Policja midy. Jedna z sześciu w Brukseni, przypominam, głównie tym, co to do głowy nawet nie przyszło, że w jednym mieście może być sześć komend poniekąd jakby.
Odpowiedzialna za zestaw: Sanżil, Ukle i Fore. Zestaw z kosmosu, zdaniem Any Martin. Gdzie Rzym, gdzie Krym, pisałam kiedyś. Do tego na lodowisku. Starczy na dobry wstęp, co?
Wszystko się zgadza, ale nie na lodowisku, tylko lodowiskowej. Ulicy. tam gdzie się stowarzyszenia rejestruje. Wiem, bo sama z Aną jeździłam i rejestrowałam niejakie one. Bez granic te one, a biurokracja też.
No więc idę oddepanować auto, co to nam je byli ściągnęli z placyka za zbrodnię pod tytułem: mal gare. Mal gare to nie było, na granicy, a la limit, no ale - z policją nie wygrasz, od czasów milicji nic się tu nie zmieniło. Więc idę, wyposażona w dokumenta, gotówkę i pełnomocnictwo. zdaje relację Ana. Wpadam na policję, utykam przy okienku. Jedna osoba przed mną, ale swoje trzeba odstać - wiadomo, biurokracja. Dostaję się do okienka, karnie wyjmuję pełnomocnictwo, bo auto zarejestrowane ci ono na Romana, facet od czego jest w końcu w domu, chyba nie od sprzątani i gotowania, a jednak. Pani poliska mruczy zadowolona nawet, niby nie ma się do czego doczepić. Oddycham z ulgą już, że ten etap za mną , a tu atak: dokumenty auta.
Ana: że w aucie.
Ona: to musi je pani donieść.
Ana: ale jak, skoro są w aucie, auto w depanażu.
Ona: aha, racja! Amerykę odkrywa czyly. W takim razie: tylko dowodzik poproszę.
I zrozumcie mnie dobrze: już się mnie nie czepiała, tylko uśmiechnęła poprzybijała co czeba i mówi, żeby ruszać po auto.
Ruszyłam, a co przeżyłam - to moje.
Wednesday, 27 April 2016
Tuesday, 26 April 2016
(425) depanaż
Okej, wiadomo, że nie parkuje się na rogu placyku. Okej, wiadomo, że choć parkują tam wszyscy miejscowi, to jednak się nie powinno. Okej, że powinniśmy byli pomyśleć, że na komunie akurat się wzięli do malowania pasów, to i ryzyko było, że akurat na tym nie wypada stawać.
Okej - mieli prawo dać mandat.
Ale żeby auto zabierać od razu? chodzi od rana Ana i złorzeczy nieco w ten sposób, no bo faktycznie trochę pojechali po bandzie. Kto?
No a kto. Policja, polis! To słowo akurat brzmi jednakowo we francuskim i tym drugim dialekcie.
Władza łączy ludzi, wzdychamy. Nie to, co w Polsce A B i C, gdzie dzieli coraz bardziej.
No ale wracając do naszego ogródka, pardą: placyku : wzięli i odholowali normalnie.
Idę sobie idę, opowiada raz jeszcze Ana, i widzę, że tam gdzie mi coś powinno lśnić na rogu jak czerwona gwiazda stiełła bukareszt - nie lśni nic. Co więcej - nic tam nie stoi.
Nie widzisz czy widzisz mamusiu, przemyślał sprawę Iwonek.
Racja synku: nie widzę i w tym momencie nienawidzę siebie za głębsze nieprzemyślenie parkowania na rogu.
No ale skoro wszyscy tam parkują od lat..skoro tak trudno o miejsca...skoro nic się nie działo.
Ale ten jeden raz nie było skoro, tylko trzeba było myśleć, że skoro policja nie ma ostatnio wielu sukcesów w walce z 22 marcem, to będą zdobywać punkty gdzie indziej. Na rowerzystach nie mogą tak łatwo jak w Polsce A i B, bo w C wiadomo z góry, że nie warto, bo z czego płacić; na pijanych też nie, bo 0,5% obowiązuje - to się wzięli za parkowanie.
Skoro, skoro - i wyjdzie sporo, że rozładuję sytuację wierszem. Niepokoju - to dzisiaj - a organizacji, pieniędzy, czasu - jutro, jak już dotrzemy na midy.
Polis midy, dla porządku.
Bo że tam iść albo jechać nie swoim autem trzeba - to właśnie wymyśliliśmy. I trafiliśmy!
Futerał belgijski na całego normalnie, aż się śmieje Roman.
Okej - mieli prawo dać mandat.
Ale żeby auto zabierać od razu? chodzi od rana Ana i złorzeczy nieco w ten sposób, no bo faktycznie trochę pojechali po bandzie. Kto?
No a kto. Policja, polis! To słowo akurat brzmi jednakowo we francuskim i tym drugim dialekcie.
Władza łączy ludzi, wzdychamy. Nie to, co w Polsce A B i C, gdzie dzieli coraz bardziej.
No ale wracając do naszego ogródka, pardą: placyku : wzięli i odholowali normalnie.
Idę sobie idę, opowiada raz jeszcze Ana, i widzę, że tam gdzie mi coś powinno lśnić na rogu jak czerwona gwiazda stiełła bukareszt - nie lśni nic. Co więcej - nic tam nie stoi.
Nie widzisz czy widzisz mamusiu, przemyślał sprawę Iwonek.
Racja synku: nie widzę i w tym momencie nienawidzę siebie za głębsze nieprzemyślenie parkowania na rogu.
No ale skoro wszyscy tam parkują od lat..skoro tak trudno o miejsca...skoro nic się nie działo.
Ale ten jeden raz nie było skoro, tylko trzeba było myśleć, że skoro policja nie ma ostatnio wielu sukcesów w walce z 22 marcem, to będą zdobywać punkty gdzie indziej. Na rowerzystach nie mogą tak łatwo jak w Polsce A i B, bo w C wiadomo z góry, że nie warto, bo z czego płacić; na pijanych też nie, bo 0,5% obowiązuje - to się wzięli za parkowanie.
Skoro, skoro - i wyjdzie sporo, że rozładuję sytuację wierszem. Niepokoju - to dzisiaj - a organizacji, pieniędzy, czasu - jutro, jak już dotrzemy na midy.
Polis midy, dla porządku.
Bo że tam iść albo jechać nie swoim autem trzeba - to właśnie wymyśliliśmy. I trafiliśmy!
Futerał belgijski na całego normalnie, aż się śmieje Roman.
Monday, 25 April 2016
(424) dentyści
Dentystka! Takiego losu chcieliby dla mnie matuś albo ojce, gdyby tylko wiedzieli, ile z tego można mieć. Na szczęście nie wiedzieli, to się od dłubania w zębach wywinęłam i zlądowałam na stałce na Sanżilu. Może i lepiej, a może nie, bo teraz okazuje się, że będąc młodą dentystką, mogłabym podłapać niezłą fuchę, zapewne także na polskich papierach.
W szeroko pojętych okolicznościach życia i śmierci, bo nie tylko o miejsce chodzi, a wręcz o zbrodnie.
Ksenio, a cóż to za dziwaczne związki jakieś tu wymyślasz? Gdzie dentyści, gdzie zbrodnia, gdzie fucha? irytuje się Ana.
Wszystko jasno się układa, dla tych, co wiedzą, gdzie ptaki zimują, odparowuję. Jak w porządnym kryminale, to co one takie modne ostatnio w Polsce A B i C. Choć sprawa dzieje się w okolicznościach belż, podkreślam, ale może i modę podłapali, Polaków ci u nas na Sanżilu na pewno nie brakuje.
Co do dentystki, młodej przykładowo jak ja, choć nią nie jestem (dentystką, młoda to i owszem), sprawa ma się następująco: otóż są sprawy, w rodzaju: identyfikacja zwłok po wypadku lub gorzej, kiedy to na miejsce zdarzenia musi jechać dentysta. Bo tylko zęby zostały, a na nich de-en-a, albo jeszcze gorsze wirusy.
Nie wirusy, tylko kod ewentualnie. No i zęby mają swoje lata, dorzuca Roman.
Właśnie. Tak więc czasami osoba z zębami już nie jest po tej stronie, a do tego nie wiadomo, kim była po tej stronie. Na pomoc wzywa się wtedy dentystę właśnie. W roli eksperta lub ekspertki, jeśli to dentystka, uzupełniam wypowiedź dla tych, co na ef i wybierają na kongres.
Wiemy o tym nie od dziś, podkreśla wzruszeniem ramion Ana.
Ale nie wiecie, że w Belgii są na to teraz pieniądze! Miljonów 145.
Nie rozumiem?
Mianowicie Belgia długie lata nie wypłacała należnych sum za badanie tzw. okoliczności przez dentystów. Nazbierało się tego, nazbierało. I efekt jest taki, że teraz jeden z nich, nieźle wkurzony, że całe trzy lata czeka na pieniądze za sekspertyzę, choć co mają zęby do seksu z drugiej strony; w każdym razie taki jeden dentysta, co nie lubi opóźnień, grozi pozwaniem ministerstwa do sądu. Drogo wyjdzie ta sekspertyza czyly.
No tak, należą się odsetki pewnikiem, zastanawia się Roman.
Nie tylko setki, ale i miljony, a nawet tysiaki, potwierdzam. Przestraszyli się i dali. Plombę z banku zdjęli czy cóś. 145! To wszystko na de-en-a i zęby!
Oj było się uczyć. Zwykłe dłubanie w zębach, a ile wyjść z tego może! Wirus nie wirus, kod nie kod, ale to niezły zastrzyk dla domowego budżetu, i to bez konieczności plombowania.
W szeroko pojętych okolicznościach życia i śmierci, bo nie tylko o miejsce chodzi, a wręcz o zbrodnie.
Ksenio, a cóż to za dziwaczne związki jakieś tu wymyślasz? Gdzie dentyści, gdzie zbrodnia, gdzie fucha? irytuje się Ana.
Wszystko jasno się układa, dla tych, co wiedzą, gdzie ptaki zimują, odparowuję. Jak w porządnym kryminale, to co one takie modne ostatnio w Polsce A B i C. Choć sprawa dzieje się w okolicznościach belż, podkreślam, ale może i modę podłapali, Polaków ci u nas na Sanżilu na pewno nie brakuje.
Co do dentystki, młodej przykładowo jak ja, choć nią nie jestem (dentystką, młoda to i owszem), sprawa ma się następująco: otóż są sprawy, w rodzaju: identyfikacja zwłok po wypadku lub gorzej, kiedy to na miejsce zdarzenia musi jechać dentysta. Bo tylko zęby zostały, a na nich de-en-a, albo jeszcze gorsze wirusy.
Nie wirusy, tylko kod ewentualnie. No i zęby mają swoje lata, dorzuca Roman.
Właśnie. Tak więc czasami osoba z zębami już nie jest po tej stronie, a do tego nie wiadomo, kim była po tej stronie. Na pomoc wzywa się wtedy dentystę właśnie. W roli eksperta lub ekspertki, jeśli to dentystka, uzupełniam wypowiedź dla tych, co na ef i wybierają na kongres.
Wiemy o tym nie od dziś, podkreśla wzruszeniem ramion Ana.
Ale nie wiecie, że w Belgii są na to teraz pieniądze! Miljonów 145.
Nie rozumiem?
Mianowicie Belgia długie lata nie wypłacała należnych sum za badanie tzw. okoliczności przez dentystów. Nazbierało się tego, nazbierało. I efekt jest taki, że teraz jeden z nich, nieźle wkurzony, że całe trzy lata czeka na pieniądze za sekspertyzę, choć co mają zęby do seksu z drugiej strony; w każdym razie taki jeden dentysta, co nie lubi opóźnień, grozi pozwaniem ministerstwa do sądu. Drogo wyjdzie ta sekspertyza czyly.
No tak, należą się odsetki pewnikiem, zastanawia się Roman.
Nie tylko setki, ale i miljony, a nawet tysiaki, potwierdzam. Przestraszyli się i dali. Plombę z banku zdjęli czy cóś. 145! To wszystko na de-en-a i zęby!
Oj było się uczyć. Zwykłe dłubanie w zębach, a ile wyjść z tego może! Wirus nie wirus, kod nie kod, ale to niezły zastrzyk dla domowego budżetu, i to bez konieczności plombowania.
Thursday, 21 April 2016
(423) kasztelan
Oczywiście, że jak każda brukseńska bywalczyni i bywalec w porywach do hipsterki, wiem, gdzie się bywa. W każdy dzień tygodnia, a szczególnie środy, szczególnie jeśli jest to targ, szczególnie, jeśli na szatlę.
Albo szatlen, sama nie wiem. W stronę szaletu w każdym razie, nie tyle lokalowo, co zdecydowanie w wymowie.
Albo bliżej kasztanów, wymyśla Ana. To po flamandzku. Kastele.
Ja to nawet stwierdziłam w jakimś momencie, że takie życie od środy do środy może być całkiem przyjemne, przyznaje sie do słabości Ana Martin; co poniektórym żal pe-el co prawda, że od dobrych dwóch lat nie wolno konsumować trunków po 20, ale przecież można skonsumować je wcześniej lub na przystanku pod kościołem trinite, prawda?
Polak potrafi przynajmniej, a Belg niech bierze przykład albo radzi sobie we własnym zachodnioeuropejskim zakresie.
Co to za nazwa właściwie, ten szalet, co jest bardziej szatlenem?
Kasztelan po polsku. Tak tytuł feudalny.
Zdalny, bo co? bo nie dosłyszałam.
Feudalny. Z dawnych struktur władzy, gdy takie kasztelan - w Polsce - a szatlę - bliżej Sanżila lub okoliczności, byli oddelegowani rzez króla i rządzili sobie na jakimś terenie. Szatlen - bo z zamku. Szato. Stąd przeszło do polskiego, to znaczy nie od szato, tylko od kastelu. Kasztelan, szatelan - panowie na zamkach.
Tak w skrócie międzynarodowo-językoznwczym, madrzy się Roman.
To znaczy, że teraz już ich nie ma? tylko na placu się ostali, i to na tabliczce?
Właśnie że są! odkrywa Ana.
Kto jest mamusiu, ci panowie od króla? chce się dokształcić Iwonek.
Tak jakby, tylko że tym razem nie od króla ci oni, tylko chyba jedynie z tytułu. Czyly feudalnego, niezdalnego już, systemu. Cała Belgia o tym mówiła. A teraz, skoro chwilowo przycichł 22 marca - mówi znowu.
Mianowicie cztery lata temy zamordowano kasztelana z Wingene. I odtąd niewiele więcej wiadomo, oprócz tego, że to prawdziwy sryler: dwie bogate rodziny. Bogactwo. Skrywane mroczne namiętności. Gangster bez skrupułów. Wynajęci mordercy. Tak w skrócie.
A nie w skrócie?
Prawdziwy sryler flamandzko-flandryjski w mrocznej scenerii zamku. Jak w kryminale normalnie. Plama krwi. Oskarżony teść. Pedofilia. Ucieczka do Australii, do której nie doszło. Narkotyki i hormony. Podżeganie do morderstwa zięcia. Analiza de-en-a 68 podejrzanych. Tajemniczy przelew przed śmiercią.
Potem: długoletnie milczenie podejrzanych.
Wreszcie kilka dni temu: przełom. Pierwsze zeznania.
Jeszcze ta sprawa bedzie męczyć lebelżów, prognozują spece od sensacji. Za dużo tu kasztelanów i takich innych, co mają znajomości tu i ówdzie. Za dużo feudalizmu, nawet jeśli już ci on niezdalny. Za dużo pieniędzy i krzyżujących się interesów i interesików.
I to wszystko zdarzyło się naprawdę, nie dowierzam.
Naprawdę. Dlatego może lepiej, że na naszym placu szaletowo-kastztanowym zabronili picia po nocach. Kto wie, do czego by mogło dojść. Główny podejrzany w sprawie kasztelana też mówi, że tylko chciał spuścić lanie. A wyszedł kryminał normalnie.
Albo szatlen, sama nie wiem. W stronę szaletu w każdym razie, nie tyle lokalowo, co zdecydowanie w wymowie.
Albo bliżej kasztanów, wymyśla Ana. To po flamandzku. Kastele.
Ja to nawet stwierdziłam w jakimś momencie, że takie życie od środy do środy może być całkiem przyjemne, przyznaje sie do słabości Ana Martin; co poniektórym żal pe-el co prawda, że od dobrych dwóch lat nie wolno konsumować trunków po 20, ale przecież można skonsumować je wcześniej lub na przystanku pod kościołem trinite, prawda?
Polak potrafi przynajmniej, a Belg niech bierze przykład albo radzi sobie we własnym zachodnioeuropejskim zakresie.
Co to za nazwa właściwie, ten szalet, co jest bardziej szatlenem?
Kasztelan po polsku. Tak tytuł feudalny.
Zdalny, bo co? bo nie dosłyszałam.
Feudalny. Z dawnych struktur władzy, gdy takie kasztelan - w Polsce - a szatlę - bliżej Sanżila lub okoliczności, byli oddelegowani rzez króla i rządzili sobie na jakimś terenie. Szatlen - bo z zamku. Szato. Stąd przeszło do polskiego, to znaczy nie od szato, tylko od kastelu. Kasztelan, szatelan - panowie na zamkach.
Tak w skrócie międzynarodowo-językoznwczym, madrzy się Roman.
To znaczy, że teraz już ich nie ma? tylko na placu się ostali, i to na tabliczce?
Właśnie że są! odkrywa Ana.
Kto jest mamusiu, ci panowie od króla? chce się dokształcić Iwonek.
Tak jakby, tylko że tym razem nie od króla ci oni, tylko chyba jedynie z tytułu. Czyly feudalnego, niezdalnego już, systemu. Cała Belgia o tym mówiła. A teraz, skoro chwilowo przycichł 22 marca - mówi znowu.
Mianowicie cztery lata temy zamordowano kasztelana z Wingene. I odtąd niewiele więcej wiadomo, oprócz tego, że to prawdziwy sryler: dwie bogate rodziny. Bogactwo. Skrywane mroczne namiętności. Gangster bez skrupułów. Wynajęci mordercy. Tak w skrócie.
A nie w skrócie?
Prawdziwy sryler flamandzko-flandryjski w mrocznej scenerii zamku. Jak w kryminale normalnie. Plama krwi. Oskarżony teść. Pedofilia. Ucieczka do Australii, do której nie doszło. Narkotyki i hormony. Podżeganie do morderstwa zięcia. Analiza de-en-a 68 podejrzanych. Tajemniczy przelew przed śmiercią.
Potem: długoletnie milczenie podejrzanych.
Wreszcie kilka dni temu: przełom. Pierwsze zeznania.
Jeszcze ta sprawa bedzie męczyć lebelżów, prognozują spece od sensacji. Za dużo tu kasztelanów i takich innych, co mają znajomości tu i ówdzie. Za dużo feudalizmu, nawet jeśli już ci on niezdalny. Za dużo pieniędzy i krzyżujących się interesów i interesików.
I to wszystko zdarzyło się naprawdę, nie dowierzam.
Naprawdę. Dlatego może lepiej, że na naszym placu szaletowo-kastztanowym zabronili picia po nocach. Kto wie, do czego by mogło dojść. Główny podejrzany w sprawie kasztelana też mówi, że tylko chciał spuścić lanie. A wyszedł kryminał normalnie.
Wednesday, 20 April 2016
(422) nieusprawiedliwienie
Pamiętam te czasy pisania usprawiedliwień i podrabiania podpisów, pamiętam, rozrzewnia się nagle Ana Martin, informując smsowo szkołę Iwonka, że dzieciarnia coś tam. Oraz powody, prawdziwe i zmyślone. Mądrzejsze lub głupsze. I nieusprawiedliwianie też, co dawało ten sam efekt w sumie.
Wszyscy przez to przeszliśmy, a nawet przechodzimy obecnie,w Sanżilu i okolicznościach na dużą skalę wręcz, rzuca Roman. Patrzcie sobie tu, jakie to usprawiedliwienie mieli nagle w Belgii.
Kto i na co znów? bo usprawiedliwiania się, a szczególnie zwalania na bliźnich, Flamandów, Walonczyków przez Brukseńczyków i Belgów przez Belgów, Brukseńczyków, Walończyków i Flamandów akurat ostatnio, po 22 pewnym marcowym, u nas nie brakuje.
Tym razem metro. Tzw. responsable. Za bezpieczeństwo.
Które metro? jeżdżące do 22 czy niejeżdżące bardziej?
Odpowiedzialni responsable czyly za podjęcie decyzji, czy ono będzie jeździć i na jakich warunkach. Okazali się - hmm, śmieszni? Mało poważni? jak to ująć?
A dokładniej?
Dokładniej na komisji, gdzieś w okolicznościach pracowych Romana, odbyło się zebranie wyższej komisji od i do spraw. Bezpieczeństwa ruchu. I na tym to zebraniu, jako że odbywało się po 22 marca, specjalnie dorzucono punkt o bezpieczeństwie metra. Myśląc oczywiście o nieszczęsnym Malbeku.
I co?
I to, że jakoś tak podświadomie wszyscy liczyli, że zjawi się i wypowie przede wszystkim przedstawiciel Belgii.
I co?
I się nie zjawił.
Bo?
Bo wyszło mu czy jej, że ważniejsze jest zebranie w gabinecie byłej już ministerki, niż to światowo-międzynarodowe.
Czyly jak zawsze: lokalne przed ogólnym, tak? To właśnie na to utyskuje mój szef, któryś raz z kolei przywołuje swojego szefa Roman. Dokładnie to: że lebelż mają gdzieś ogół. Liczy się własny ogródek, własna gmina, własna grupa. Brak szerszego oglądu sprawy to choroba narodowa.
A jakie tu padło usprawiedliwienie?
Że było nagłe zebranie, to ten ktoś nie mógł.
i nikogo nie wysłał?
Jakoś nie. Choć powinien był, albo powinna była. Bo mógł się zjawić ktoś z emeswu lub policji, i by było po krzyku.
Oj.
Oj, łapie się za główkę Groch.
Co teraz?
Podobno mają się tłumaczyć przed parlamentem.
Ale którym?
Ha, dobre pytanie.
Czyly jest niebezpieczeństwo, że znów się rozpłynie?
Tak jakby. Oraz niebezpieczeństwo w metrze, o którego poziomie nie wiadomo, przynajmniej w tej komisji.
Za to jest nieusprawiedliwienie, za które nic nie grozi. Jak w podstawówce.
Wszyscy przez to przeszliśmy, a nawet przechodzimy obecnie,w Sanżilu i okolicznościach na dużą skalę wręcz, rzuca Roman. Patrzcie sobie tu, jakie to usprawiedliwienie mieli nagle w Belgii.
Kto i na co znów? bo usprawiedliwiania się, a szczególnie zwalania na bliźnich, Flamandów, Walonczyków przez Brukseńczyków i Belgów przez Belgów, Brukseńczyków, Walończyków i Flamandów akurat ostatnio, po 22 pewnym marcowym, u nas nie brakuje.
Tym razem metro. Tzw. responsable. Za bezpieczeństwo.
Które metro? jeżdżące do 22 czy niejeżdżące bardziej?
Odpowiedzialni responsable czyly za podjęcie decyzji, czy ono będzie jeździć i na jakich warunkach. Okazali się - hmm, śmieszni? Mało poważni? jak to ująć?
A dokładniej?
Dokładniej na komisji, gdzieś w okolicznościach pracowych Romana, odbyło się zebranie wyższej komisji od i do spraw. Bezpieczeństwa ruchu. I na tym to zebraniu, jako że odbywało się po 22 marca, specjalnie dorzucono punkt o bezpieczeństwie metra. Myśląc oczywiście o nieszczęsnym Malbeku.
I co?
I to, że jakoś tak podświadomie wszyscy liczyli, że zjawi się i wypowie przede wszystkim przedstawiciel Belgii.
I co?
I się nie zjawił.
Bo?
Bo wyszło mu czy jej, że ważniejsze jest zebranie w gabinecie byłej już ministerki, niż to światowo-międzynarodowe.
Czyly jak zawsze: lokalne przed ogólnym, tak? To właśnie na to utyskuje mój szef, któryś raz z kolei przywołuje swojego szefa Roman. Dokładnie to: że lebelż mają gdzieś ogół. Liczy się własny ogródek, własna gmina, własna grupa. Brak szerszego oglądu sprawy to choroba narodowa.
A jakie tu padło usprawiedliwienie?
Że było nagłe zebranie, to ten ktoś nie mógł.
i nikogo nie wysłał?
Jakoś nie. Choć powinien był, albo powinna była. Bo mógł się zjawić ktoś z emeswu lub policji, i by było po krzyku.
Oj.
Oj, łapie się za główkę Groch.
Co teraz?
Podobno mają się tłumaczyć przed parlamentem.
Ale którym?
Ha, dobre pytanie.
Czyly jest niebezpieczeństwo, że znów się rozpłynie?
Tak jakby. Oraz niebezpieczeństwo w metrze, o którego poziomie nie wiadomo, przynajmniej w tej komisji.
Za to jest nieusprawiedliwienie, za które nic nie grozi. Jak w podstawówce.
Tuesday, 19 April 2016
(421) ani grosza
Gdyby to zależało tylko ode mnie, na żadnego polityka ani politykę nie wydałabym nawet grosza. Złamanego, w tym w walucie ojro, jak to się utarło na Sanżilu po dymisji niejakiego franka. O Polsce A B i C nawet nie będę wspominać w tym konspekcie, jeszcze gorzej, szczególnie, że tam już prawnie niesprawiedliwi to załatwią między sobą, rozliczenia czyly, i będzie tylko gorzej.
Podobnie podejrzany wiatr historii wieje też ostatnio w Brukseni i okolicznościach, mianowicie w formie dymisji ministerskich. Ile to ja się naczytałam tą moją francuszczyzną niepolszczyzną o ministerkach, co to lotniska nie dopilnowały - to ta od transportu, albo zatrudniły sobie znajomków - to ta od kultury. Czy pracowały na nas i dla nas na poziomie Bruskeni, Walonii, Flandrii, a może nawet całej Belgii - o to nie pytajcie, już dawno ja, Roman, a nawet sama Ana Martin żeśmy się pogubili w tym, za co kto i gdzie odpowiada.
Belgia ma dużo rożnych poziomów władzy, to pewne.
Doszedł jednakże nowy konspekt tej sprawy: mianowicie złamany grosz w formie ojro. Mianowicie ta od kultury, Żoel, co to w pisowni wygląda zupełnie inaczej, bo Joelle mianowicie, udała się na dymisję. Zamiast niej przyjdzie nowa, a nawet dwie! Dlaczego dwie - nie wiem po raz kolejny, ale prawdopodobnie chodzi o to, że jedna w Brukseni, a druga w Belgii.
Czyly co? bo nie rozumiem, nie rozumie na głos Roman.
Czyly koszty dla podatnika tak zwanego, niech zgadnę, rozumie co nieco Ana.
Ano tak, Ano. I to jakie! 620 tysięcy. Ojro, że uściślę.
Ksenio, pomyliłaś się. Zaledwie 602 tysiące.
Oj że tam, dwa tysiaki wte czy wewte wiosny nie czynią.
Ojej! woła Iwonek. To tyle, mamusiu? Tyle dużo?
O-o, rozkłada rączki Groch.
Tyle dużo, że aż strach, potwierdza Ana. Kto obliczył, że to tyle wychodzi?
Niejaka Gerfa, doczytuje Roman. Skrót od bardzo długiej nazwy.
Co to, chcemy wiedzieć?
Grupa badająca koszty działalności administracyjnej. Tyle im wychodzi w ojro, jeśli zliczyć pensje nowych ministrów, odprawę, składki społeczne, służbowe auta oraz inne cuda, na które mogą liczyć ci, co na górze.
602 tysiaki, nieźle.
Ale na co to komu?
Na to, że niektóre grupy polityczne chciały zastąpić tą panią, wciskając ludowi kit, że ta zmiana to będzie nie tylko dobra zmiana, ale dodatkowo tanio wyjdzie, czyli bez dodatku złamanego grosza.
Ojro.
Ojro, ups.
No tak, to oznacza, że pomylili się o 601599 ojro. Trochę dużo.
Synergie, kompetencje - to mamy dostać w zamian.
Czyly co? bo pierwsze widzę i słyszę takie wyzwiska.
BAju baju wielkie. I drogie. A lotnisko nienaprawione i kultura też kwiczy.
Baju baju, powtarza Groch.
Aż się dobajamy.
Podobnie podejrzany wiatr historii wieje też ostatnio w Brukseni i okolicznościach, mianowicie w formie dymisji ministerskich. Ile to ja się naczytałam tą moją francuszczyzną niepolszczyzną o ministerkach, co to lotniska nie dopilnowały - to ta od transportu, albo zatrudniły sobie znajomków - to ta od kultury. Czy pracowały na nas i dla nas na poziomie Bruskeni, Walonii, Flandrii, a może nawet całej Belgii - o to nie pytajcie, już dawno ja, Roman, a nawet sama Ana Martin żeśmy się pogubili w tym, za co kto i gdzie odpowiada.
Belgia ma dużo rożnych poziomów władzy, to pewne.
Doszedł jednakże nowy konspekt tej sprawy: mianowicie złamany grosz w formie ojro. Mianowicie ta od kultury, Żoel, co to w pisowni wygląda zupełnie inaczej, bo Joelle mianowicie, udała się na dymisję. Zamiast niej przyjdzie nowa, a nawet dwie! Dlaczego dwie - nie wiem po raz kolejny, ale prawdopodobnie chodzi o to, że jedna w Brukseni, a druga w Belgii.
Czyly co? bo nie rozumiem, nie rozumie na głos Roman.
Czyly koszty dla podatnika tak zwanego, niech zgadnę, rozumie co nieco Ana.
Ano tak, Ano. I to jakie! 620 tysięcy. Ojro, że uściślę.
Ksenio, pomyliłaś się. Zaledwie 602 tysiące.
Oj że tam, dwa tysiaki wte czy wewte wiosny nie czynią.
Ojej! woła Iwonek. To tyle, mamusiu? Tyle dużo?
O-o, rozkłada rączki Groch.
Tyle dużo, że aż strach, potwierdza Ana. Kto obliczył, że to tyle wychodzi?
Niejaka Gerfa, doczytuje Roman. Skrót od bardzo długiej nazwy.
Co to, chcemy wiedzieć?
Grupa badająca koszty działalności administracyjnej. Tyle im wychodzi w ojro, jeśli zliczyć pensje nowych ministrów, odprawę, składki społeczne, służbowe auta oraz inne cuda, na które mogą liczyć ci, co na górze.
602 tysiaki, nieźle.
Ale na co to komu?
Na to, że niektóre grupy polityczne chciały zastąpić tą panią, wciskając ludowi kit, że ta zmiana to będzie nie tylko dobra zmiana, ale dodatkowo tanio wyjdzie, czyli bez dodatku złamanego grosza.
Ojro.
Ojro, ups.
No tak, to oznacza, że pomylili się o 601599 ojro. Trochę dużo.
Synergie, kompetencje - to mamy dostać w zamian.
Czyly co? bo pierwsze widzę i słyszę takie wyzwiska.
BAju baju wielkie. I drogie. A lotnisko nienaprawione i kultura też kwiczy.
Baju baju, powtarza Groch.
Aż się dobajamy.
Monday, 18 April 2016
(420) rozdźwięki
Jakby nie dość, że ostatnio na Sanżilu i w okolicznościach mamy sporo dźwięków w rodzaju: wozy policyjne, więzienne i helikoptery patrolowe, teraz doszedł nowy kłopot: mianowicie rozdźwięki.
Też mi nowość, prycha Ana Martin. Toż to ostatnio same rozdźwięki odnotowujemy. Społeczno-kulturalno-cywilizacyjne, by je ładnie nazwać. Niektóre kończą się wręcz wybuchowo. Czyli dźwięki i rozdźwięki razem.
Ale ten jest szczególny, bo dotyczy dzieci.
Co? ten rozdźwięk nowy?
Tak. Takim jednym ważnym, z siedzibą nie w Brukseni, tylko w samym Nowymjorku chyba, wyszło, że jeśli wziąć pod uwagę dzieciarnię szkolną w 35 najbogatszych krajach świata, to okazuje się, że oto w Belgii tym dzieciom wcale nie jest tak dobrze. Że ogółem trafiły dopiero na 29 miejsce.
Słabo coś, daj mi zerknąć, zaciekawia się Roman.
O-o, podnieca się Groch.
Ksenio, pokaż, wyrywa lalibr Iwonek.
Aha, aha, czyta Iwonek. Aha, czyta Roman. No nie wygląda to najlepiej.
Co? nie czyta, lecz pyta Ana.
Badanie międzynarodowe junisefu.
Juni co? syfu?
Nieładnie tak mówić, co mamuś, krzyczy Iwonek.
Unicef. Unicef Ksenio. Młodaś, to i układanek unicefu za dziecka nie miałaś, ani kartek świątecznych nie podziwiałaś. To był kawałek zachodu i koloru naszego dzieciństwa, co Roman? Może nawet mam gdzieś te kartki.
Przepiękne były mamusiu, dopytuje Iwonek?
Przepiękne synku.
W każdym razie to unicef, organizacja do spraw dzieci. I oto oni zbadali, jak się te dzieci mają, pod różnym kątem: szkoły, zadowolenia, zamożności, zdrowia. Wyszło, że o ile zamożność i zdrowie małych le i labelżów to taka średnia z najbogatszych i najzdrowszych, jednakże są na szarym końcu w wynikach nauczania oraz pod względem poczucia szczęścia.
Ale gdzie ten rozdźwięk? bo jakoś go nie znajduje Ana Martin.
Tu, o pacz.
Patrz, poprawia odruchowo Ana.
Nie w wymowie ten rozdźwięk Ano bynajmniej, odparowuje Roman. No dobra. Do rzeczy. Tu ci on: że Belgia dzierży rekord jeśli chodzi o nierówność wsród dzieci właśnie. Jedne są bardzo bogate i czują się dobrze, a inne - biedne albo rekordowo nieszczęśliwe. Nigdzie indziej nie osiągnięto tak wysokiego rozdźwięku miedzy tymi, co im dobrze, i tymi, co wcale im nie tak.
Rozumiem. Niepokoi, bo nie wiadomo, co z niego wyniknie.
Oraz - bo źle tym maluchom!
Na moje oko wynikną dźwięki. Jeszcze nie wiemy jakie, ale na pewno nie salwy śmiechu. Może nie wybuchy, ale pomruki. Niezadowolenia.
A potem przyjdzie nowe. Z pewnością dźwięczne.
Też mi nowość, prycha Ana Martin. Toż to ostatnio same rozdźwięki odnotowujemy. Społeczno-kulturalno-cywilizacyjne, by je ładnie nazwać. Niektóre kończą się wręcz wybuchowo. Czyli dźwięki i rozdźwięki razem.
Ale ten jest szczególny, bo dotyczy dzieci.
Co? ten rozdźwięk nowy?
Tak. Takim jednym ważnym, z siedzibą nie w Brukseni, tylko w samym Nowymjorku chyba, wyszło, że jeśli wziąć pod uwagę dzieciarnię szkolną w 35 najbogatszych krajach świata, to okazuje się, że oto w Belgii tym dzieciom wcale nie jest tak dobrze. Że ogółem trafiły dopiero na 29 miejsce.
Słabo coś, daj mi zerknąć, zaciekawia się Roman.
O-o, podnieca się Groch.
Ksenio, pokaż, wyrywa lalibr Iwonek.
Aha, aha, czyta Iwonek. Aha, czyta Roman. No nie wygląda to najlepiej.
Co? nie czyta, lecz pyta Ana.
Badanie międzynarodowe junisefu.
Juni co? syfu?
Nieładnie tak mówić, co mamuś, krzyczy Iwonek.
Unicef. Unicef Ksenio. Młodaś, to i układanek unicefu za dziecka nie miałaś, ani kartek świątecznych nie podziwiałaś. To był kawałek zachodu i koloru naszego dzieciństwa, co Roman? Może nawet mam gdzieś te kartki.
Przepiękne były mamusiu, dopytuje Iwonek?
Przepiękne synku.
W każdym razie to unicef, organizacja do spraw dzieci. I oto oni zbadali, jak się te dzieci mają, pod różnym kątem: szkoły, zadowolenia, zamożności, zdrowia. Wyszło, że o ile zamożność i zdrowie małych le i labelżów to taka średnia z najbogatszych i najzdrowszych, jednakże są na szarym końcu w wynikach nauczania oraz pod względem poczucia szczęścia.
Ale gdzie ten rozdźwięk? bo jakoś go nie znajduje Ana Martin.
Tu, o pacz.
Patrz, poprawia odruchowo Ana.
Nie w wymowie ten rozdźwięk Ano bynajmniej, odparowuje Roman. No dobra. Do rzeczy. Tu ci on: że Belgia dzierży rekord jeśli chodzi o nierówność wsród dzieci właśnie. Jedne są bardzo bogate i czują się dobrze, a inne - biedne albo rekordowo nieszczęśliwe. Nigdzie indziej nie osiągnięto tak wysokiego rozdźwięku miedzy tymi, co im dobrze, i tymi, co wcale im nie tak.
Rozumiem. Niepokoi, bo nie wiadomo, co z niego wyniknie.
Oraz - bo źle tym maluchom!
Na moje oko wynikną dźwięki. Jeszcze nie wiemy jakie, ale na pewno nie salwy śmiechu. Może nie wybuchy, ale pomruki. Niezadowolenia.
A potem przyjdzie nowe. Z pewnością dźwięczne.
Subscribe to:
Posts (Atom)