Erdogan, erdogan, przyplątało się do mnie i nie mogę dojść skąd? gdzie? kto? co to? Ani to po polsku, ani po belgisjku, najbliżej chyba ten drugi dialekt, ale tu gie słyszę, nie ha lub ce-ha gardłowe. Poradźcie, bo oszaleję z tego niedoinformowania!
Ze Skarbku toś se chyba przywiozła na Sanżil, stwierdza spokojnie Ana Martin. Ze Skarbka? Toż to ja tam nie bywam. Świadomie w każdym razie! Jezu? Jakaś zaraza czy co? Emi-imi? Matuś, ojce - ratujcie!
Ksenia, spokojnie, śmieją się Martinowie. Byłaś na Skarbku, byłaś przecież, sam z tobą wilo pedałowałem na parapetówę, a z Aną żeś obskoczyła 40-ę nawet jedną, pewnie pierwszą w zyciu. Ni, protestuję, to nie był żaden Skarbek! Tam czysto było! Biali ludzie na tych imprezach. Okej, z ciemnymi włosami, ale nasi, po polsku się wyrażali jak najbardziej i najoględniej. O nie Roman, wypraszam sobie.
Oczywiście, że to był Skarbek, moja droga, i to do tego głęboki. Ale jak to, z diamentem w nazwie? Toż to jakoś nie pasuje...diament powinien świecić nad polską królewna, a nie na jakimś Skarbku się marnować.
Tam świeci brylant. Na palcu niejednym. A na Skarbku świecą ostatnio plakaty. A nawet kolą. W oczy. Na nich - Erdogan.
O to mi chodzi właśnie, że wszędzie erdogan i erdogan. Co to?
Kto to prędzej, poprawia mnie Roman. Premier Turcji.
Nic nie czaję już zupełnie, że gwarą polecę - a co on robi na plakacie w Skarbku? który jest jakby nie było kawałkiem Ojropy oraz Belgii wręcz? Niezależnego królestwa do tego?
Turcja też jest kawałkeim Ojropy, i kawałkiem w Ojropie, ale że Erdogan wszedzie na Skarbku - to akurat nielegalne, zgadza się - przytakuje Roman. Wszystko z powodu wyborów w Turcji. Postanowili się zareklamować tam, gdzie znajdą głosy. Czyli na Skarbku i Sanżosie.
Nieźle to sobie embieej jeden z drugim spindoktorkiem wymyślił, cmoka z podziwem Ana. Nawet jeśli im te plakaty zerwą, bo to przecież przestępstwo - o, widzę tu jak wół, z kodeksu - to i tak jest o czym mówić. Nazwisko się utrwala, i o to tylko chodzi. Nawet warto zapłacić ewentualną karę - 225 ojro za plakat. To i tak mała cena, a jak dojdą do władzy - to sobie odbiją.
Tzn. nie dojdą, bo już tam są - utrwalą, poprawia ślubnego Ana.
Erdogan erdogan chodzi po głowie faktycznie. A program, przypominam sobie, co z nim?
Jaki program, Ksenia...widziałaś, co się działo w niedzielę w konsulacie? To program wygrał twoim zdaniem w Polsce A B i C? Twarze z plakatów i tiwi wygrały, choć nie oglądam - to wiem - przechwala sie Ana.
O, mam swietny pomysł, że polecę Iwonkiem. A jakby tak za pięć lat jakiś nasz kandydat Ana sie tak rozwiesił po Sanżilu i okolicznościach? To może by wygrał, co?
Nasz kandydat nigdy w Polsce nie wygra, ponuro wieszczy Ana. Nie w naszym pokoleniu. Wszystkie głosy pracowicie zakreślone przez Iwonka - zakreślone na darmo. Dobrze przynajmniej, że jakąś radochę z tego miał. A teraz to będzie używania, że ho-ho.
Thursday, 29 October 2015
Monday, 26 October 2015
(345) zet-ha-pe
Nigdzie i nigdy nie widziałam tylu harcerzy, co na Sanżilu, choć w sumie, jak się zastanowić, to nie zaprzecza nigdzie i nigdy. Ach, ten język! Ach, ta polszczyzna i Polska, o które tak się miało dbać w myśl zuchowej i harcerskiej przysięgi! Gdzie te czasy? A gdzie ta polszczyzna oraz Polska? Daleko.
Wróć, baczność! że sama siebie przywołam do porządku. Ksenia, przecież ci harcerze to wcale nie po Sanżilu, tylko po Foreście ganiają. Bo są od świętego Augustyna z placu lub z parku Dudena. Zawsze w biegu i zawsze zajęci. W sumie fajnie. Jak w Polsce B kiedyś, a to lebelż przecież.
Zet-ha-pe?
Nie...chyba skauci? Chyba, oj tylko chyba. Roman na jednych z licznych urodzin zuchów i zuszków starał się zrozumieć, kto jest harcerze, kto skautem a kto wilczkiem. Nie, nie człowiek-człowiekowi-wilkiem, tylko miłym wilczątkiem. Luweto w wymowie, louveateau w pisowni, natomiast lupiotą - dla dziewczynek. I jedyne, co zrozumiał, że na wszystkie te grupy Iwonek za mały. Ale że kiedyś w sumie warto by było, by został: wilczkiem, bo wilczyczką - to chyba nigdy.
Jak będzie miał 6 lat.
To ile mama, pokaż?
Tyle.
I co wtedy mamusiu? Dostaniesz chustę, białą bluzę, granatowe skarpety, szare spodenki, o ile mnie pamięc nie myli, i czapkę. I odznakę. I będziesz chodził na zbiórki...
...ale ja już chcę, wtrąca Iwonek...
Nie możesz synku. Trzeba poczekać.
Ale po co? dlaczego po polsku synku.
A wiecie, że skauci belż są całkiem na luzie, jeśli chodzi o alkohol? To także ich różni od zet-ha-pe, kątempluje Roman, zucho-harcerz z przeszłości. Ile u nas było gadania, że harcerzowi nie przystoi! Że picie splami honor harcerza, sztandaru, rodziny, drużyny i czego tam jeszcze. A harcmistrze pili właśnie, że hej.
W zet-ha-pe? Tak, i zet-ha-er, co się potem wydzieliło czy oddzieliło - też.
To co, tu nie ma wychowania w trzeźwości?
Jest. Ale jest też zdrowy ogląd sytuacji. Mianowicie wyczytałem dziś na stronie skautowskiej, że przewodniczący organizacji zdają sobie sprawę, że alkohol był, jest i będzie. Więc na spokojnie piszą, by to nie on rządził zbiórką. By nie dać się sponsorować wódkom, piwom i winom. By z umiarem.
By dzieci piły z umiarem? dziwię się.
Dzieci to i w Polsce mało piły, mądrzy się Ana. Picie było wyżej, na każdym obozie. Pamiętasz Roman?
Coś tam mi świta ale mało co, i to nie z picia wynika bynajniej, tylko z przeżycia. Lat wielu od tej chwili i zakończenia kariery drużynowego. Pora na nowe. Wilczki i wilczyce. Choćby belż os stóp do głów, a raczej czapy.
Ja chcę! woła Iwonek.
Po słoweńsku drużyna to rodzina, tak na marginesie, uzupełnia Ana. Wilki też się razem trzymają na całe życie. Co swoja wataha, to wataha. Jak z rodziną zupełnie. Najlepiej na zdjęciu, a jak się nie da na trzeźwo - to po alko. Mądrzy ci lebelż czasami.
Wróć, baczność! że sama siebie przywołam do porządku. Ksenia, przecież ci harcerze to wcale nie po Sanżilu, tylko po Foreście ganiają. Bo są od świętego Augustyna z placu lub z parku Dudena. Zawsze w biegu i zawsze zajęci. W sumie fajnie. Jak w Polsce B kiedyś, a to lebelż przecież.
Zet-ha-pe?
Nie...chyba skauci? Chyba, oj tylko chyba. Roman na jednych z licznych urodzin zuchów i zuszków starał się zrozumieć, kto jest harcerze, kto skautem a kto wilczkiem. Nie, nie człowiek-człowiekowi-wilkiem, tylko miłym wilczątkiem. Luweto w wymowie, louveateau w pisowni, natomiast lupiotą - dla dziewczynek. I jedyne, co zrozumiał, że na wszystkie te grupy Iwonek za mały. Ale że kiedyś w sumie warto by było, by został: wilczkiem, bo wilczyczką - to chyba nigdy.
Jak będzie miał 6 lat.
To ile mama, pokaż?
Tyle.
I co wtedy mamusiu? Dostaniesz chustę, białą bluzę, granatowe skarpety, szare spodenki, o ile mnie pamięc nie myli, i czapkę. I odznakę. I będziesz chodził na zbiórki...
...ale ja już chcę, wtrąca Iwonek...
Nie możesz synku. Trzeba poczekać.
Ale po co? dlaczego po polsku synku.
A wiecie, że skauci belż są całkiem na luzie, jeśli chodzi o alkohol? To także ich różni od zet-ha-pe, kątempluje Roman, zucho-harcerz z przeszłości. Ile u nas było gadania, że harcerzowi nie przystoi! Że picie splami honor harcerza, sztandaru, rodziny, drużyny i czego tam jeszcze. A harcmistrze pili właśnie, że hej.
W zet-ha-pe? Tak, i zet-ha-er, co się potem wydzieliło czy oddzieliło - też.
To co, tu nie ma wychowania w trzeźwości?
Jest. Ale jest też zdrowy ogląd sytuacji. Mianowicie wyczytałem dziś na stronie skautowskiej, że przewodniczący organizacji zdają sobie sprawę, że alkohol był, jest i będzie. Więc na spokojnie piszą, by to nie on rządził zbiórką. By nie dać się sponsorować wódkom, piwom i winom. By z umiarem.
By dzieci piły z umiarem? dziwię się.
Dzieci to i w Polsce mało piły, mądrzy się Ana. Picie było wyżej, na każdym obozie. Pamiętasz Roman?
Coś tam mi świta ale mało co, i to nie z picia wynika bynajniej, tylko z przeżycia. Lat wielu od tej chwili i zakończenia kariery drużynowego. Pora na nowe. Wilczki i wilczyce. Choćby belż os stóp do głów, a raczej czapy.
Ja chcę! woła Iwonek.
Po słoweńsku drużyna to rodzina, tak na marginesie, uzupełnia Ana. Wilki też się razem trzymają na całe życie. Co swoja wataha, to wataha. Jak z rodziną zupełnie. Najlepiej na zdjęciu, a jak się nie da na trzeźwo - to po alko. Mądrzy ci lebelż czasami.
Thursday, 22 October 2015
(344) terra incognita
Muszę sama siebie pochwalić, że co jak co, ale za dzisiejszy tytuł należy się nie tylko tytuł Polaka roku, ale i Polki, co to kiedyś może zostanie przyznany w czasach na EF. Póki co: terrrrrainkognita chrzęści w zębach, odkąd żem wyczytała w artykule o podróżach polskiej królewny, że tam to ona właśnie tym razem nie była.
W Polsce natomiast była, taka była prawidłowa odpowiedź, a to faktycznie inna wymowa zupełnie, niż ryryry z terrry.
Lylyly s telllllly podchwytuje Iwonek. Ksenia, co to?
Ana, co to, odbijam piłeczkę, bo takich pytań się akurat nie spodziewałam.
Przede wszystkim jedno wielkie nieporozumienie, dzieciaki wy moje. Po kolei: królewna polska była w Polsce, to fakt. Z wizytą królewską. Ho ho, podłapuję, na wysokim szczeblu? Tak, najwyższym. Co? Z samym prymasem czy jak ten tem w czepcu się zwie, się widziała? Nie, z nim nie, póki co, tych w czepcach, choćby ich 7 na sobie mieli, jak setbonje nie przymierzając, nie liczymy do wizyt państwowych, chyba że to Watykan, ale gdzie Rzym a gdzie Krym?
W Polsce póki co najwyższy szczebel to chyba prezydent, co Roman? zastanawia się Ana.
Licho wie. Zresztą wszystko jedno, mental podobny. Nie no Ana, nie bluźnij. No dobra, odpuszczę; ale nawet jeśli teraz nie jest podobny, to wkrótce będzie, już po niedzieli, jeszcze tylko Iwonek dumnie zakreśli dwa lewe nazwiska i już będą one przegrane!
Ale u kogo ta wizyta więc? I co to ta terrrra?
Ach, no tak. Wizyta w Polsce. Głównie A niestety, bo szczebel wysoki. Trochę kolacji, uśmiechów, błysków fleszy. Normalka. Do tego - zakulisowe wizyty biznesmeńskie. Jak zawsze. Trochę pisaniny w prasie i nagrań w tiwi - bo czym zapełniać programy. Jedyna różnica w tej terrrrze.
Mianowicie?
Bo w tej okazji wszyscy, zarówno na Sanżilu i w okolicznościach, jak i w Warszawie i okolicznościach, w tym Łapach zapewne, przypomnieli sobie, że królewna jest stąd. Stamtąd właściwie. Z Polski C czyli skądś. I że już była na matczynej ziemi, i że serce jej łzwiło, a usta same układały do polskiej mowy.
Oczywiście w ilości słów kilku, a nie recytacji Mickiewicza czy innej adwokacji, wyzłośliwiam się. Już ja widzę, jak Łotwa ojczyzną nie moją, ale i nie jej.
Prawda, to, tym bardziej, że to Litwa.
Ale Roman przyznaj, że sprytne marketingowo - pałac puścił łzawe info na cały świat, że oto królewna wraca na ziemię, która nie jest jej nieznana. Polki ugór. Gleba. Terra to gleba właśnie. Inkognita przez c - nieznana. Polska natomiast znana i miła.
Tak to się wypełnia treścią jedno wielkie nic, jak nic innego nie ma do napisania, kątempluje Ana.
To zna ta nasza królewna Polskę, ukochała ją sobie i chce wesprzeć duchem, czy nie? Zbudujemy nad Wisłą drugą Brukselę czy nie?
Tera to naprawdę terra incognita, śmieje się Roman. Zobaczymy wkrótce. Już w niedzielę o 21.
W Polsce natomiast była, taka była prawidłowa odpowiedź, a to faktycznie inna wymowa zupełnie, niż ryryry z terrry.
Lylyly s telllllly podchwytuje Iwonek. Ksenia, co to?
Ana, co to, odbijam piłeczkę, bo takich pytań się akurat nie spodziewałam.
Przede wszystkim jedno wielkie nieporozumienie, dzieciaki wy moje. Po kolei: królewna polska była w Polsce, to fakt. Z wizytą królewską. Ho ho, podłapuję, na wysokim szczeblu? Tak, najwyższym. Co? Z samym prymasem czy jak ten tem w czepcu się zwie, się widziała? Nie, z nim nie, póki co, tych w czepcach, choćby ich 7 na sobie mieli, jak setbonje nie przymierzając, nie liczymy do wizyt państwowych, chyba że to Watykan, ale gdzie Rzym a gdzie Krym?
W Polsce póki co najwyższy szczebel to chyba prezydent, co Roman? zastanawia się Ana.
Licho wie. Zresztą wszystko jedno, mental podobny. Nie no Ana, nie bluźnij. No dobra, odpuszczę; ale nawet jeśli teraz nie jest podobny, to wkrótce będzie, już po niedzieli, jeszcze tylko Iwonek dumnie zakreśli dwa lewe nazwiska i już będą one przegrane!
Ale u kogo ta wizyta więc? I co to ta terrrra?
Ach, no tak. Wizyta w Polsce. Głównie A niestety, bo szczebel wysoki. Trochę kolacji, uśmiechów, błysków fleszy. Normalka. Do tego - zakulisowe wizyty biznesmeńskie. Jak zawsze. Trochę pisaniny w prasie i nagrań w tiwi - bo czym zapełniać programy. Jedyna różnica w tej terrrrze.
Mianowicie?
Bo w tej okazji wszyscy, zarówno na Sanżilu i w okolicznościach, jak i w Warszawie i okolicznościach, w tym Łapach zapewne, przypomnieli sobie, że królewna jest stąd. Stamtąd właściwie. Z Polski C czyli skądś. I że już była na matczynej ziemi, i że serce jej łzwiło, a usta same układały do polskiej mowy.
Oczywiście w ilości słów kilku, a nie recytacji Mickiewicza czy innej adwokacji, wyzłośliwiam się. Już ja widzę, jak Łotwa ojczyzną nie moją, ale i nie jej.
Prawda, to, tym bardziej, że to Litwa.
Ale Roman przyznaj, że sprytne marketingowo - pałac puścił łzawe info na cały świat, że oto królewna wraca na ziemię, która nie jest jej nieznana. Polki ugór. Gleba. Terra to gleba właśnie. Inkognita przez c - nieznana. Polska natomiast znana i miła.
Tak to się wypełnia treścią jedno wielkie nic, jak nic innego nie ma do napisania, kątempluje Ana.
To zna ta nasza królewna Polskę, ukochała ją sobie i chce wesprzeć duchem, czy nie? Zbudujemy nad Wisłą drugą Brukselę czy nie?
Tera to naprawdę terra incognita, śmieje się Roman. Zobaczymy wkrótce. Już w niedzielę o 21.
Tuesday, 20 October 2015
(343) przed świętami
Takiego października to chyba najstarsi górale by nie pamiętali, nawet jakby tu się jakiś na tym płaskowyżu belgijsko-flamandzkim uchował. Zimno, wiatr i deszcz, by streścić w czech słowach. Aha, jeszcze jakby ciemno, z nocy w noc wpadamy, byłabym zapomniała.
Pełny obraz powstał. Emi-imi przy tym to pikuś.
Ładnie, co? ładna jesień, co Ksenia, chce wiedzieć Iwonek. Zimna zima, odpowiadam!
To wtedy, jak Groch ma urodziny? Tak. O, to ja chcę! Będzie śnieg i Mikołaj!
To wtedy, jak Groch ma urodziny? Tak. O, to ja chcę! Będzie śnieg i Mikołaj!
Będzie Mikołaj, nie będzie śniegu - tak widzi to Roman.
Mikołaj już nawet jest, budzi się z jesiennego snu Ana, letargiem zwanego u roślin, jak ze szkoły pamiętam, co to swoje święto świętowała, ale nie tu, na Sanżilu, tylko w ojczyźnie matczyźnie. Tu świętowała w inną środę, strajkiem.
A gdzie jest, chce wiedzieć Mikołaj.
Po sklepach nie chodzisz Iwonka, to nie wiesz. Wszędzie po prostu. W lidlu-aldiku-delezie-karfurze (w Polsce A B i C występującym pod nazwą kerfur) - u Pawła za rogiem, a nawet u Hindusa zwanego Arabem, choć ten jeden z drugim raczej Mikołaja nie powinni obchodzić.
Jak to, Ksenia, widziałaś ty, by cały świat teraz zgodnym chórem czegoś nie obszedł? Kto żyw, kupuje mikołaje. Z czekolady. Sama widziałam, jak w polskich sklepach znikają w promocji. Dwa mikołaje z jajami.
Pewnie wielkanocnymi, z przeceny hurtem wzięli busikiem dowieźli, tylko w nowe sreberko-złotka opakowali, wymyśla Ana.
To dobrze, jak jaja uświęcone Wielkanocą w ojczyźnie, to można je posłać bezpiecznie do polskiej sekcji w szkole europejskiej. Tam, gdzie mówią po europejsku, chce wiedzieć Iwonek? Tak synku. Bo tam podobno co niektórzy świętujący polskie święto edukacji chcą, by polskie dzieci miały wszystko po polsku. Albo nie miały, jeśli to nie po polsku. Jeśli chodzi o helołin - to mają go właśnie nie mieć.
Co to helołin, mama, chce wiedzieć Iwonek.
Ja też nie popieram anglososowych czy jakoś tak świąt, wydyma wargi Ana. To takie dynie, Iwonku, tłumaczy na dziecięce.
To co, dziady mają maluchy świętować, wyzłośliwia się Roman? Choćby. To zabobon i to zabobon, z tym że ten na h bardziej komercyjny, bo co handel sprzeda dziadom?
To co, dziady mają maluchy świętować, wyzłośliwia się Roman? Choćby. To zabobon i to zabobon, z tym że ten na h bardziej komercyjny, bo co handel sprzeda dziadom?
Dziadom wszystko można sprzedać, nawet kłamstwo polityczne, że sobie przypomnę o takim jednym, co to prezydentował i nieładnie do dziada powiedział. A wybory za pasem!
To co innego. Polytyka panie i zwykłe chamstwo. Ale co Ana, zabronisz polskim dzieciom czcić helołin, skoro reszta europejskiej dzieciarni radośnie się przebiera na pomarańczowo? To i Mikołaja im odmów!
Ja nie chcę, przeraża się Iwonek. Ja chcę mikołaja, jak Groszek będzie miał urodziny! Mikołaja z jajami!
No i ma, czego chciałam, kiwa głową Ana. Tak - będzie i mikołaj, i helołin, i dziady jak chcesz. I urodziny Groszka, upomina się Iwonek. Ja zrobię tort. Mikołajowy. Z jajkiem tata, dobrze?
Monday, 19 October 2015
(342) gdybym był zamkowym
Jesień ci to wyjątkowa i pod względem koszmarnej pogody - zdaniem wielu, i problemu emi-imi - zdaniem równie wielu. Grupy się te częściowo pokrywają i wzajemnie wchodzą w drogę pod względem różnych deklaracji i emocji, jak to nazywa komisyjny Roman, czy to pozytywnych - że wyjdzie słońce i emi-imi wyjadą przykładowo, czy to negatywnych - że bardzo oczywiście chcemy, ale nie możemy. Znieść deszczu i emi-imi.
Na Sanżilu i w okolicznościach też wypowiada się każdy i każda, w sklepie, tramwaju, pod kościołem. W tiwi, w gazecie, na fejsie, na łolu swoim i nieswoim, swojskim i nieswojskim, pod nazwiskiem lub pod nienazwiskiem. I zawsze jest jakoś tak tej jesieni, że jak się już popsioczy na ciemności i deszcze, to przychodzi pora na emi-imi.
U was na komisji też tak, zwracam się względem Romana. A jakże! We wszystkich językach do tego i z minami jeszcze mądrzejszymi, niż na dzielnicy, garnitur i szpilka zobowiązuje do wyższej formy abstrakcji jakiejś, z czego podśmiewa się Ana, choć co to jest - to ona jedna wie. I jej prezeska.
To jest, jak ktoś się wstydzi przyznać, że nie chce emi-imi, a ubiera to w niby-mądre argumenty. Stroi w cudze piórka? W ładne prędzej. Tak ładne, że za ładne wręcz. Podszyte smrodkiem, że oj.
Fuj! włącza się Iwonek.
Bo mało kto robi coś takiego dla emi-imi, jak pani jedna ze Skarbka. Miała wolne mieszkanko, to i zaprosiła do niego rodzinę z Syrii. I dziwi się w lalibr: dlaczego nie? Przecież puste stało. A tak ktoś skorzysta, zasiedlając. Roman to wyczytał.
Ale ma klasę ta pani, na to Ana.
Ma. Opowiedziałem w pracy, a oni i one: no dobrze, ale my nie mamy przecież warunków, jak ona! Brakuje nam jednej sypialni! Ale oczywiście chętnie byśmy przyjęli, o tak! Gdzie się można zapisać?
To zupełnie tak, jak miejscowy Laurent, niesforne dziecko rodziny królewskiej, przypomina sobie Ana. Też okazało się, że jest za biedny na przyjęcie emi-imi. Ma tylko olbrzymią willę przecież do dyspozycji. Natomiast gdyby miał zamek...
Tak gada serio? nie wierzy Roman.
Sam se popacz. Serio i serjożnie. Mówi, że w obecnej sytuacji warunki mu nie pozwalają, ale gdyby miał zamek...
Do króla pije czyly, brata, wzrusza ramionami Ana. Załatwia porachunki rodzinne czyly.
Wstrętne, co? stwierdzm. Tak rodzinę poniewierać po gazetach.
Wstrętne to to, że bogacz jeden z drugim nie widzi problemu! Widzi czubek własnego nosa.
Jak my wszyscy zresztą. Też nikogo nie przyjęliśmy. Nikt z nas, mniej lub bardziej szlachetnych, nie przyjął i niczym się nie podzielił. Wstyd mi za nas, podsumowuje Roman.
A gdybym był zamkowym? Z zamkiem po Sanżilu ganiał? To co byś powiedziała? Czy emi-imi byś go dała, Ana?
Nie dałabym. I to mnie martwi. I przeraża. Chwała starszej pani ze Skarbka!
Na Sanżilu i w okolicznościach też wypowiada się każdy i każda, w sklepie, tramwaju, pod kościołem. W tiwi, w gazecie, na fejsie, na łolu swoim i nieswoim, swojskim i nieswojskim, pod nazwiskiem lub pod nienazwiskiem. I zawsze jest jakoś tak tej jesieni, że jak się już popsioczy na ciemności i deszcze, to przychodzi pora na emi-imi.
U was na komisji też tak, zwracam się względem Romana. A jakże! We wszystkich językach do tego i z minami jeszcze mądrzejszymi, niż na dzielnicy, garnitur i szpilka zobowiązuje do wyższej formy abstrakcji jakiejś, z czego podśmiewa się Ana, choć co to jest - to ona jedna wie. I jej prezeska.
To jest, jak ktoś się wstydzi przyznać, że nie chce emi-imi, a ubiera to w niby-mądre argumenty. Stroi w cudze piórka? W ładne prędzej. Tak ładne, że za ładne wręcz. Podszyte smrodkiem, że oj.
Fuj! włącza się Iwonek.
Bo mało kto robi coś takiego dla emi-imi, jak pani jedna ze Skarbka. Miała wolne mieszkanko, to i zaprosiła do niego rodzinę z Syrii. I dziwi się w lalibr: dlaczego nie? Przecież puste stało. A tak ktoś skorzysta, zasiedlając. Roman to wyczytał.
Ale ma klasę ta pani, na to Ana.
Ma. Opowiedziałem w pracy, a oni i one: no dobrze, ale my nie mamy przecież warunków, jak ona! Brakuje nam jednej sypialni! Ale oczywiście chętnie byśmy przyjęli, o tak! Gdzie się można zapisać?
To zupełnie tak, jak miejscowy Laurent, niesforne dziecko rodziny królewskiej, przypomina sobie Ana. Też okazało się, że jest za biedny na przyjęcie emi-imi. Ma tylko olbrzymią willę przecież do dyspozycji. Natomiast gdyby miał zamek...
Tak gada serio? nie wierzy Roman.
Sam se popacz. Serio i serjożnie. Mówi, że w obecnej sytuacji warunki mu nie pozwalają, ale gdyby miał zamek...
Do króla pije czyly, brata, wzrusza ramionami Ana. Załatwia porachunki rodzinne czyly.
Wstrętne, co? stwierdzm. Tak rodzinę poniewierać po gazetach.
Wstrętne to to, że bogacz jeden z drugim nie widzi problemu! Widzi czubek własnego nosa.
Jak my wszyscy zresztą. Też nikogo nie przyjęliśmy. Nikt z nas, mniej lub bardziej szlachetnych, nie przyjął i niczym się nie podzielił. Wstyd mi za nas, podsumowuje Roman.
A gdybym był zamkowym? Z zamkiem po Sanżilu ganiał? To co byś powiedziała? Czy emi-imi byś go dała, Ana?
Nie dałabym. I to mnie martwi. I przeraża. Chwała starszej pani ze Skarbka!
Thursday, 15 October 2015
(341) sibelga
Pierwszy kulą w płot niech rzuci ten, kto sądzi, że sprawiedliwości nie ma na tym świecie. Bo jest, a bynajmniej - bywa. W tym na Sanżilu. I to nie tylko dla swoich lebelż, ale nawet takich emi-imi, jak Wołosi.
Dokładniej mówiąc: znajome Wołoszki. Czyli podwójnie uciskana mniejszość, jakby powiedziały kongresowe.
Jak to, dziwię się? Wołosi są niewolnikami?
Nie, ale Wołoszki, jak mówisz - bardzo ładnie zresztą - to kobiety - więc z zasady gorzej mają w równouprawnionym świecie; plus emigrantki - czyli po akcencie poznać, że rodzina nie mieszka w tym samym domu na rogu na Horcie od 10 pokoleń. Czyly dalsze - choć wszystkie języki są równe, to są też te równiejsze. W każdym kraju najrówniejszy jest ten swój, tłumaczy Ana. A nie, wtrąca swoje Roman - oprócz Belgii, gdzie równe są co najmniej dwa, a w podskokach czy. Choć może chcą bardziej, niż są, to prawda.
A co te Wołoszki nasze zdziałały tak wyjątkowego?
Proces wygrały!
Jak to, normalnie takie coś, co to kiedyś Roman w Polsce przeprowadzał? przeciwko komu? podniecam się.
Sibeldze.
A co to? Brzmi z turecka, ale nie wychylam się, w czasach emi-imi nie wiadomo, kto słucha.
Nic tureckiego, mniej tureckie niż kebab wręcz - tylko jak najbardziej belż. Lokalny potentat na rynku prądu, tak Roman? Bo choć oczywiście jest wolny rynek, to Sibelga rządzi niepodzielnie.
Jak te języki zupełnie, łapię w lot.
Właśnie. No więc Wołoszki mieszkały sobie koło Flaże, gdzie w soboty na targu produkują pjadiny, mieszkały sobie i mieszkały, a zimno było, że hej. Wiem, że Wołoszkom zazwyczaj jest zimno, ale u nich naprawdę temperatura nie przekraczała 10 stopni chyba. Po czym nastała jesień i do zimna dołączyła ciemność. A na fakturze jak wół stoi, że konsumują za 250 ojro miesięcznie.
To chyba dużo, co? bo ja też z martinowego prądu korzystam, to nie wiem.
Więc one dzwonią do Sibelgi, ciągnie Ana, Sibelga przychodzi, kiwa głowami męskimi, nic nie naprawia, za to wraca do siebie i wydaje wyrok: nielegalne śruby w licznikach.
Wołoszki czytają i proszą lokalnych o dotłumaczenie, bo choć starają się być równe i poznawać waloński, to jednak zdawało im się, że nie rozumieją. Ale rodzimi z dialektu potwierdzają: tak, zaskarżają was tutaj oto, że nielegalnie wkręciłyście śruby.
Za co kara wynosi 7 tysiaków w ojro.
Jakie śruby? Kto? Gdzie ? Kiedy? wszyscy zachodzą w głowę.
No i się były wkurzyły. Tempera...ment? tur? wołoski, kątempluję, no tak. Jak się nie zaperzą, jak nie zaczną pytać wśród zjadaczy pjadin, kto kogo zna.
I co?
Uderzyły do organizacji kosumenckich, a ci to lubią się ciągać po sądach. Dobrze, ocenia Roman.
I tak ciągali się z nimi przez 6 miesięcy, w czasie których w mieszkaniu było zimno i ciemno. Pamiętam, jak się skarżyły nad pjadiną, że Flaga fatalna.
Było od razu na Sanżil zjeżdżać, chrząkam.
Autem żółtym, dodaje Iwonek.
Już są, już poszły czy pojechały po rozum do głowy.
A śruby? Właśnie wczoraj zapadł wyrok. Sibelga ma je przeprosić i anulować karę 7 tysięcy ojro. Cieszyły się jak głupie.
A odszkodowanie za starty moralne? Roman, bo się należy?
Jak najbardziej. Pójdę tam do nich na amorina, to doradzę. Zuch dziewczyny, to jedno pewne. Wzięły się z gigantem za bary i wygrały!
Dokładniej mówiąc: znajome Wołoszki. Czyli podwójnie uciskana mniejszość, jakby powiedziały kongresowe.
Jak to, dziwię się? Wołosi są niewolnikami?
Nie, ale Wołoszki, jak mówisz - bardzo ładnie zresztą - to kobiety - więc z zasady gorzej mają w równouprawnionym świecie; plus emigrantki - czyli po akcencie poznać, że rodzina nie mieszka w tym samym domu na rogu na Horcie od 10 pokoleń. Czyly dalsze - choć wszystkie języki są równe, to są też te równiejsze. W każdym kraju najrówniejszy jest ten swój, tłumaczy Ana. A nie, wtrąca swoje Roman - oprócz Belgii, gdzie równe są co najmniej dwa, a w podskokach czy. Choć może chcą bardziej, niż są, to prawda.
A co te Wołoszki nasze zdziałały tak wyjątkowego?
Proces wygrały!
Jak to, normalnie takie coś, co to kiedyś Roman w Polsce przeprowadzał? przeciwko komu? podniecam się.
Sibeldze.
A co to? Brzmi z turecka, ale nie wychylam się, w czasach emi-imi nie wiadomo, kto słucha.
Nic tureckiego, mniej tureckie niż kebab wręcz - tylko jak najbardziej belż. Lokalny potentat na rynku prądu, tak Roman? Bo choć oczywiście jest wolny rynek, to Sibelga rządzi niepodzielnie.
Jak te języki zupełnie, łapię w lot.
Właśnie. No więc Wołoszki mieszkały sobie koło Flaże, gdzie w soboty na targu produkują pjadiny, mieszkały sobie i mieszkały, a zimno było, że hej. Wiem, że Wołoszkom zazwyczaj jest zimno, ale u nich naprawdę temperatura nie przekraczała 10 stopni chyba. Po czym nastała jesień i do zimna dołączyła ciemność. A na fakturze jak wół stoi, że konsumują za 250 ojro miesięcznie.
To chyba dużo, co? bo ja też z martinowego prądu korzystam, to nie wiem.
Więc one dzwonią do Sibelgi, ciągnie Ana, Sibelga przychodzi, kiwa głowami męskimi, nic nie naprawia, za to wraca do siebie i wydaje wyrok: nielegalne śruby w licznikach.
Wołoszki czytają i proszą lokalnych o dotłumaczenie, bo choć starają się być równe i poznawać waloński, to jednak zdawało im się, że nie rozumieją. Ale rodzimi z dialektu potwierdzają: tak, zaskarżają was tutaj oto, że nielegalnie wkręciłyście śruby.
Za co kara wynosi 7 tysiaków w ojro.
Jakie śruby? Kto? Gdzie ? Kiedy? wszyscy zachodzą w głowę.
No i się były wkurzyły. Tempera...ment? tur? wołoski, kątempluję, no tak. Jak się nie zaperzą, jak nie zaczną pytać wśród zjadaczy pjadin, kto kogo zna.
I co?
Uderzyły do organizacji kosumenckich, a ci to lubią się ciągać po sądach. Dobrze, ocenia Roman.
I tak ciągali się z nimi przez 6 miesięcy, w czasie których w mieszkaniu było zimno i ciemno. Pamiętam, jak się skarżyły nad pjadiną, że Flaga fatalna.
Było od razu na Sanżil zjeżdżać, chrząkam.
Autem żółtym, dodaje Iwonek.
Już są, już poszły czy pojechały po rozum do głowy.
A śruby? Właśnie wczoraj zapadł wyrok. Sibelga ma je przeprosić i anulować karę 7 tysięcy ojro. Cieszyły się jak głupie.
A odszkodowanie za starty moralne? Roman, bo się należy?
Jak najbardziej. Pójdę tam do nich na amorina, to doradzę. Zuch dziewczyny, to jedno pewne. Wzięły się z gigantem za bary i wygrały!
Wednesday, 14 October 2015
(340 szuman wizytowy
Promocja, marketing, reklama...W czasach Kongresu ciężko uciec u nas na Sanżilu od tych słów. Ana Martin i inne promują, co wlezie, i jak wlezie, nie da się tak, to inaczej przepchną swój pomysł. Mogłaby się Bruksenia Tysiąc od nich uczyć skuteczności, oj mogła. A już na pewno - ci co zarządzają Szumanem.
Szumana nie trzeba promować, zgryźliwie oznajmia Roman, który właśnie tam robi. Sam się wypromował umiejętnie jako najbrzydsze rondo Ojropy, a może i świata.
O co chodzi, pyta Ana. A o to, że gazety belż, w rodzaju lalibr i lesłar, przystąpiły do ofensywy, by wreszcie coś z tym zrobić. Szumanem, co to szumiany jest, szumowinowaty nawet chwilami.
Konkret? Mało konkretów masz? Nie wiem, nie bywam, wzrusza ramionami Ana.
To po kolei: niekończący się remont stacji kolejowej i metra; remont nawierzchni; zablokowane pasy; budowa nowych budynków; wieczne manifestacje i blokady; technopolis. Na koniec - wiatr urywający głowy.
Brr, Ana, dobrze czyly, że z rzadka tam bywamy.
Ja za to codziennie, wtrąca Roman. No ale w środku siedzi,że przypomnę, w biurze, umysłowy jest; brzydoty nie widzi za wiele, tylko ściany, a naich my, to ładnie chyba. Ardeko i arnuwo ma, jak zjedzie na dzielnicę. Bo na Sanżilu secesja, jak kiwi nauczało w łykend.
Szumanowska brzydota bije za to po oczach na całego tych, co to zjeżdżają do Brukseni, napalają, że kartie ełrope-en, że będzie pięknie i bogato, a tu od razu zaczynają się schody.
Wróć - schody się nie zaczynają, przypomina sobie Ana. Ruchome przynajmniej, bo te betonowe, tymczasowe, piętnastoletnie w międzyczasie - jak najbardziej. To dlatego wszak tam nie bywamy, bo jak z wózkiem buzkiem się wydostać? Wszak nie każdy garnitur przedłoży pomoc nad garnitur, a tym na szpilkach, czarnych obowiązkowo, wnoszenia proponować nie będę?
No tak, my mamy te schody, a turyści - inne. Mianowicie: brak oznaczeń, gdzie iść. Jeśli nie wpadną do kadzi z betonem, może i uda im się w końcu wynurzyć na powierzchnię. A tu można mieć więcej lub mniej szczęścia i albo wejść wprost do budynku komisji, z którego się jakoś wyjdzie kiedyś, albo i tak, że się trafi na dłuuuuugą prostą, gdzie przejście dla pieszych za 300 metrów. Dlaczego by nie?
To nie jest najgorze. Bo turysta niejedno widział i przyjmie na klatę. Najgorsze jest to, że jak już wyjdzie na powierzchnię - to nic tak naprawdę adnego nie widzi. Wszystkie budynki z innej bajki. Chaos komunikacyjny. Żołnierze z karabinami. Ważniaki spieszący się na ważne spotkania. Nic przyjemnego.
I co chcą zaradzić?
Nic nie robią właśnie, ani unia, ani miasto, tylko stoi toto rozgrzebane i straszy kolejne pokolenia turystów. A miała być wizytówka, unijna i brukseńska. Dlatego widzę tu kolejne pole do popisu dla brukseńskiego Kongresu, gdzie diabeł nie może, tam babę na ef pośle!
Subscribe to:
Posts (Atom)