, 30 June 2015

(311) netoperek

Zaszumiało, zawirowało w powietrzu i nie była to burza. Anioł też nie. Samolot z planu Watheleta, co to teoretycznie miał lecieć nad inną dzielnicą, ale się mu pomylił dzień tygodnia? E tam. Batman to był. Z nowej reklamy Brukseni o nazwie logo. Brukseli, no dobra - to taki żarcik.
Jaki batman Ksenio, co to za nowość znów przynosisz? Nie ja, tylko prasa. Media znaczy się, poprawiam się. Sam se spójrz, jak nie wierzysz, o tu, coś tam już w końcu potrafię przetłumaczyć z francuska na nasze. A tu zadanie wręcz łatwiejsze, bo dziennikarz zerknął i od razu prawidłowo w polszczyźnie ojczyźnie skojarzył: batman.
Ksenio, batman to po angielsku. Nietoperz. Pan netoperek po czesku podobno. Roman, faktycznie coś z czarnymi skrzydłami tu dali. Ale żeby od razu batman? Toż to orzeł. Polski prawie, ewentualnie niemiecki, pruski, austriacki albo rosyjski. Uproszczony mocno, jakby Iwonek z Józinkiem się wzięli do roboty. Czarna plama o zachwianych proporcjach, tyle widzę, podsumowuje Ana Martin, artystka ze spalonego teatru.
Owszem, proporcje nieco nie te, ale orzeł też to nie jest, bo ma skrzydła w dół. No i nie polski, bo nasz przecież już tylko w koronie występuje, to by się dopiero jeden z drugim patryjotą oburzył, jakby se Bruksela orła-Polaka pożyczyła, a obowiązkowej korony nie dodała. Zresztą wszystkie orły w Europie ostatnio w koronach chadzają. Dostojnie. Narody puchną z dumy. Monarchię wprowadzą niedługo, podśmiewa się Roman.
Jeśli już - oceniam, przekręcając głowę - to logo przypomina samolot lecący pionowo w górę, jak ten bojing lub boink, co to go ostatnio uchwycili kamerą na jakimś lotnisku, jak prawie że pod kątem 90 stopni w górę startował. Nie chciałabym tam siedzieć w środku. Ani ja, wzdryga się Ana. Ani...ani...ani co ani, nie rozumie Iwonek.
A wiecie, co to ma być naprawdę? Ten batmano-orzeł, znaczy się? To jest stylizowany archanioł. Święty Michał, co to Bruksenię ma w swojej opiece na pewno od XIII w., kiedy to pierwszy raz go namalowali, ale pewnie i dłużej, bo anioły to prastara sprawa, uzupełniam. Jeszcze sprzed Jezusa, to już powoli ze dwa tysiaki lat będą. Pora było unowocześnić, bronię netoperka.
Ale dlaczego akurat za 80 tysięcy euro, ubolewa jeden z drugim Brukselczykiem podobno. Miasto się burzy, słusznie, bo chyba są poważniejsze problemy. I wydatki, choćby na place zabaw. Zasikane. Tojtojki było za te 80 tysiaków powstawiać.
Ale Ana sama wiesz, że czego nie ma w mediach w formie obrazka, to jakby nie istnieje, twierdzi Roman. E tam, bzdury. Domy medialne to nakręcają. Ja nie wierzę, że obraz to wszystko. Bez treści to i tak nic nie warte, jak celebryci zupełnie.
Sądzę, że Ana nieco racji ma. 80 tysiaków, i to liczonych w twardej walucie ojro, to kupa forsy jak na rzucenie tuszem na papier. Naprawdę, Iwonek i Józienek załatwiliby to gratisowo, a efekt nie byłby o wiele gorszy. Literki by się dodało i gotowe.
O, o te literki to jeszcze będzie kłótnia. Bo na razie na logo są trzy-czy, czyli: BXL. I już są głosy, że Famandowie się burzą, bo x jest francuskie. Prognozuję, że zapowiada się gorące lato. 40 stopni za tydzień. Bez burzy. I tylko szum klimy.

Monday, 29 June 2015

(310) ki diabeł, kie licho

Siedzimy sobie wczoraj w aucie onda pod blokiem, jakoś nie możemy wystartować, bo to albo małe płacze, albo to starsze krzyczy, że źle zapięte, a to średni wiekiem nie mogą się zmieścić między dwa foteliki, a najstarsi Martinowie z obłędem w oku ganiają i starają się temu zaradzić. Czas płynie wolno, a jak to przy niedzieli - pusto na ulicach. Mało kto chodzi ulicą, a już na pewno nie listonosz. A już na pewno nie pod krawatem, bo przecież ustawowy stroik jest granatowo-czerwony. Do tego wózek z gustowną celofanową torbą. Czapka od słońca, ewentualnie kurtka przeciwdeszczowa. 
W niedziele ktoś tak przyodziany ma jednak ustawowo wolne i tak czymać, więc kto się nam tu pląta, pytamy siebie i się nawzajem wzrokiem? Ki diabeł?
Tymczasem stoimy w aucie onda, kokosimy się, ile wlezie, nerwy letkie już idą po wszystkich, a tu nagle Iwonek, w międzyczasie niby dobrze przypięty, krzyczy: spójrz Ksenio, pan listonosz wsadza list do mojej skrzynki! Muszę zobaczyć! I już wysiada, i znów wszystko od nowa, przypiąć, zapiąć - taka wizja nas przeraziła, więc ruszyliśmy z kopyta, ciekawi jednakże, co to za list nam wrzucili ci pod krawatami.
Wracamy, zaglądamy, Iwonek szaleje z kluczem. Jest list. Zaadresowany z polska, co dziwi, bo przecież tu Sanżil, przypominam. Kie licho?
Hmm, mruczy Ana i coś podejrzewa. Roman, zerknij no, czy to aby nie doktrynacja i weź to dziecku z ręki, póki czas. Indoktrynacja Ksenio, poprawia Roman. Roman bierze z ręki dziecka, otwiera. Wyciąga kolorowy papierek. Niebiesko-żółty. Niebiekie jest tło, niebiańskie nawet, twierdzi Ana. Żółta jest postać. Ałra. Aura Ksenio, Martinowie małpują odmianę Iwonka na potęgę. I duuuużo tekstu. Po polsku!
Roman, mówiłam ci, byś wyjął dziecku z ręki tekst, bo to mi pachnie religią. Obojętnie mi, co tu piszą i jaka wiara, zabieraj! Ana przesadza chyba, ale czym skorupka nasiąknie w końcu, to potem ciężko będzie zmyć. Tak twierdzi, a ja się w sumie zgadzam, by chłopaki se same wybrały,  w co chcą wierzyć, lub nie.
Wolę to lub nie, Ksenio. Ale oczywiście zrobią, jak będą chcieli. Póki co - mówiłam wam, że po okolicznościach krążą przedstawiciele tej religii, wiecie o co mi chodzi, na jot wu, taka strona w internecie jest; głównie jednak wybierają klientelę, co to po portugalsku mówi, czyli tak jak rozdający ulotki. 
Co było mi bardzo na rękę, bo sprawiało, że ulotkę wrzucali, wszak Martin brzmi znajomo, po hiszpańsku wręcz albo włosku co najmniej, ale kontaktu ustnego już nawiązać nie można było. Tak więc z miłym uśmiechem można było pokręcić głową, że nąkomprędo, i zamknąć drzwi. A oni są zawsze fajowi i nigdy nogi między drzwi a framugę nie wsadzają, jak to niejeden ksiądz w kraju dziadkom zrobił, gdy go wpuścić do chałupy nie chcieli. Kie licho doprawdy zresztą.
Ale widzę, że nastała nowa strategia medialna. Ci co po brazylijsku zasuwają, już się zorientowali, że pora na zmiany religijne na Sanżilu. Coś mi się wydaje, że spisy polskich dusz już gotowe i możemy się spodziewać kolejnych wizyt. 
Trzeba będzie być czujnym, bo nie będą ci już one po obcemu. Oj nie. Gdzie diabeł sobie nie poradzi, tam babę wyśle, że się takim skrótem posłużę. Polkę z facetem u boku, niech ulotki dźwiga, feminista jeden!
Zresztą oni sami o tej czujności wspominają, uzupełniam. O tu, proszę. Więcej podobno na kongresie, już w lipcu tuż za rogiem, a jak nie można pojechać - to i brzoszurę darmową doślą, i do domu przyjść mogą. O, po moim trupie, zarzeka się Ana. Ale licho nie śpi. Bądźmy czujni, ki diabeł zresztą.

Thursday, 25 June 2015

(309) rolle bolle

Ghent. Brzmi swojsko, co? Jakby za miedzą leżało. Przykładowo koło Gandu zwanego Gandawą przez co bardziej uczonych lokalnych Sanżilowców, albo Gentu zwanego Gą, choć to podobno jedno i to samo. Tak byśmy myśleli. Błąd!
Ana Martin mnie oświeciła. Kagankiem oświaty normalnie dała po oczach na koniec roku szkolnego, że hej. Hejaaa. Bo to w samych Usach! I fragment stosowany podrzuciła. Cytuję po całości, co się tam będę ograniczać, sieć wszystko łyknie, i hejt, i fotosy, to i se spiszę, co w tym amerykańskim Ghencie słychać i skąd ci on się wziął tak daleko. 

Miasteczko zostało założone w 1881 r. przez 12 chłopskich rodzin z Flandrii, które zachęcone przez księdza wyruszyły doNowego świata, by tam założyć katolicką osadę.
Belgowie z Ghent najpierw wybudowali kościół parafialny pod wezwaniem św. Eloya, potem założyli karczmę, barwną flamandzką tawernę. The Silver Dolar Bar w Ghent do tej pory zachował zapach starych czasów, długą ladę barowa, błyszczące kraniki do beczek z piwem, a za ladą karnawał błyszczącego szkła. Organizuje się tu jeszcze zawody rolle bolle, czegoś w rodzaju jeu de boules przywianej z Belgii. Spacerujemy po cmentarzu, historię można wyczytać z nagrobków: Blomme, Van Keulen, Caes, Van Uden, Stassen, Rogge, Olieslager. Żaden grób nie jest zaniedbany, widać społeczność do dzisiaj jest ze sobą silnie zżyta.
W Minnesocie wzajemne przesądy na temat Belgów i Holendrów są odwrócone. Tutaj to Belgowie są znani ze sprytu i skąpstwa. Krążą takie przysłowia: Kto jest sprytniejszy od belgijskiego chłopa? Inny belgijski chłop. Dlaczego wszyscy Belgowie tego samego dnia malują swoje domy i stodoły na ten sam kolor? Bo udało im się kupić tanio farbę na targu.
Belgowie żyli skromnie i oszczędnie, jak mówi przysłowie: mieli duże stodoły, ale małe domy. Powoli stawali się bogaci.
Niektórym się nie udało, paraliżowała ich tęsknota. Słyszałem o Belgu mającym zwyczaj wspinania się na wiatrak, nawet w przeraźliwe zimno; nieruchomym wzrokiem patrzył na równinę w kierunku swojej dalekiej ukochanej Flandrii.

Ana każe dopisać, że to z Geerta Maka. Autora takiego zza miedzy holenderskiej. Napisał ci on: Śladami Steinbecka, spisałam bezbłędnie, a Roman sprawdził. Lećcie do bibiotek i czytajcie o Ghencie, co go już nie ma praktycznie, gdyż:


Dziś martwe na amen. Jakieś dwie trzecie domów zniknęło w ciągu ostatniego półwiecza. Szkoła parafii św. Eoya liczyła wówczas dwustu uczniów. ok. 1990 r. chodziło jeszcze najwyżej 30 dzieci. Teraz drzwi i okna są zabite deskami.
Bar Silver Dollar wystawiono na sprzedaż.

Smutno się jakoś zrobiło. Pora uciekać na wakacje. 



Wednesday, 24 June 2015

(308) goło na rowerze

Goło, ale wesoło. Nago na rowerze. Raz pod wozem, raz na wozie, bo fortuna kołem się toczy. O tym wszystkim myślałam w ostatnią sobotę. Zimną, dodajmy, ani nie wiosenna, ani letnią. Za to pod względem emocji, szczególnie kierowców mijających nagich rowerzystów - gorącą, że hej!
Gołych rowerzystów? Jak w filmie flamandzki słynnym? Naprawdę? Gdzie to? śmieje się Ana. A u nas, na Sanżilu i w okolicznościach, a jakże. Ksenia, no co ty wymyślasz, w taką pogodę? nie wierzy Ana, a przecież sama widziałam własnymi oczyma i oczami, widziały gały, co brały, a brały okulary, by ostrzej widzieć, to i widzą. Mama, serio! naprawdę! emocjonuje się Iwonek. Pan bez koszulki jechał na rowerze koło pani poktukalki, jak szłem z tatusiem po rogaliki! Miał kwiatki! krzyczy Iwonek.
Potwierdzam, potakuje Roman. Jechał golas. Wesoły. Na rowerze, w wianku, z torbą płócienną oczywiście, jak ty Ana zupełnie. W sensie torby, bo golizny to nie, gdzie te czasy ach. Wianek dziewiczy też nieaktualny, dwa efekty mamy w mieszkanku, a świętojański - dziś popłynąłby w nocy, gdyby był. Ale nie był. Za to na panu był. Taki co on umajony był gdzieniegdzie.
No ale po co rowerzyści się rozbierali? Bo to taka akcja była w sobotę. Nagusy na rowerach przejechały przez miasto w ramach protestu przeciwko polityce nieuwzględniającej potrzeb rowerzystów. Więc uradzili, że w ten sposób na pewno zwrócą na siebie uwagę. Skutecznie chyba, skoro nawet żłobkowicze się zainteresowali takimi cudakami. I wiankami.
Cudacy tym więksi, że zimno było, że hej. Źle coś datę wybrali, ale skąd mogli wiedzieć, teoretycznie fetdelamuzik, najdłuższy dzień, najwięcej słońca  wszystko wskazywało, że przejażdżka na goło to będzie czysta przyjemność  wręcz orzeźwienie. A tu pogoda spłatała psikusa. Wiatr. Chmury. Wilgoć. I siadaj tu pan albo pani gołą pupą na siodełko. Nie wiadomo nawet, jakie gorsze w tym kontekście, plastikowe czy skórzane.
W sumie żal pe-el, że zebrało się tylko 150 golasów. Tylko? Aż! Przecież aż 150 osób postanowiło poświęcić swoje zdrowie i wygodę, by dobrze się jeździło tysiącom. Mówię to trochę na żarty  a trochę nie. Bo niestety jest tak, że o ile coś nie szokuje, to i nie odnosi żadnego skutku. A tu proszę, jaki przekaz medialny poszedł w cały świat. Że Sanżil i Bruksela to nie tylko miasto limuzyn z prezydentami za szybami, opancerzonych w sztywnych garniturach i krawatach, ale także wolności, gdzie na rowerze do pracy może zasuwać nawet taki jeden z drugim panem z szumana. Popieram!
Ciekawe teraz, czy zrealizują ich postulaty i kto? Zbudują te trasy czy nie? No i najważniejsze: czy na rowerze po Sanżilu to już tylko nago jeździć będzie można? Znaczy się: w w wianku gdzieniegdzie i ówdzie?

Tuesday, 23 June 2015

(307) wyciekło

Mniej więcej raz na miesiąc słyszę, jak Ana Martin poszukuje dla kogoś gorączkowo to hydraulika, to elektryka, to kogoś innego od wycieków. Polka Polce, a nawet Polakowi pomoże, wiadoma sprawa, sąsiedzka przysługa zza miedzy. Ale żeby przysłowiowy polski hydraulik musiał robić w belgijskim ministerstwie - no no, takiej kariery to chyba nawet najstarsi górale nie pamiętają, mimo że gdzie Łapy, a gdzie góry, no gdzie, na pewno nie za miedzą właśnie.
A jednak się zdarzyło, klnę się jak bumcykcyk. U Stefana wczoraj podejrzałam na tiwi. Wyciekło im z ministerstwa i huczy o tym cały fejsbuk. Już nawet stronę o tej fłit całej założyli, jakby to co najmniej kongres kobiecy był lub teczki jakieś od sowy z Warszawy, i to bynajmniej nie tego, co tu nam zjedzie jesienią i głównie myśli i książki, tylko od tego, co głównie gotuje. 
Ten sowa, nieźle swoją drogą.
Ksenia, to nie wyciek dla hydraulika przecież. Fejs belgijski to może i huczy od niego - choć to strumień informacji przecież, a nie wody, myślę se -  ale w tiwi pokazywali, co się działo, zanim informacja o wycieku trafiła do tiwi. 
Spokojnie, łagodzi Roman. Co wyciekło? Rozumiem, że nie woda. Ależ skąd. Tematy i pytania egzaminacyjne, w zależności od klas i rocznika. Do wyboru i koloru, co kto chce. Historia i niderlandzki - o tym już wiadomo. A co im tam wyciekło jeszcze, o tym prasa doniesie zapewne znów na przestrzeni najbliższych dni, mówiąc jak dyżurny ruchu drogowego, gdyż informacje wciąż spływają - choć to nie strumień, jak wspominałam.
A co ma do tego fejsbuk, dopytuje naiwnie Ana. Ana, w jakich czasach ty żyjesz, chciałoby się zakrzyknąć o pomstę do nieba. Przecież jak czegoś nie ma na fejsie, to to nie egzystuje, jak powiedział niejaki Tosiek, lat sześć i brak dwóch zębów. Pytania i właściwe odpowiedzi, ledwo wyciekły z regionu Brabant Wallon, tłumaczyć mi się nie chce, wrzućcie w translatora, już w mgnieniu oka, albo nawet krótszej przestrzeni czasowej, szalały po całej Brukseli. Gdzie uczniowie okazali się niezwykle zadowoleni, że zagadnienia okazały się jednakowe.
Jedno mi się nie zgadza...hmm...jak to wytłumaczyć? Już wiem! Że oni wiedzieli jakimś cudem, że to są te same pytania! triumfuje Ana.
Faktycznie - chwila zadumy w oczach Romana. A może, wtrącam się - oni tu w Belgii mają inaczej niż u nas w tzw. kraju i pytania są podawane z grubsza już wcześniej? No Ksenia, patrzy na mnie z uznaniem Roman, masz rację chyba.
To się nazywa zaufanie społeczne. Coś, czegoś w Polsce brakuje, a tu podobno jest. A przynajmniej było, wśród starszych. Nie ściągali podobno. Nie oszukiwali. Podobno. No właśnie.
Fachu by się lepiej pouczyli konkretnego ci młodzi, ma rację tym razem Ana, przyznaję. Np. hydraulików i elektryków oraz innych takich od wycieków nadal brakuje. Wyciekła historia - nie zreperowali, to i wyciekł język. Co następne? A jakby swoich speców mieli, to i by po mniejszościach szukać nie musieli i może straty byłyby mniejsze. 
Chyba w tym całym zamieszaniu chodzi o to, że ktoś czegoś nie dopatrzył  Że zaufał, że będzie uczciwie. Że założono, że w Belgii można podać tematy i nikt nie skorzysta, że nie ściągnie, jak w Polsce. Czy z sieci, czy od sąsiada- większej różnicy nie ma. A tu klops.
A no tak. Zaufanie społeczne. Coś, co już było. I się zmyło. Wyciekiem albo ściekiem. Tylko hydraulika ani widu słychu coś.